Instytut Tomistyczny

Walter Farell OP
Komentarz do Summy teologii




ROZDZIAŁ XI ANIOŁOWIE–ŚWIĘCI I ANIOŁOWIE–GRZESZNICY (Kw. 59–60; 62–64)

Świętość i grzech w uczuciowym świecie

Dzisiejszy świat ukoronował uczucie na władcę życia. A w pałacu tego króla życia codziennie tłoczą się nowi poddani, chcąc mu się przedstawić. Część ludzi oddaje hołd brutalnym, gwałtownym emocjom, które odpowiadają na argumenty ciosami, szczycą się, że walą w drzewo, zamiast je obejść, a odpoczywają, kiedy miażdżą innym kości. Inni chylą głowy przed łagodną różnorodnością uczuć, czymś miękkim i śmiercionośnym, co wprowadza człowieka w stan załamania w obliczu prostackiego życia.

Koronacja uczucia

Ten przypływ uczuciowości nie jest jedynie społecznym wybuchem wywołanym przez sensacyjne dziennikarstwo. Sięga o wiele głębiej. W rzeczywistości dokonuje się od intelektualnego początku współczesnej epoki aż po nasze czasy — jest bowiem logicznym skutkiem subiektywizmu w religii i racjonalizmu w filozofii. Przyjęcie rozmazanej fotografii człowieka czysto uczuciowego przez zwyczajnych ludzi jest na pewno do jakiegoś stopnia usprawiedliwione. Skłonili ich do tego ich przywódcy. Zwykli ludzie zostali namówieni, zastraszeni, wyśmiani, przekonani, sterroryzowani. W efekcie, chociaż konkretna osoba może być niewinna swojej doli, człowiek żyje dzisiaj w dziwnie nieludzkim świecie, gdzie świętość i grzech są słowami przestarzałymi, mgliście przypominającymi czas, gdy religia nie była sprawą uczucia, nawrócenie — rodzajem napadu padaczki, a zbawienie — kwestią dobrego samopoczucia, płynącego z doskonałego trawienia6. Z samego istnienia słów „świętość” i „grzech” wynika wniosek, że ludzie nie wiedzieli kiedyś, że rządzi nimi biologiczna konieczność, że był czas, kiedy sądzili, że posiadają wolną wolę, dzięki której kierują własnym życiem, że kodeksy moralne nie są społeczną modą, a ludzie różnią się od zwierząt.

Fakt

Gdyby świat był taki, jak maluje się go współcześnie, wśród ludzi nie byłoby więcej miejsca na świętość i grzech niż wśród szczeniąt czy róż. Świętość — podobnie jak grzech — jest owocem kontrolowanego dążenia, podejmującego wybory pod przemyślanym kierownictwem osoby panującej nad swoimi działaniami. Nie ulega wątpliwości, że w świecie niższym od człowieka emocje odgrywają wyjątkową rolę; ale jest to życie niższe od człowieka. Nie trzeba udowadniać, że uczucia pełnią ważną rolę w życiu człowieka. Jednak to, abyśmy mieli sądzić, że uczucia — czy chcemy tego, czy nie — kierują człowiekiem od narodzenia aż do śmierci, jest niemal nie do wytłumaczenia.

Jego usprawiedliwienia

Być może nie zdarzyłoby się to — mimo że filozofia podejmuje próby zamachu na intelekt, religia przekształciła wiarę z cnoty intelektualnej w uczucie, a serce człowieka ciągle zalewają bodźce zmysłowe — gdybyśmy wiernie korzystali z antidotum na nadmierną poufałość ze światem materialnym. Na nieszczęście doprowadziliśmy do tego, że duchowy świat aniołów stał się nam obcy, bo zdegradowaliśmy go do obszaru mitów, bajek i poezji. W efekcie skoncentrowaliśmy się na jednej stronie naszej natury, zupełnie zaniedbując drugą, i staliśmy się koślawi jak niewolnicy przykuci na zawsze do tej samej strony rzymskiej galery.

Jej powody

Nasza natura daje nam podwójne przywileje i obowiązki. Nie możemy spędzać całego czasu z aniołami, gdyż moglibyśmy stać się tak dziwaczni, że nawet tak miłosierni aniołowie nie będą mieli z nami nic wspólnego. Nie możemy też związać się ze zwierzętami, bo stalibyśmy się tak zwierzęcy, że przerazilibyśmy same zwierzęta. W naszym życiu jest miejsce na to, co zwierzęce, i na to, co anielskie, ale ani jedno, ani drugie nie może prowadzić kampanii eksterminacyjnej, bo zniszczy samo siebie. Prawdę mówiąc, jesteśmy bliżsi aniołom niż zwierzętom, gdyż to nasza sfera duchowa sprawuje władzę. Wskutek tego zażyłość z aniołami nie pociąga za sobą żadnego z bezpośrednich zagrożeń związanych z naszym zakorzenieniem w świecie zwierzęcym.

Uczucie i dążenia człowieka

Miejsce uczuć, czyli poruszeń dążenia zmysłowego u człowieka, można świetnie wyjaśnić dzięki rozważeniu, czym jest dążenie u aniołów. U aniołów bowiem oczywiście ono występuje. W jednym z wcześniejszych rozdziałów, omawiającym wolę Boga, wskazaliśmy, że dla istot inteligentnych wola jest tym samym, co dążenie zmysłowe dla zwierząt — motorem działania. Tendencja czy też skłonność do pełni doskonałości oraz wszystkiego, co się do niej odnosi, obecna jest bowiem absolutnie we wszystkim. Wyraża się ona albo w trudzie zdobywania doskonałości, albo w korzystaniu z doskonałości już posiadanej. Ogólnym określeniem władzy, z której wywodzi się ta skłonność, jest dążenie. Nasza długa i bliska znajomość otaczającego nas świata, a także szacunek do niego, skłania nas do uprzejmego rozciągnięcia tego terminu na rzeczy niezdolne do posiadania wiedzy i użycia w odniesieniu do nich określenia „dążenie naturalne”. Ale poszerzenie znaczenia tego terminu jest zwykłą grzecznością, bo rzeczy te nie tyle poruszają, ile są poruszane, niepowstrzymanie pilnując kursu wyznaczonego dla nich przez wiedzę Boga.

U zwierząt dążeniem tym jest dążenie zmysłowe, a u stworzeń inteligentnych — wola. W obu wypadkach władza ta jest zupełnie ślepa. Nie należy jednak się nad nią litować ani szydzić z jej ślepoty. Ona ma być ślepa. Nie jest jej rzeczą wiedzieć, ale pragnąć, i jeśli robi to tak jak zawsze, możemy więcej od niej nie wymagać. Nie próbuje przejąć pracy władzy poznania, nie patrzy w przyszłość ślepymi oczami ani nie rzuca się naprzód, dopóki kierująca nią ręka nie nada jej absolutnie koniecznego celu. Nie staje się lepsza dzięki światłu rzucanemu przez władzę poznania. Podczas suszy roślina zapuszcza dalej korzenie, ale pies nie kopie głębiej, lecz po prostu szuka cienistego miejsca. Człowiek nie kopie w poszukiwaniu kości ani nie je specjalnej trawy, lecz poszukuje prawdy, miłości i szczęścia. Tymczasem takie poszukiwanie nigdy nie zakłóca zadowolenia psa. Innymi słowy, dążenie każdego stworzenia odpowiada jego poznaniu.

Dążenie u aniołów

Jeśli zaś stworzenie, o którym mowa, jest złożonym połączeniem sfery materialnej i duchowej, obdarzonym poznaniem zmysłowym i intelektualnym, jak jest w wypadku człowieka, to występują w nim oczywiście dwa dążenia: zmysłowe i intelektualne, zwane wolą. Zgiełk bitewny dobiegający człowieka z siedziby jego duszy nie pozwoli mu poważnie wątpić w obecność tych dwóch dążeń. Żyją one bowiem w znacznie większym konflikcie niż zazdrosne żony w haremie wodza. Jeśli zaś wzmiankowane stworzenie posiada wspaniałą niematerialność anioła z jej nieskażonym poznaniem intelektualnym, to jego dążenie jest dążeniem intelektualnym, czyli wolą, i nie ma ciągłej rywalizacji i sporów o podejmowane przez nie wybory.

Jego natura — wolna wola

Określenie, że wola aniołów jest wolna, oznacza jedynie stwierdzenie, które trzeba odnosić do woli zawsze, gdzie ona występuje. Hałaśliwe dziecko z zamiłowaniem do walenia w meble może oczywiście zostać, gdy dorośnie, doskonałym kotlarzem, lecz ponieważ potrafi dostrzec, że powołanie to utrudnia sympatyczne pogaduszki, może także — jeśli chce — zrezygnować z pójścia za swoją naturalną skłonnością. Poznanie intelektualne może poznać najwyższą prawdę i dzięki temu umożliwić woli zapragnięcie najwyższego dobra. Jednakże intelekt może także poznać poszczególne prawdy i przyczyny, dla których są one poszczególne — ich ograniczenia. Z powodu ograniczeń wola może je akceptować lub odrzucać — i czyni to. Oznacza to, że wola jest wolna. Nie każdy, kto lubi gasić pożary, zostaje strażakiem; bardzo możliwe, że dlatego, iż serdecznie nie znosi oblewania wodą przy zimnej pogodzie. Rzecz w tym, że stworzenie inteligentne w obliczu poszczególnych dóbr może zawsze wybierać, ponieważ zawsze dostrzega nie tylko dobro, lecz także szczegółowość i ograniczenie tego dobra.

Różnica dzieląca je od natury i intelektu

Natura anielska musi zdecydowanie pozostawać u siebie w domu, wiecznie skrępowana wewnątrz swoich granic. Intelekt anielski jest panią domu, która widzi cały świat, lecz tylko w obrębie murów własnego domu. Natomiast wola anielska jest wędrownym włóczęgą, przemierzającym wzdłuż i wszerz obszary odsłonięte przed nią przez anielską wiedzę. Intelekt anielski, jak każdy intelekt, pozostaje wiecznie w domu, ale jest to dom wypełniony kosmopolityczną grupą gości, z których każdy musi przestrzegać obowiązujących w nim zasad. Wola anielska wychodzi zaś do pożądanych przedmiotów, jednocząc się z nimi. Tę właśnie cechę intelektu i woli wyraża wprost stwierdzenie, że stworzenie inteligentne staje się tym, czego pragnie, natomiast czyni to, co poznaje jako część siebie. Może zatem poznać brud bez splamienia intelektu, ale nie może go zapragnąć bez usmarowania się. Wolna wola anioła ma zatem najwyraźniej zupełnie odmienny charakter od anielskiej natury i intelektu.

Jego brak charakteru uczuciowego

Podczas gdy jest prawdą, że anioł może poznawać i chcieć, jest także bezsprzecznie prawdą, że nie może odczuć podniecenia, gdy krew zaczyna szybciej krążyć, ani nagłego ukłucia w sercu na wieść o tragedii. Nie może wyjść z siebie z wściekłości, zemdleć na widok węża ani pogrążyć się w smutku. W aniołach nie ma bowiem miejsca na emocje w znaczeniu namiętności czy uczuć. Jak wiadomo, aniołowie nie mają ciał, a takie uczucia są zdecydowanie zmysłowe czy też zwierzęce; są to poruszenia dążenia zmysłowego.

Gdybyśmy jednak pośpieszyli się z wnioskiem, że aniołowie są stworzeniami zimnymi, oślizłymi i bezosobowymi, dobrze byłoby sobie przypomnieć, że radosna pieśń anioła zwiastowała przybycie Zbawcy do Betlejem, że anioł uczestniczył w agonii Chrystusa w Ogrójcu i Go pocieszał, a kiedy Zachariasz nie uwierzył orędziu archanioła Gabriela, ten nie owijał w bawełnę i nie wahał się go ostro skarcić surowym zdaniem: „będziesz niemy”. A jednak ten sam surowy anioł natychmiast zdał sobie sprawę z lęku i zdumienia Maryi i pierwsze wypowiedziane przez niego słowa miały Ją uspokoić i rozwiać Jej strach. Archanioł Rafał był zaś pierwszorzędnym swatem, otwierającym drogę do pozornie niemożliwego małżeństwa młodego Tobiasza. Tak nie postępują istoty zimne jak lód.

Jednakże wątpliwość dotycząca serdeczności aniołów pozostaje. Sądzimy, że człowiek pozbawiony uczuć, z rybimi oczami hazardzisty, ma jakiś brak, jest w pewien sposób dziwny, nieludzki. I faktycznie mamy rację. Tacy ludzie są dziwni, równie dziwni jak człowiek bez głowy, gdyż nie posiadają czegoś należącego do ludzkiej natury. Brak uczuć nie jest w żadnym razie cnotą. Może być nieszczęściem zmieniającym człowieka w monstrum i może też być wadą. Człowiek ma bowiem nie tylko duszę, lecz również ciało; jest rozumny, ale jest też zwierzęciem. Ma dążenie intelektualne, lecz także zmysłowe. I ruch dążenia zmysłowego w kierunku przedmiotów zmysłowych, pochodzący z wyobrażeniowego obrazu dobra lub zła i pociągający za sobą reakcję fizyczną czy też cielesną, jest zazwyczaj nazywany emocją, uczuciem czy namiętnością. Tak więc na przykład aktorka angażująca się z całego serca w rolę może naprawdę wywołać zmiany cielesne, wytyczające ścieżkę, którą porusza się dążenie zmysłowe — może płakać, rumienić się, blednąć, drżeć i oddychać z trudem.

Uczucia te, same w sobie pozbawione wartości moralnej, są dla człowieka ogromnie ważne. Dzięki nim człowiek może zebrać się na odwagę, by poprosić o podwyżkę pensji, za pomocą prostej sztuczki — kiedy na przykład wystarczająco się rozzłości. Z kolei atmosfera kościoła czy kilka minut na kolanach może wzbudzić w woli pragnienie modlitwy. Jednym słowem, uczucia te działają na dążenie intelektualne i pobudzają je do działania albo, rozmyślnie pobudzone przez wolę, zataczają krąg i nadają działaniu naszej woli o wiele większą intensywność. Korzystając z naszych uczuć, przebiegłość Boża nierzadko nakłania nas do większej aktywności duchowej, rozdzielając swoim dzieciom słodycz zmysłową i pocieszenie, rozpieszczając je nieco czy obdarowując odrobiną otuchy i nagrody.

Jednak ze względu na bliskie współdziałanie woli i uczuć te ostatnie mogą stanowić dla człowieka ogromne zagrożenie. Mogą zawładnąć dążeniem intelektualnym i wydać człowieka na łaskę tej samej siły napędowej, która rządzi działaniami zwierząt. Sprzeciwiając się woli, mogą ją przerazić aż do paraliżu, osłabić jej działanie i ostudzić energię, tak że stanie się bezbarwna, letnia, mdła. Ludzie poddający się przerażeniu z powodu prześladowań, urokowi okazji do grzechu, ludzkiemu uznaniu czy rozpaczy odnośnie do swego życia są żywym świadectwem niebezpieczeństwa wiążącego się z utratą kontroli nad uczuciami. W skromniejszej zaś skali o istnieniu konkurencyjnego dążenia, którego nie można lekceważyć, świadczy wymownie stała śmiertelność dobrych postanowień.

Miłość u aniołów

Oczywiście te uczucia zmysłowe nie występują u aniołów. Nie mają oni ciał, więc nie posiadają też dążenia zmysłowego, obrazów wyobrażeniowych ani reakcji cielesnych. Jednak nie oznacza to, że są stworzeniami zimnymi, obojętnymi i antypatycznymi. Mają bowiem dążenie intelektualne, a jego poruszenia są doskonalsze od naszych w takim samym stopniu, w jakim sami aniołowie przewyższają nas doskonałością. To dążenie aniołów również zetknęło się z dobrem i złem, triumfem i klęską. Wśród aniołów w niebie panuje radość, a wśród aniołów w piekle — smutek, nienawiść i rozpacz. Niektórzy pragnęli wielkich rzeczy i teraz cieszą się posiadaniem przedmiotów swoich pragnień. Inni wybrali raczej małość niż wielkość i posiadanie przedmiotów ich pragnień jest teraz dla nich przyczyną udręki. Ale te uczucia aniołów nie są fizycznymi poruszeniami namiętności. Są czymś nieskończenie wyższym, charakteryzującym się naturą, która otwiera nam oczy na pewne nasze własne możliwości — gdyż my także mamy dążenie intelektualne.

Jej natura: konieczna i wolna

Aby zrozumieć niektóre z tych możliwości i ich ograniczeń, musimy wyraźnie dostrzec ogromną różnicę, jaka dzieli wiedzę i miłość aniołów od wiedzy i miłości właściwej ludziom. Zupełnie naturalnie i bez wysiłku wiemy o pewnych rzeczach doskonale — na przykład, że dzisiaj nie jest wczoraj, że nie jesteśmy kimś innym, że szczęście jest najwyższą wartością i tak dalej. Ale nie wiemy wszystkiego naturalnie, łatwo i doskonale. Równie rozdarta jest nasza miłość: niektóre rzeczy kochamy w sposób naturalny, konieczny, inne zaś możemy przyjąć lub odrzucić; możemy odnosić się do nich ze skąpstwem i ostrożnie albo lekkomyślnie hojnie. Jednak podobne cechy naszej wiedzy i miłości nie mają tej samej przyczyny. Nasz intelekt widzi dolinę za doliną, ale tylko dzięki wspinaniu się na rozdzielające je wzgórza. Powodem jego niedoskonałości jest właśnie fakt, że musi wchodzić na wzgórza i schodzić na drugą stronę. Nasza wola zaś przypomina kobietę, która przymierza kapelusz za kapeluszem, lecz nie znajduje żadnego, w którym korzystnie wygląda — chwyta dobra proponowane jej do wyboru jedno po drugim, nie znajdując żadnego, które obejmowałoby całe dobro i wymuszało na woli wybranie go.

Jej przedmioty

Aniołowie również kochają swoje dobro, swój cel, swoją doskonałość w sposób naturalny i konieczny. Nie mogą się od tego powstrzymać bardziej niż my. Tak jak u nas, naturalna i konieczna miłość aniołów jest źródłem, z którego wypływa wolna, zamierzona miłość do innych rzeczy. Rzeczy te są bowiem w jakiś sposób powiązane z celem aniołów, ich doskonałością, ich szczęściem. Tak więc, kochając siebie samych naturalnie i koniecznie, kochają oni te same cechy w innych aniołach, dokładnie tak jak my kochamy wspólne cechy ludzkiej natury w innych ludziach. Możemy nie lubić człowieka, bo jest skąpy, niesprawiedliwy, skuteczny, szczodry czy prawy, ale jest całkiem niemożliwe, abyśmy mogli nienawidzić go za to, że jest człowiekiem, że ma duszę czy umysł. Jest to prawdą również w wypadku aniołów.

Jej cel

Tak jak my, aniołowie kochają Boga w sposób naturalny i konieczny nawet bardziej niż siebie, gdyż kochając swój cel, swoją doskonałość, kochają podobieństwo, obraz Boga. Są własnością Boga, należą do Niego, tak jak my, i naturalnie i koniecznie wracają do Tego, który był ich początkiem. Gdyby aniołowie tego nie robili, istniałaby w nich czysto naturalna miłość, która byłaby czymś wypaczonym i pokręconym, gdyż bardziej kochałaby coś, co jest mniej godne miłości. Co więcej, twórcą tej przewrotnej miłości byłby sam Bóg, gdyż On jest twórcą natury. I tę naturalną miłość musiałaby zniszczyć miłość nadprzyrodzona, która zgodnie z Bożym zamiarem ma udoskonalać ludzi i aniołów — miłość kochająca Boga ponad wszystko. Aniołowie kochają samych siebie w wolności i mając pełny wybór, podobnie jak my. Co więcej, ich miłość, tak jak nasza, obejmuje wszystko, co dobre. Ich woli, jak naszej, nie trzeba wywabiać na zewnątrz. Jedynym koniecznym zaproszeniem jest odrobina dobra.

We wszystkich tych rzeczach aniołowie i ludzie są do siebie ogromnie podobni, jednak nie może nas to skłaniać do popełnienia błędu, który polega na utożsamianiu anielskiego i ludzkiego działania w obszarach wiedzy i miłości. Podobieństwo miłości jest konsekwencją jej przedmiotów. Miłość anielska stanowi sama w sobie coś, co zapiera nam dech. W zestawieniu z nią nasze uczucia wydają się jak niepewnie stawiane kroczki małego dziecka w porównaniu z płynnym i energicznym ruchem biegacza.

Miłość aniołów nie jest iskrą rosnącą z wolna w płomień. Jest natychmiastową błyskawicą. Poruszenia woli anioła, podobnie jak poruszenia jego intelektu, są jak pchnięcie rapierem prosto w serce dobra. Ta miłość nie trwa przez dzień czy rok. Jest błyskawicą schwytaną w powietrzu w całym jej płonącym blasku — na wieczność. Nie może się zmieniać, jak nasza miłość, wskutek odkrycia u ukochanego odstręczającej cechy, gdyż od początku ma całą wiedzę. Anioł nie może się zakochać w twarzy, a następnie odkryć, że jest fałszywa. Nie może stracić zainteresowania, stać się nielojalny, rzucać się z jednej miłości w drugą. Uścisk anioła się nie kończy. Ta miłość nie może być pozbawiona entuzjazmu, letnia, nieśmiała i wzdrygająca się na widok przeszkód. Anioł nie zakochuje się, lecz pogrąża się w miłości z miażdżącą siłą. Ta miłość jest zapałem, którego nie zdołają powstrzymać przeszkody, miażdżącym, totalnym i nieposkromionym ogniem, bezwarunkowym oddaniem się na całą wieczność. Jest marzeniem pogrzebanym w każdym ludzkim sercu, najdokładniejszym przybliżeniem Bożej miłości w stworzonym wszechświecie. Czy anioł może przeżywać radość, zachwyt, smutek, rozpacz i nienawiść? O, tak, i to w stopniu, który przeraża nas — podobnie jak przeraża nas ich natężenie u Boga.

Kiedy Bóg spojrzał na dzieło stworzenia i zobaczył, że jest dobre, mógł być może skierować spojrzenie na aniołów. Od chwili stworzenia posiadali doskonałe, naturalne szczęście. Ich intelekt był doskonały, a wiedza pełna. Ich dążenia, w ślad za tą doskonałą wiedzą, także były doskonałe i w doskonały sposób posiadały swoje naturalne dobra od samego początku. To dzieło naprawdę było dobre. Nawet boski artysta mógł spojrzeć z oddali na to arcydzieło, uśmiechając się dyskretnym uśmiechem mistrza lustrującego swoją doskonałą pracę. Aniołowie byli doskonali.

Jednak nie byli dość doskonali, by zaspokoić nieskończoną hojność Boga. Wciąż istniało coś, co można by tym stworzeniom ofiarować: doskonałość przewyższająca naturę, cel przekraczający cel właściwy naturze anielskiej, uczestnictwo w życiu przekraczającym doskonałość życia anielskiego. Mogli nadal być podniesieni do wyżyn nadprzyrodzonego szczęścia, do udziału w życiu Boga, dopuszczeni do oglądania Boga, który jest w niebie.

Nie jest łatwo osiągnąć taki cel miłości. Trzeba go zdobyć własnym trudem. Wysiłki te, nawet podejmowane przez naturę tak doskonałą jak anielska, same z siebie są kompletnie bezwartościowe. Cel ten przekracza naturę i nic, co natura może zaofiarować, nie staje się drabiną pozwalającą go osiągnąć. Aniołowie także potrzebowali łaski, wiary, nadziei, miłości — to jest narzędzi, za pomocą których można wypracować życie wieczne z Bogiem. Otrzymali je oni od chwili stworzenia, ale cel trzeba było zdobyć za ich pomocą. Nawet w wypadku aniołów jest prawdą, że boskie szczęście nie zostaje narzucone. Jeśli mają wiecznie żyć z Bogiem, musi to być ich wolny wybór.

Grzech u aniołówMożliwe grzechy

Była to próba dla aniołów — wybór między życiem z Bogiem i życiem bez Boga. Był to ich okres próbny, ich okazja do odniesienia sukcesu lub poniesienia klęski całego życia. Kwestia rozstrzygnęła się szybko, gdyż wybór anielski zmierza błyskawicznie prosto do swego przedmiotu, nigdy z niego nie rezygnując. Wybór został dokonany nieodwołalnie, na wieki. Dzięki jednemu dobremu aktowi aniołowie — niektórzy z nich — zasłużyli na niebo i w ich wypadku sprawa nieba czy piekła została na zawsze zamknięta.

Zwycięscy aniołowie, wstępując do nieba, przynieśli ze sobą pełnię naturalnej wiedzy, nie tracąc nic po drodze. Począwszy od tej chwili, byli już na zawsze niezdolni do grzeszenia — nie tylko z powodu niezmiennej natury swojej miłości, lecz przede wszystkim dlatego, że dążenia mającego w posiadaniu nieskończone dobro nie zdołają odwieść od ukochanego, który zaspokaja je w odpowiedni sposób, żadne zachwycające uśmiechy. Nic nie może być bardziej pociągające; wszystko inne jest tylko uczestnictwem, odzwierciedlaniem piękna tego nieskończonego dobra. To był kres aniołów, ostateczny postój w marszu do dobra i prawdy, kres drogi. Od tej pory jakikolwiek dokonany postęp mógł być wyłącznie wtórny i przypadkowy, równie nieistotny jak kwiat wpięty w klapę płaszcza i równie absurdalnie ujmujący jak zupełnie zbędne świadectwo Bożej życzliwości.

Rzeczywisty grzech

Aniołowie przebyli długą drogę w niewiarygodnie krótkim czasie. Dla niektórych z nich była ona jednak zbyt długa. Nie wszyscy osiągnęli jej cel. U aniołów występuje nie tylko miłość, nie tylko jej najwyższa doskonałość, polegająca na wyniesieniu na poziom nadprzyrodzony, lecz także nadużycie miłości — grzech. Na pierwszy rzut oka trudno jest dostrzec, w jaki sposób anioł mógłby zgrzeszyć. Człowiek może popaść w grzech, gdy wskutek niewiedzy jego widzenie staje się ułomne. Ale wiedza anioła jest bez wady. Nie popchnie go do grzechu burza namiętności, bo anioł nie posiada namiętności. U aniołów nie ma mowy o długiej, zaciekłej, zniechęcającej walce przeciwko nałogowi, której stawia czoła alkoholik, gdyż Bóg na pewno nie wlewa złych nawyków, a nie było też żadnych wcześniejszych działań, wskutek których te nałogi mogłyby się rozwinąć. Był to pierwszy grzech aniołów.

W zupełnie prawdziwym znaczeniu aniołom trudno było zgrzeszyć. Naprawdę tak trudno, że zdaniem świętego Tomasza (choć nie wszyscy teologowie się z nim zgadzają) było całkowicie niemożliwe, aby aniołowie zgrzeszyli w całkiem naturalnym porządku. Bezpośrednią, wewnętrzną i naturalną zasadą moralności był dla nich ich własny intelekt. Był on doskonały i wola aniołów doskonale się nim kierowała. Gdyby nie zostali podniesieni do porządku nadprzyrodzonego, nie mogliby zgrzeszyć, nie mogliby pójść do piekła. Jednak wówczas nie mogliby też pójść do nieba. Nie byłoby aniołów–grzeszników i nie byłoby też żadnych aniołów–świętych. Wysoko mierzące cele zawsze wiążą się z ryzykiem; niskie, płaskie miejsca są bezpieczniejsze — wręcz tak bezpieczne, że bezwartościowe. „Zuchwałe kroki w ciemność z rękami wyciągniętymi do gwiazdy”7 zawsze są niebezpieczne.

Jego przedmiot

Nawet w porządku nadprzyrodzonym grzech aniołów jest trudnym zadaniem. Nawet tutaj u aniołów nie może być niedoskonałości poprzedzającej grzech: żadnego przyćmienia intelektu, żadnego braku wiedzy, żadnej odmowy kierowania się intelektem przez wolę. Aniołowie nie mogli wybrać zła, myśląc, że jest dobrem. Jednak mogli wybrać dobro w perfidny sposób. Stwierdzenie to nie rzuca oślepiającego światła na tajemnicę grzechu aniołów, ale w tym krótkim zdaniu starannie ukryta jest prawda rozpraszająca nieco ciemności. Chociaż bowiem jest prawdą, że przed grzechem w aniołach nie mogło być żadnej niedoskonałości, jest nią również fakt, że nie była ona niezbędna, aby aniołowie odwrócili się od Boga.

Zajmując się anielską wiedzą, widzieliśmy, że anioł dokładnie w pierwszej chwili życia otrzymał pełny zestaw pojęć, ale tak samo jak człowiek może rozważać tylko jedno pojęcie naraz. O tym, które pojęcie będzie rozważał w danym momencie, decyduje gust konkretnego anioła. Może rozważać to, tamto albo nie rozważać w ogóle żadnego. W tej zdolności tkwi klucz do rozwiązania tajemnicy grzechu aniołów. Nie jest trudno konkretnie określić, jaki grzech popełnili aniołowie. Oni naprawdę nie mieli przed sobą takiej olśniewającej różnorodności zła, jaka przedstawia się człowiekowi nieśmiało zainteresowanemu złem. Aniołom były dostępne tylko dwa grzechy, bo tylko dwa grzechy odwołują się wprost do natury duchowej: pycha i zazdrość. Ponadto zazdrość mogła zaistnieć tylko w następstwie pychy. Konkretnie zatem grzech aniołów nie mógł być niczym innym niż grzech pychy. A jak faktycznie zaistniał ten szczególny grzech?

Uzyskamy dość wierny obraz tego procesu, jeśli wyobrazimy sobie dziewczynę ogłoszoną pięknością roku, która zrobiwszy się na bóstwo, zatrzymuje się (jakże to naturalne), by z zadowoleniem spojrzeć na siebie po raz ostatni, i zastyga porażona własnym pięknem. Również aniołowie, rozważając swoje piękno i doskonałość, byli oczarowani. Urzeczeni, zatrzymali się w tym miejscu, nie zezwalając swoim umysłom na rozważanie dalszego nadprzyrodzonego celu, do którego to lśniące, naturalne piękno miało prowadzić. W tym znaczeniu pragnęli być jak Bóg — nic nie mogłoby być piękniejsze i doskonalsze, sami by sobie wystarczyli, umieszczając swoje szczęście, swój ostateczny cel, w sobie samych, w pogardzie dla nadprzyrodzonego szczęścia, jakim było widzenie uszczęśliwiające. Blask anielskiego piękna zafascynował ich: odmówili patrzenia poza nie, na nieskończony blask widzenia Boga.

Trudno uznać, by oszołomione samouwielbienie piękności roku mogło mieć poważne moralne skutki. Z pewnością nie byłoby wyborem wiecznym; w końcu jej kostki by się zmęczyły albo żołądek zażądał trochę jedzenia. Jednak u aniołów ta fascynacja była rozmyślnym grzechem śmiertelnym.

Była śmiertelna, bo wiązała się z odwróceniem od Boga, odrzuceniem ostatecznego celu dla stworzonego dobra, jakim była natura anielska. Ponadto była grzeszna. To prawda, że ogólnie mówiąc, nierozważanie tej czy tamtej idei nie jest u aniołów niedoskonałością, tak jak nie jest grzechem dla katolika niezastanawianie się, jaki dzisiaj przypada dzień tygodnia. Jednak jeśli katolik obawia się, że może to być piątek, i odrzuca zastanawianie się na wypadek, gdyby odkrył, że musi przetrwać ten dzień o znienawidzonej rybie, grzeszy. Tak samo jest z aniołami. Również w ich przypadku nierozważanie tej czy innej idei, gdy są do tego zobowiązani, jest niedoskonałością i grzechem. Cała rzecz była rozmyślna, to znaczy wolna i świadoma. Rozważanie własnego piękna i przylgnięcie do niego było z pewnością całkowicie dobrowolne, a odmowa rozważenia oglądania Boga czy brak wszelkiego takiego rozważania nie były niczym wymuszonym, koniecznym. U aniołów, tak jak u nas, umysł kieruje się do tego czy tamtego przedmiotu rozważania, gdy tego chcemy. Eufemistyczne wyrażenie „wędrówki umysłu” niesie ze sobą przyjemnie pochlebną, ale zupełnie fałszywą sugestię, że nasz umysł jest przez cały czas zajęty tą czy inną rzeczą. Nasza wyobraźnia wędruje, ale umysły pracują nad zadaniem, które im zlecamy. A aniołów dotyczy to nawet w większym stopniu. Zatem w tym wypadku aniołowie bezpośrednio i wyraźnie zapragnęli rozważania własnego piękna. Nierozważania widzenia Boga zapragnęli zaś pośrednio i nie wprost. Postawili się w położeniu człowieka, który odmawia słuchania o swoich wadach i ograniczeniach, gdyż jest zakochany w sobie po uszy.

Wydaje się jasne, że ten grzech nie wymagał istnienia w aniołach niedoskonałości, zanim zaistniał. Nierozważanie ostatecznego celu nie występowało przed grzechem, lecz było jego elementem. Grzech zaczął się, gdy ten brak zaistniał, i dopełnił się w dokonanym przez aniołów złym wyborze siebie samych. Chcąc wyrazić całą rzecz w ścisłym języku teologicznym i wykazując w ten sposób matematykom, że nie są osamotnieni w stosowaniu ezoterycznej terminologii, moglibyśmy powiedzieć, że nierozważanie ostatecznego celu było pierwsze w porządku przyczyny formalnej, gdyż sąd rozumu jest zasadą wyboru. Natomiast w porządku przyczyny sprawczej i celowej pierwszy był zły wybór samego siebie, dokonany przez anioła, ponieważ wolna wola porusza intelekt do działania.

Grzech aniołów był buntem — szalonym, beznadziejnym, głupim buntem. Miał jednak wspaniałego przywódcę. Lucyfer, który stał na czele zbuntowanych zastępów, był w naturalnym porządku największym ze wszystkich aniołów, dobrych czy złych. Innymi słowy, najdoskonalsza natura, jaką Bóg kiedykolwiek stworzył, zbuntowała się przeciw Niemu jako pierwsza. Każdy inny anioł potrzebował spojrzeć tylko o stopień wyżej, by zobaczyć stworzenie piękniejsze od siebie, ale nie było stworzeń piękniejszych od Lucyfera. Był on najdoskonalszym obrazem wspaniałości Boga. Aby uświadomić sobie, że jest tylko obrazem, musiał patrzeć na samego Boga. To pycha była grzechem aniołów, a nie słabość, niewiedza czy namiętność; a największy z aniołów miał z pewnością największy powód do pychy.

Zaparcie się Lucyfera miało dla świata anielskiego o wiele większe konsekwencje niż te, które spowodowałaby apostazja papieża dla chrześcijaństwa. Lucyfer nie ciągnął żadnego z kolegów do piekła za uszy, jednak za pomocą przykładu, propozycji czy może nawet perswazji zebrał prawdziwą armię. Pismo Święte wskazuje na to, stwierdzając, że wszystkie diabły podlegają Lucyferowi. Święty Piotr mówi w odniesieniu do grzechu, że „komu kto uległ, temu też służy jako niewolnik”8. Taki jest bowiem, jak się zdaje, porządek Bożej sprawiedliwości, że w naszej karze podlegamy temu, za czyją sugestią zgodziliśmy się zgrzeszyć. Ten, kogo wybieramy na przywódcę w złu, będzie też naszym panem podczas kary.

Liczba aniołów–grzeszników

Wyznaczanie liczby legionów zbuntowanych aniołów jest oczywiście zwykłą spekulacją. Nie dostaliśmy spisu diabłów, a nie ma innego sposobu, by się dowiedzieć, ilu naśladowców miał Lucyfer. Ponieważ jednak grzech z samej natury sprzeciwia się inteligencji i narusza naturalne skłonności, byłoby naprawdę pochopnie przypuszczać, że natury tak doskonałe, iż nie dopuszczają błędów, w większości popadły w grzech. Jest znacznie prawdopodobniejsze, że więcej aniołów przezwyciężyło grzech, niż upadło.

W każdym razie grzeszni aniołowie, znani już zawsze później jako diabły, popełnili nadprzyrodzone samobójstwo. Od tej chwili byli pod względem nadprzyrodzonym martwi i wspięcie się z powrotem na wyżyny nadprzyrodzoności było dla nich równie niemożliwe, jak wygramolenie się z grobu dla umarłego. Odrzucili uczestniczenie w życiu Bożym, którym jest łaska uświęcająca, i byli odtąd niezdolni do wytworzenia żadnego dzieła godnego nieba. Ich intelekt został ogołocony z całej nadprzyrodzonej wiedzy afektywnej, która mogłaby zrodzić miłość, dar mądrości został odrzucony, a spekulatywna wiedza intelektualna, którą mogliby otrzymać dzięki przyszłym objawieniom — ograniczona do niewyraźnego, słabego światła. W rzeczy samej od tamtej pory mogą oni otrzymywać tylko taką wiedzę, jaka jest niezbędna do realizacji Bożych planów. I nawet ta wiedza jest dla nich czymś podejrzanym, dręczącym, niepewnym, pozbawionym nieomylnej pewności, jaka płynie z nadprzyrodzonej cnoty wiary.

Mimo wszystko byli wspaniałą grupą, gdy gromadnie wychodzili z nieba. Grzech nie unicestwia sam z siebie integralności natury jak bunt niszczący integralność imperium, ich natura była zaś wspaniała. Ich intelekt zachował pełną doskonałość wiedzy naturalnej, całkowitą wolność od utrudnień niewiedzy i namiętności. Ich wola była nadal wspaniałym narzędziem pragnienia, które nie znało żadnej przeszkody uniemożliwiającej jej zrealizowanie ani też niczego, co by osłabiało jej uchwyt. Jednak ta doskonała wola była na zawsze zatwardziała w grzechu. Diabły nie mogły żałować, nie miały drugiej szansy, która naprawiłaby początkowy błąd. Taka druga szansa zależy bowiem przede wszystkim — zarówno w ich wypadku, jak i w naszym — od całkowicie wolnego daru Bożej łaski. Same z siebie są bezradne. Jednak niezależnie od tej nadprzyrodzonej bezsilności skrucha jest niedostępna dla aniołów z natury. Anioł nie może zawrócić. Akt jego woli, podobnie jak akt intelektu, jest błyskawiczny i trwa na wieki. Anioł musi zawsze pozostawać wierny swemu pierwszemu wyborowi, czy to dobremu, czy to złemu, wiecznie lojalny, nawet jeśli ta lojalność dotyczy standardów piekła.

Kara za grzech

Taka nieunikniona lojalność nie przynosi diabłom radości. W piekle panuje smutek — przenikliwy, rozpaczliwy smutek, proporcjonalny do wielkiej radości, do jakiej była zdolna znakomita wola diabłów. Ich wola może się opierać i opiera się temu, co jest, ze względu na to, co mogłoby być. Zbawienie dusz, radość błogosławionych, ich własna niedola w piekle są stałymi źródłami nieustannego smutku. Istotnie, gdyby w diabłach nie było smutku, niedorzecznością byłoby mówić o ich karze, gdyż kara oznacza zasadniczo coś przeciwnego woli, coś, co znosi się z żalem. Jednak oczywiście u diabłów nie ma fizycznego bólu ani uczucia smutku. Rogi, ogony, widły i złośliwe uśmiechy nie należą do diabelskiego wyposażenia. Mimo wszystko są aniołami, a aniołowie są bytami czysto duchowymi.

W chwili popełnienia grzechu diabły zostały wrzucone do piekła, miejsca ich wiecznej kary. Oczywiście ognie przygotowane dla nich nie mogły ich torturować fizycznie; natura duchowa nie może skwierczeć na ogniu. Mimo to ogień ten może być w znaczeniu nadprzyrodzonym prawdziwą karą. Gdyby na przykład został wyposażony w nadprzyrodzoną moc ograniczającą działanie natury duchowej (jak myślał Tomasz), mógłby postawić danego diabła w jakimś równie upokarzającym położeniu jak niemowlęcy kojec dla dorosłego osiłka. Od czasu do czasu niektórym diabłom pozwala się na wałęsanie się po świecie, by wypróbowywały ludzką cnotę, co jest dla nich zajęciem poniżającym i ogromnie irytującym. Są jednak takie, które nigdy nie wychodzą poza bramy piekła, podobnie jak są aniołowie nigdy nie opuszczający nieba. Czy to w piekle, czy to na ziemi, każdy diabeł niesie w sobie istotę piekła — rozpaczliwą wiedzę, że wszystko jest na zawsze stracone. Być może wałęsającym się diabłom towarzyszy ogień piekła, by upokarzać ich pyszną moc, a być może tylko poniżająca myśl, że muszą wrócić do infantylnego zamknięcia obecnego zawsze w ich umysłach.

PodsumowanieNatura ludzka w świetle anielskiej świętości i grzechu

To jest przestrzeń miłości anielskiej: wspaniałe naturalne piękno i jego moc, wyżyny, na które anioł się wzniósł, i otchłanie, w których się pogrążył. Dźwiękiem każdej jego chwili jest tajemnicza i nieco przerażająca nuta nieskończoności, wieczności. To jest rasa, z którą jesteśmy spokrewnieni. To jest miłość, na której wzór ukształtowana jest nasza miłość, gdyż my także mamy dążenie intelektualne, wolę zdolną do sięgania po te wyżyny — i te otchłanie — na wieczność.

Potencjał dobra

Dzięki naszej woli my również możemy zdobyć piękno anielskiego widzenia, które jest tak olśniewające, że okazało się zbyt wielkie dla pychy aniołów. Możemy dojść równie daleko, a nawet jeszcze dalej, do wyżyn, na które część aniołów się nie wespnie, do widzenia wiecznego blasku — życia samego Boga. Także nasza miłość jest zdolna do takiej wierności, tak całkowitego oddania. W rzeczywistości zasługujemy na nieśmiertelne dusze tylko proporcjonalnie do tego, w jakim stopniu przybliżamy się do tej duchowej miłości. Może ona — i musi — dominować nad uczuciami, namiętnościami, które mamy wspólne ze zwierzętami. Emocjonalizm dzisiejszych czasów sprzeniewierza się jej. W pewnym sensie możemy bowiem zejść niżej od aniołów — możemy nie tylko utracić Boga, lecz także zrobić coś nieosiągalnego dla największego diabła: puścić cugle emocjom i znaleźć się na poziomie zwierząt.

Znaczenie cnoty i grzechu aniołów dla ludziPokora

Zażyłość z miłością aniołów, pozwalającą nam poznać nasz niezgłębiony potencjał dobra i zła, jest źródłem cnót obcych światowi emocji. Stawia bowiem człowieka twarzą w twarz z prawdą o nim samym. W jej obliczu może on czuć się bardzo pokorny. Emocja, niekontrolowana namiętność, nie jest pokorna, lecz łakoma, egocentryczna i, o dziwo, zaspokaja ją tylko własne unicestwienie. Dlatego gdy kroczymy napełnieni dumą z własnego życia, świadomi swojej siły i być może także umocnieni długim unikaniem grzechu, dobrze jest zauważyć, że to największy z aniołów upadł. Nierozważną skłonność do flirtowania z okazją do grzechu odpędza zdecydowanie świadomość, że mimo braku takich przeszkód, jakie uczucia stanowią dla rozumu i woli, najdoskonalsza natura uczyniona kiedykolwiek przez Boga pogrążyła się w piekle.

Obawa

Znając prawdę o sobie i aniołach, człowiek może pielęgnować w sobie zdrową obawę. Diabły naprawdę nie są tylko istotami mitycznymi. Są czymś przerażająco rzeczywistym. Są wrogami, ich natura jest nietknięta pod względem wyższości i doskonałości, pałają nienawiścią do Boga i wszystkiego, co Go przypomina. Właśnie ta nienawiść popycha ich do koncentrowania swojej wspaniałej inteligencji na niszczeniu królestwa Bożego na ziemi, Jego przyjaźni w naszych sercach i naszego wiecznego życia razem z Nim. Nasze zbawienie możemy szczęśliwie osiągnąć w bojaźni i drżeniu.

Szacunek dla samego siebie

Jednakże prawda o sobie nie zmienia człowieka w pochlipującego tchórza. Należymy do rasy aniołów. Nasze życie i nasza miłość nie są tylko biologicznym przypadkiem bez osobistego znaczenia. Tak jak życie i miłość aniołów, nasze życie i nasza miłość mogą uniknąć zepsucia, osłabnięcia aktywności, sfatygowanego wytarcia i znużonego skrzypienia ostatniej chwili życia. Jesteśmy ponad tym, co pospolite, zwyczajne, efemeryczne. Pochodzimy z długiej linii duchowej arystokracji. Trzeba chronić honor naszego imienia, gdyż tak jak aniołowie musimy z nim żyć na zawsze.

ROZDZIAŁ XII KRÓLESTWO CZŁOWIEKA (Kw. 65–74; 90–93)

Opowieść Pisma Świętego o królestwie człowiekaWspółczesne odrzucenie tej historii

Zawarta w Księdze Rodzaju opowieść o początkach świata wywołała rozbawienie dzisiejszych naukowców. Tak się uśmiali, że opowiedzieli o tym dowcipie człowiekowi z ulicy. Historia ta jest na swój sposób sympatyczna; chociaż dość nieprawdopodobna, miliony ludzi traktowały ją poważnie, zanim jasne światło nauki ujawniło, czym jest: jednym z wielu podobnych do siebie mitów. I w tym jaskrawym świetle wygląda ona tak śmiesznie jak aktor, którego w biały dzień przyłapano z makijażem na twarzy.

Taka rozbawiona tolerancja jest wynikiem poczucia ogromnej wyższości — tak wielkiej, że nie musi martwić się o szczegóły. Jednak taka wyższość jest niebezpieczna w każdej dziedzinie: to ona sprawia, że doświadczony monter spada ze słupa telefonicznego, to na każe pijakowi rzucać wyzwanie całemu światu. Jest napojem uderzającym do głowy, który należy sączyć po łyczku, a nie pić całymi haustami. Niezależnie od tego, jak kuszący jest jego bukiet, przejrzysta barwa i rozgrzewający smak, zbyt łatwo wywołuje rano wyrzuty sumienia. Być może nasi współcześni nie są naprawdę pijani, lecz tylko weseli, chociaż okazuje się, że piją ten niebezpieczny napój regularnie. Być może nie osiągnęli jeszcze stadium „następnego dnia”, ale są nieostrożni i wcześniej czy później będą jęczeć i żałować.

Dwa elementy tej historii: stworzenieOpowieść o oddzieleniu i upiększeniu wszechświata

Wyrzucając historię o oddzieleniu i upiększeniu świata, jednocześnie ekstrawagancko, beztrosko i nieuważnie odrzucili fakt wielkiej wagi — początek wszechświata. Pozbyli się wszystkiego razem jak starej szmacianej lalki. Być może w oczach współczesnych ludzi nic nie naznacza silniej Tomasza piętnem kompletnej staromodności niż fakt, że wziął tę historię na serio. Na pewno nic nie dzieliło go bardziej od współczesnych myślicieli niż to, że dostrzegał w niej dwa elementy: doniosły fakt stworzenia i prostą opowieść o oddzieleniu i upiększeniu świata. Jego intelekt skłonił się przed pierwszą z nich, jako że wolny od zakłóceń intelekt zawsze musi złożyć hołd przed pewną prawdą. Dzięki temu zaś, że niewzruszenie uchwycił pierwszą, mógł sprawiedliwie osądzić drugą.

Nierozumne odrzucenie faktu stworzenia

Odrzucenie faktu stworzenia jest nierozumne, ale nie w tym znaczeniu, że człowiek jest nierozumny, bo jest trochę uparty czy wyjątkowo drobiazgowy. Jest nierozumne, bo jest jawnym popisywaniem się rozumu.

Streszczenie dowodu na stworzenie

W jednym z poprzednich rozdziałów omówiliśmy dość dokładnie sprawę stworzenia, stwierdzając zdecydowanie, że świat został powołany do istnienia przez pierwszą przyczynę, która go stworzyła. Jednak nie będzie od rzeczy przedstawić tutaj krótko ponownie to rozumowanie. Pierwsza przyczyna oznacza jedynie przyczynę całkowicie niezależną, to znaczy taką, od której nikt ani nic nie było wcześniejsze — taką, która jest w każdym znaczeniu pierwsza. Niezależność w pełnym sensie tego słowa oznacza całkowitą samowystarczalność, a także bycie pierwszym źródłem dla wszystkiego innego. Stwarzanie określa się popularnie jako „robienie czegoś z niczego”. Ujmując dokładniej, jest to wytwarzanie niezależne od jakiegokolwiek istniejącego wcześniej przedmiotu. Jednym słowem, jest to stwarzanie całego bytu, a nie po prostu jego części, bez przygotowań i bez wydawania na świat przez coś innego. Zatem stworzenie — jest to prawda wyjątkowo klarowna dla rozumu, której porządnie uczy wiara — oznacza po prostu, że świat został stworzony przez pierwszą przyczynę we właściwy dla niej sposób, czyli w całkowitej niezależności. Jeśli zakładamy istnienie czegoś, od czego ta pierwsza przyczyna zależy, to po prostu zaprzeczamy, że jest pierwszą przyczyną, i spychamy problem trochę dalej — ale go nie rozwiązujemy. Zawsze bowiem jest prawdą, że gdy odnajdujemy kogoś opierającego się na czymś, zależnego, to będzie także istniało coś, na czym ten ktoś się opiera i od czego zależy. A stabilność tego ostatniego nie będzie wytworem tego słabego, który się na nim uwiesił. Całkowita niezależność w działaniu oznacza wytwarzanie skutku z niczego.

Dowody na to wyjaśnienie powstania wszechświata są takie same, jak podane wcześniej dowody na istnienie Boga. Można je ująć krótko, stwierdzając, że albo rzeczy zostały stworzone w ten właśnie sposób, albo też ich nie ma — co jest oczywistą nieprawdą. Nie ma innej możliwości wyjaśnienia nie tylko wszechświata, lecz także najmniejszej rzeczy w nim zawartej. Kwestia ta dotyczy nie tylko gór, kontynentów czy planet; nawet drobina kurzu czy mrugnięcie okiem domaga się istnienia pierwszej przyczyny równie głośno jak każda inna czy też wszystkie razem. Nieskończenie długi łańcuch przyczyn zależnych nie tłumaczy żadnej z nich ani wszystkich razem, gdyż sama ich zależność wyklucza możliwość ich samowystarczalności, przyczynowości czy pierwszeństwa. Domaga się ona czegoś wyższego od nich, od czego mogłyby zależeć. Albo istnieje niezależna, czyli pierwsza przyczyna, albo nie ma skutków. Albo pierwsza przyczyna dokonała stworzenia (jeśli w ogóle działała), albo nie jest pierwsza. Fakt stworzenia, tak ściśle trzymający się faktów dotyczących świata, nie jest czymś, czym człowiek musiałby czuć się zażenowany albo za co musiałby przepraszać. Jest raczej czymś, czego domaga się wszelka sensowność.

Różne znaczenia słowa „ewolucja”

Sensowne czy nie, stworzenie zostało wymiecione z ludzkich umysłów razem z resztą opowieści zawartej w Księdze Rodzaju. Jednak dom nie musi pozostać pusty; zamiast stworzenia możemy otrzymać ewolucję — albo od razu w całości, albo w planie ratalnym, który łagodzi ból związany z jej przyjęciem, rozkładając jej ciężar na miliony lat. Na wypadek, gdyby takie stwierdzenie wywołało niczym echo natychmiastowe oskarżenie, że jesteśmy antynaukowi, ultrakonserwatywni czy zacofani, zbadajmy znaczenie słowa „ewolucja”.

Jest to ważne, gdyż znaczenia tego słowa stanowią osobliwe trojaczki; siostry mogą cieszyć się z konsternacji obcej osoby, która nie umie ich rozróżnić, ale każda z oburzeniem zgłosi pretensje, jeśli przypisze jej się wady którejś z pozostałych — szczególnie tej, która jest najsłabsza z całej trójki.

Hipoteza naukowa

W najwłaściwszym znaczeniu słowo to jest używane na określenie hipotezy naukowej. Ewolucja była i jest proponowana jako naukowy zapis rozwoju życia. Jako hipoteza naukowa, i w swojej własnej dziedzinie, ma ona ogromną wartość. Masa nagromadzonych dowodów, potwierdzających ją, z pewnością klasyfikuje ją jako bardzo dobrą teorię roboczą, a naukowiec nie szuka niczego poza taką teorią. Ewolucja nie jest natomiast — i w tym znaczeniu wcale nie ma być — ostatecznym wyjaśnieniem wszechświata. Przedmiotem nauki nie jest bowiem wyjaśnianie, lecz odkrywanie tego, co powszechne. Nie szuka ona przyczyny ostatecznej, ale ogólnej zasady; jej rozumowanie kończy się nie wnioskami czy wyjaśnieniami, lecz raczej uogólnieniami, które nazywamy prawami naukowymi.

W tym właściwym znaczeniu żaden filozof ani teolog nie może mieć przeciwko ewolucji żadnego zastrzeżenia. W tym wypadku porównywanie zwolennika wyjaśniania świata przez stworzenie i ewolucjonisty byłoby równie głupie jak uważanie, że terminy „demokrata” i „nordyk” wzajemnie się wykluczają. Jedynym możliwym źródłem konfliktu byłoby rozszerzenie zasięgu tej naukowej hipotezy roboczej na pochodzenie ludzkiej duszy. Byłoby to natychmiastowe opuszczenie obszaru nauki, gdyż stanowiłoby krok poza obszar obserwacji doświadczalnej. Co więcej, naukowiec takiego kroku nie czyni.

Pseudonaukowe wyjaśnienie wszystkiego

Słowa „ewolucja” używa się również powszechnie na określenie pseudonaukowej teorii o istnieniu cudownego leku leczącego wszelkie choroby intelektualne dzięki rozwiązywaniu wszystkich problemów. Uważa się je za właściwe w prawie wszystkich dziedzinach i stosuje się z taką samą lekkomyślnością, jaka niegdyś cechowała korzystanie z arniki czy kamfory. Używa się go na przykład w religioznawstwie porównawczym, przytaczając jako wyjaśnienie współczesnego istnienia monoteizmu; w socjologii, uznając je za wyjaśnienie rzekomego rozwoju od swobody seksualnej do monogamii; w etyce — za wyjaśnienie rozwinięcia się etyki chrześcijańskiej ze stanu całkowicie amoralnego — i tak dalej, i tak dalej.

Ociera się to o śmieszność. Jeśli na podstawie faktu, że teoria względności pięknie sprawdza się w matematyce i wyjaśnia wiele zjawisk w fizyce, człowiek wnioskuje, że wszystko jest względne, mógłby logicznie w każdej chwili zacząć używać pary butów jako chusteczki do nosa. Te pseudonaukowe twierdzenia są z czysto naukowego punktu widzenia całkiem bezpodstawne. W rzeczywistości dowody nie wskazują na wyłonienie się monoteizmu z politeizmu czy ateizmu. O wiele więcej przemawia za wnioskiem, że był on formą pierwotną. Nie odkryto jeszcze społeczeństwa cechującego się rozwiązłością seksualną, natomiast i w tym wypadku świadectwa antropologiczne znowu, na ile umożliwiają wnioski, wskazują na monogamię jako pierwotną formę małżeństwa. Amoralna kondycja ludzi jest koszmarnym snem współczesnych, a nie naukowym faktem. Niektóre odkryte dotychczas ludy, z całą pewnością prymitywne, posiadają i stosują szlachetny kodeks moralny. Te poglądy są kategorycznie nienaukowe. Mimo to rozprzestrzeniają się oficjalnie dzień za dniem, publikacja po publikacji, jak gdyby od czasu, kiedy pierwsi teoretycy bez dowodów zaczęli budować swój zamek bez cegieł i zaprawy, nie dokonano żadnych odkryć naukowych.

Nie należy ich w żaden sposób popierać. Nie mają uzasadnienia. Nie mają nic z piękna bajki, praktycznej skuteczności opowieści oszusta, czcigodnej powagi mitu, prawdopodobieństwa kłamstwa ani humoru powalającego dowcipu. W najmniejszym zaś stopniu nie posiadają żadnej cechy faktu. Jedyne, czego nie można im odmówić, to wstrętna ohyda intelektualnej degeneracji.

Filozoficzne wytłumaczenie istnienia wszechświata

W trzecim znaczeniu „ewolucję” proponuje się z powagą jako filozoficzną odpowiedź na pytanie o pochodzenie świata. Ta teoria filozoficzna, negująca przyczynowość i celowość, zakłada, że proces zmiany jest wystarczającym wyjaśnieniem zarówno samego siebie, jak i doskonałości wszechświata. Jedna postać tego objaśnienia oświadcza, że historia wygląda następująco: jakiś pierwotny materiał, bardzo niedoskonały, który jest wieczny lub w tajemniczy sposób zaczyna samodzielnie istnieć, rozwinął się pomału, dzięki przypadkowi i środowisku, z mocą nieubłaganego prawa, w skomplikowany świat, jaki znamy dzisiaj. Naukowiec otrzymałby obrazową ilustrację tego wszystkiego, gdyby w wytworzonej przez niego próżni pojawił się nagle obłoczek aromatycznego dymu mieszanki tytoniu Virginia i Turkish. Następnie, ku jego zdumieniu, dym uzyskuje kształt, rozwijając się w dokonały i powoli odpływający krąg (mimo braku powietrza koniecznego do snucia się dymu), a w ostatnim delikatnym podmuchu przybiera delikatny odcień szminki, by podtrzymać złudzenie, że za całą rzeczą kryją się usta palaczki i papieros.

Inna postać tego wyjaśnienia ukazuje tajemniczą siłę życiową, zupełnie niedoskonałą, która z konieczności przebiła się przez materię (nie została ona objaśniona, a faktycznie jest zupełnie nierzeczywista) do doskonałości znanych nam dzisiaj. Według tego poglądu nie ma świata materialnego, gdyż rzeczywisty jest tylko proces zmiany, który nie zatrzymuje się wystarczająco długo, byśmy go dostrzegli, a tym bardziej nadali mu nazwę. Słowa wydają się niejasne, ale idea stanie się doskonale przejrzysta, kiedy wyobrazimy sobie zmianę wyrazu twarzy człowieka od radości do smutku, wymazują najpierw z pamięci radość, smutek, twarz i jej wyraz. Obie postaci wyjaśnienia filozoficznego zwanego ewolucją są rozciągane tak, by obejmowały człowieka, ciało i duszę. Obie negują pojęcie przyczyny, czyli punktu wyjścia, zewnętrznej wobec procesu zmiany. I obie z konieczności zaprzeczają istnieniu w całej tej sprawie inteligentnej celowości.

Wzajemna relacja stworzenia i ewolucji

Jeśli chcemy choć trochę zmniejszyć zamieszanie wynikające z używania jednego słowa w trzech zdecydowanie różnych znaczeniach, to na wszystkie trzy znaczenia ewolucji — naukowe, pseudonaukowe i filozoficzne — należy patrzyć w kontekście stworzenia. Jest zupełnie oczywiste, że niemożliwa jest sprzeczność między ewolucją jako hipotezą naukową i faktem stworzenia. Stworzenie jest jawnym twierdzeniem, że istnieje ostateczna przyczyna, zasadnicze wyjaśnienie wszechświata; a nauka równie jawnie interesuje się nie ostateczną przyczyną i zasadniczymi wyjaśnieniami, lecz tylko odkrywaniem ogólnych zasad. Nauka nie interesuje się zawodowo źródłem tych praw ani naturą prawodawcy, ani nawet samym jego istnieniem.

W znaczeniu teorii pseudonaukowej o prawdziwym konflikcie między ewolucją i stworzeniem, a nawet między ewolucją i czymkolwiek innym, można mówić tak samo jak o sprzeczności gaworzenia małego dziecka z jakąś wieczną prawdą. Teoria ta jest prawdziwą zniewagą dla ludzkiej inteligencji. Zuchwałość jej propozycji zakłada, że nie wiemy niczego o obecnym stanie nauki, że nie słyszeliśmy o odkryciach naukowych ostatnich dwudziestu lat.

W znaczeniu filozoficznego wyjaśnienia pochodzenia wszechświata ewolucja roztrzaskuje głowę o akt stworzenia — i po prostu ma pecha, jeśli rozum jest świadkiem tego wypadku czy nawet jego sprawcą. W tym znaczeniu ewolucja jest jedynie procesem zmiany na wielką skalę, zmiany od możliwości do urzeczywistnienia, realizacją możliwości. Używając kilku przykładów z jednego z wcześniejszych rozdziałów, jest to stawanie się bloku marmuru posągiem, rzeźnika — chirurgiem, płótna i farb — arcydziełem. Żądanie samowystarczalności tego procesu, przyjmowanie go bez wyjaśnienia i beznamiętne oświadczanie, że wyjaśnia on siebie samego i wszystko inne, jest sprzeczne z rozumem, niepojmowalne i w oczywisty sposób fałszywe.

Przyjrzyjmy się ewolucji trochę bliżej. Zaprzecza ona otwarcie zasadzie przyczynowości i celowości. Czyni ze świata krzepkiego smarkacza, który się nie urodził, ale rośnie, akcję sztuki bez początku i końca, książkę bez punktu wyjścia, fabuły i zakończenia czy ruch, który nie tylko się nie rozpoczął i nie kieruje się donikąd, lecz także absolutnie nie ma dokąd się kierować. Negację tę można sprowadzić do sprzeczności, polegającej na utożsamianiu przeciwieństw i zdecydowanie nastawiającej rozum przeciwko temu dylematowi. Są dwa rozwiązania. Albo nie ma różnicy między możliwością i urzeczywistnieniem, między płótnem i arcydziełem, gdyż możliwość wywołuje urzeczywistnienie przez sam proces zmiany, po prostu poruszanie siebie samej do tej doskonałości; a to jest równoznaczne z zanegowaniem samej ewolucji, bo stanowi zanegowanie zmiany. Albo — w wypadku alternatywnego rozwiązania — ostatnia doskonałość wytworzona przez ewolucję nie jest tym samym co możliwość, z której się rozwinęła. W tym wypadku pojawiła się z czegoś, czego nie ma. Daje nam to coś z niczego bez odwoływania się do żadnej innej przyczyny. Mówiąc prościej, poraża umysł niewiarygodną sprzecznością, że nic jest czymś.

Może się wydawać, że stanowczo nazbyt brutalnie upraszczamy ewolucję, gdyż nie powiedzieliśmy niczego o milionach lat, w ciągu których przebiegała, o mocy procesu zmiany, środowisku i przypadku. W pewnym sensie zarzut ten jest słuszny — jest to uproszczenie ewolucji. Pominęliśmy dekorację stołu, przystawki i likiery, by skupić się na daniu głównym. Jednak w rzeczywistości miliony lat nie rozwiązują problemu ani mu nie zapobiegają. Czas nie ma nic wspólnego z głównym problemem; jest jedynie miarą sposobu rozwoju, a nie jego wytłumaczeniem. Proces zmiany stanowi zaledwie stwierdzenie dotyczące sposobu rozwoju — to znaczy, jak do tej zmiany doszło. Nie jest wyjaśnieniem ani stwierdzeniem istnienia przyczyny; nie mówi nam, dlaczego świat w ogóle jest.

Jednak spójrzmy wobec tego na rolę, jaką odgrywa w tym systemie środowisko, konieczność i przypadek! Dobrze, spójrzmy. Co wytworzyło środowisko? Jakie jest źródło konieczności? Czym jest tutaj przypadek poza tym, że matematycznym „iksem”, stwierdzeniem, że istnieje wspólny element? Wszystkie te kwestie zostały krótko ujęte w następujących słowach: „Skoro jest zmiana, to jest też powód do niej — a powód zmiany można odnaleźć tylko w czymś, co nie jest nią dotknięte. Wynika z tego, że jeśli proces zmiany, cechujący się sprecyzowaną i możliwą do wykrycia zasadą oraz obejmujący całość rzeczywistości materialnej, faktycznie istnieje, to cała rzeczywistość materialna musi mieć środowisko niematerialne”. Zmiana i ewolucja zakładają bowiem istnienie środowiska i wzajemne oddziaływanie na siebie w tym środowisku.

Niesłuszne odrzucenie opowieści o oddzieleniu i upiększeniu wszechświataCel opowieści

Odrzucenie faktu stworzenia jest pogwałceniem ludzkiego rozumu. Jest nierozumne w znaczeniu szaleństwa. Odrzucenie opowieści Pisma Świętego o oddzieleniu i upiększeniu świata z przyczyn naukowych ma w sobie małostkową złośliwość, gdyż jest zdecydowanie krzywdzące. Celem, dla którego Mojżesz napisał opowieść zawartą w Księdze Rodzaju, było pouczenie niepiśmiennych ludzi o fundamentalnych prawdach religijnych i moralnych9. Napisał ją, by mogli poznać, że mają obowiązek czci i wdzięczności wobec Jahwe, który stworzył wszystkie rzeczy, rządzi nimi i je ochrania. Napisał ją także po to, by ocalić swój lud przed bałwochwalstwem, przypominając mu, że każde stworzenie ma powód swego istnienia, którym jest wyższa od niego przyczyna, i że jest przeznaczone do służenia człowiekowi, koronie i arcydziełu stworzenia, a nie do tego, by to człowiek mu służył.

Jej język

Mojżesz wykonał swoje zadanie po mistrzowsku. Język opowieści cechuje się z konieczności wielką prostotą, ale jej imponujące postaci przemawiają mocno do wyobraźni, a rozległe kształty wszechświata rysuje ona przy użyciu określeń uderzających zmysły. Opowieść przypomina nierzadko wzniosłość i rytm poezji najwyższych lotów.

Sto pięćdziesiąt lat temu ludzie śmiali się z opowieści Mojżesza, bo nie mówiła słowa o teorii powstawania planet w mgławicach, fizyce Newtona czy teoriach Kartezjusza dotyczących optyki. Dzisiaj uśmiech powraca, bo nie ma w niej nic o teorii względności ani żadnego stwierdzenia na temat zasad termodynamiki czy ewolucji. Za sto pięćdziesiąt lat kolejne pokolenie będzie śmiało się ze świetnego dowcipu, że Mojżesz nie wyraził teorii naukowych tej przyszłej epoki. Innymi słowy, opowieść jest odrzucana przede wszystkim dlatego, że Mojżesz nie był partaczem i nie wypełnił lekcji prawd religijnych i moralnych naukowym żargonem, który spotkałby się z aprobatą wszystkich epok.

Oczywiście na próżno szukalibyśmy w tej relacji wzorów chemicznych i twierdzeń matematycznych; nie da się w niej odnaleźć galerii świadectw geologicznych ani też przewidywań dotyczących odkryć z zakresu biologii. Nigdy nie miała być opisem naukowym. Gdyby miała spełniać taki cel, zupełnie by zawiodła, pozostawiając Izraelitów na pustyni z otwartymi ustami i oczami wytrzeszczonymi ze zdumienia. Szukanie sprzeczności ze współczesną nauką w opowieści, która miała być jawnie nienaukowa, jest niesprawiedliwe. Sama jej natura i język nadały jej tak widoczną elastyczność, że pierwsi chrześcijańscy komentatorzy praktycznie nie znajdowali słowa, które nie dopuszczałoby bardzo różnych interpretacji faktograficznych: tak więc „dzień” mógł oznaczać dwie godziny, wiele dni, czas nieokreślony czy nawet etap poznawania. Stworzenie roślin miało oznaczać natychmiastowe stworzenie doskonałych gatunków lub tylko stworzenie gatunków w postaci zarodkowej, aby się rozwijały. Światło, firmament, ziemia i liczne inne słowa były od początku postrzegane jako cechujące się tak samo nieokreślonym charakterem.

Niesłuszność jej odrzucenia

Krótko mówiąc, opowieść Mojżesza w sposób godny podziwu służy swojemu, a nie żadnemu innemu, obcemu jej celowi. Krępowanie jej nauką którejkolwiek epoki jest niesprawiedliwe i podobnie niesprawiedliwe jest określanie jej jako sprzecznej z nauką którejkolwiek epoki. Może się ona sprzeciwiać — i czyni to — pseudonaukowym teoriom podszytym filozofią, ponieważ otwarcie wyjaśnia prawdy filozoficzne, leżące u źródeł wszelkiego istnienia.

Pochodzenie królestwa człowieka: podejście Tomasza do tej kwestiiJego trzy zasady

Święty Tomasz, podchodząc do opowieści o stworzeniu z punktu widzenia swojej wiary, określił kilka zdroworozsądkowych zasad. Było dla niego jasne, że prawdę Pisma Świętego należy utrzymać nienaruszoną. Ostatecznie jest to natchnione słowo Boga, zatem nie ma żadnej innej prawdy, która mogłaby być bardziej niezawodna od tej. Wydawało mu się też oczywiste, że skoro Pismo Święte można naświetlać na wiele sposobów, to przy żadnym stanowisku czy interpretacji nie należy obstawać tak ściśle, by zakładać, że — gdyby ustalono z pewnością, że jest fałszywa — ktoś miałby ją mimo to uznawać. Taka osoba słusznie wywołałaby drwiny ludzi niewierzących, zamykając im w ten sposób drogę do wiary. Tomasz dostrzegał, że trzeba pamiętać, iż Mojżesz mówił do ludzi niepiśmiennych. Dostosowując się do ich niewiedzy (Tomasz używa słowa imbecillitas), przedstawiał tylko te rzeczy, które były wyraźnie oczywiste dla ich zmysłów. W końcu człowiek nie utracił wskutek grzechu poznania rzeczy naturalnych ani wiedzy, dzięki której zaspokajane są potrzeby ciała. A zatem Pismo Święte nie uczy człowieka o tych rzeczach, lecz raczej podaje naukę o duszy, utraconą wskutek grzechu.

Jego główny przedmiot zainteresowania

Innymi słowy, Tomasz wyraźnie informuje na początku, że nie poszukuje w tej opowieści wyjaśnień naukowych. Jego zainteresowanie jako teologa skupiało się na prawdach metafizycznych, a te przedstawiła ona Izraelitom jasno: stworzenie jako fakt i działanie właściwe Bogu, pierwsza przyczyna wszystkich rzeczy oraz przyczyna celowa świata. Tomasz nie interesował się zatem zbytnio tą opowieścią w kontekście naukowym. Niemniej, naświetlając ją, był zobowiązany wykorzystywać współczesną sobie naukę, tak samo jak my dzisiaj. Tomasz dobrze znał naukę swoich czasów, ale w tej analizie nie próbował jej badać, ulepszać ani krytykować. Jedynie z niej korzystał.

Nauka w jego czasach

Aby zrozumieć sposób przedstawienia przez Tomasza opowieści z Księgi Rodzaju, konieczna będzie co najmniej pobieżna znajomość fizyki Arystotelesa, obowiązującej w trzynastym wieku. Zdaniem ludzi tamtych czasów wszechświat składał się z siedmiu koncentrycznych sfer planetarnych, zawartych wewnątrz ósmej sfery — sfery gwiazd stałych — w których środku znajdowała się z kolei ziemia. Nad niebem gwiazd stałych zaczynał się świat niewidzialny, to znaczy niebo krystaliczne, czyli niebo wód, stanowiące źródło deszczu, oraz niebo empirejskie, czyli niebo światła, będące mieszkaniem aniołów. Materia tych niebiańskich sfer była zupełnie niezniszczalna, ponieważ ich formy całkowicie wypełniały jej możliwości. Do każdej sfery przypisana była poruszająca inteligencja. Jej dziełem było kierowanie okrężnym ruchem konkretnej sfery. Nie miała jej natomiast przenikać czy ożywiać, tak jak dusza ożywia ciało. Pod najniższą sferą, księżycową, urządzone były sfery czterech żywiołów, mianowicie ognia, powietrza, wody i ziemi. Właściwie każda z nich powinna była się mieścić w swoim naturalnym miejscu z doskonałą równowagą; jednak w rzeczywistości były one pomieszane. Ponieważ ich naturalną tendencją było dążenie do osiągnięcia tego naturalnego miejsca, powodowało to charakterystyczne ruchy poszczególnych elementów. Dlatego ogień szedł do góry, a ziemia w dół.

Przyczyny powstania królestwa człowieka

Mając w pamięci te wyobrażenia, mamy już niezłe pojęcie o sposobie, w jaki Tomasz traktował opowieść o stworzeniu. Pierwszą przyczyną sprawczą był oczywiście Bóg, gdyż Tomasz nie chorował na żadne nowożytne szaleństwo na Jego temat. Bóg jest również przyczyną celową, czyli kresem wszechświata. Wieczne idee w umyśle Bożym są przyczyną formalną w znaczeniu przyczyny wzorczej. A ponieważ wszystkie rzeczy pochodzą od Boga, zarówno materia rzeczy, jak i ich wewnętrzne formy są od Boga, istniejąc oczywiście tylko w połączeniu, jako złożenia.

Dzieło oddzielenia — pierwsze trzy dni

Akt stworzenia był wiecznym aktem Boga. Jeśli chodzi o rozegranie się tego wiecznego aktu w czasie, to miał on dwa etapy: oddzielania i upiększania. Pierwsze trzy dni stworzenia były wypełnione pracą nad oddzielaniem, gdyż oczywiście nie może być upiększania, dopóki nie ma czegoś, co ma być upiększone. Pierwszy dzień był świadkiem oddzielenia światła i ciemności. Drugi dzień przyniósł oddzielenie nieba i ziemi ze sklepieniem rozdzielającym wody. W trzecim dniu wody na ziemi zostały zebrane w morzach, a morza oddzielone od suchego lądu. Ziemia została opatrzona odpowiednią dla niej ilością roślin, podobnie jak człowiek nosi ubranie, gdyż były one nie tyle ozdobą, ile zwyczajnym i przyzwoitym przykryciem nagiej ziemi.

Dzieło upiększenia — kolejne trzy dni

Kolejne trzy dni były wypełnione przyjemnie twórczą pracą nad dekorowaniem. Bóg wystąpił wobec wszechświata w charakterze dekoratora wnętrz, zdając decydujący sprawdzian boskiego dobrego smaku. Tak więc w czwartym dniu skoncentrował się na niebiosach, ozdabiając je słońcem, księżycem i gwiazdami. W piątym dniu wody otrzymały oszałamiająco różnorodne przybranie ryb, a powietrze — fragmentaryczne piękno ptaków. Szósty dzień został przeznaczony na przyozdobienie ziemi zwierzętami, wśród których znalazł się i człowiek. Jest on jednak tak ważny, że jego stworzenie zasługuje na specjalne potraktowanie i je otrzymuje.

Tomasz przedstawia to wszystko płynnie, wyjaśniając naturę różnych stworzeń w świetle nauki swoich czasów, sygnalizując znaczne różnice między interpretacjami Ojców Kościoła i podając powody skrupulatnego porządku, według którego rzeczy zostały stworzone. Niektóre z nich, na przykład powody stworzenia gwiazd, są niezwykle wnikliwe i po ludzku interesujące. Każde stworzenie cielesne ma trzy cele: siebie, naturę wyższą od siebie i wszechświat. Mojżesz, tłumacząc stworzenie gwiazd, rozważa tylko drugi — użyteczność dla człowieka: gwiazdy służą człowiekowi, dając światło potrzebne do wykonywania pracy i zdobywania wiedzy, zapewniając zmianę pór roku, która pozwala uniknąć nudy spowodowanej stałym klimatem, chronić zdrowie i produkować konieczną żywność — są to rzeczy niemożliwe do osiągnięcia w warunkach nieustającej zimy czy lata; a także dostarczając dobrych warunków do handlu i pracy dzięki możliwości prognozowania sezonów suchych i deszczowych.

Odpoczynek Boga — dzień siódmy

Do końca szóstego dnia stworzenie było całkowicie ukończone. Zostało już stworzone wszystko, co miało kiedykolwiek istnieć, czy to rzeczywiście, czy to potencjalnie, to znaczy w swojej pełnej doskonałości lub w zarodku. Jeśli chodzi o ludzkie dusze, to istniały one co najmniej w swoim wzorcu — umyśle Boga. Stworzenie było faktem dokonanym i wówczas Bóg odpoczął. Jednak odpoczynek Boga nie oznacza w żadnym wypadku, że Jego działanie w świecie ustało w szóstym dniu. Nie było wycieczki na Florydę czy rejsu po oceanie na boską skalę, by uciec od wszystkiego. Bóg działa nieprzerwanie, ochraniając świat i rządząc nim. Siódmy dzień, oznaczony rozumianym w tym znaczeniu spoczynkiem Boga, uznaje się trafnie za święty. Uświęcenie wszystkich rzeczy polega bowiem właśnie na ich odpoczywaniu w Bogu, podobnie jak Bóg odpoczął w sobie w siódmym dniu.

Pochodzenie pana świata

Przechodząc do stworzenia człowieka, odkrywamy, że ma on zajmować miejsce szczególne — łączyć w sobie świat materialny i duchowy. Wskutek tego element duchowy i materialny w nim należy rozważyć oddzielnie. Tak naprawdę element duchowy nie wywołuje żadnej racjonalnej trudności, chociaż przez setki lat stanowił przeszkodę dla intelektualistów. Ale ten temat jest najbardziej charakterystyczną dziedziną, w której można obserwować potykanie się rzekomych intelektualistów o nieistniejącą przeszkodę.

Jego dusza

Jest od razu oczywiste (i stanowi to także doktrynę wiary), że dusza Adama na pewno nie była emanacją substancji Boga, wylewem boskiej istoty. W świetle tego, co zostało już powiedziane o nieskończonej doskonałości i nieustannie rzeczywistym działaniu Boga oraz jawnej ograniczoności i niedoskonałości naszych dusz, nie może być mowy o ich utożsamieniu ze sobą. Dusza Adama musiała zatem zostać wytworzona, a istnieje tylko jeden sposób wytwarzania substancji duchowej, to znaczy przez stworzenie. Nie można jej zrobić na drutach, upleść, wyhodować ani wyprodukować. Nie można jej zrobić z żadnego tworzywa materialnego; próba twierdzenia, że jest to możliwe, pociąga za sobą bezzwłocznie sprzeczność, że dusza jest naraz duchowa i posiada części. Nie mogła też być wykonana z żadnej istniejącej wcześniej substancji duchowej, bo taka substancja, właśnie dlatego, że jest duchowa, jest pozbawiona części; nie można więc niczego z niej zabrać, nie niszcząc jej jednocześnie. Dusza człowieka została stworzona i oznacza to, że została uczyniona bezpośrednio przez Boga, ponieważ całkowicie niezależny sposób działania, jakim jest stworzenie, jest właściwy tylko dla całkowicie niezależnego sprawcy. Chociaż aniołowie pragnęli podjąć się pewnej dodatkowej pracy, sam Bóg nie mógł im powierzyć żadnej części tego dzieła, gdyż mogła je wykonać tylko wszechpotężna moc. Zgodnie z powszechnym nauczaniem Ojców i Doktorów Kościoła dusza ludzka nie została wytworzona przed ludzkim ciałem, chociaż z punktu widzenia filozofii jej uprzednie stworzenie nie jest niemożliwe. Z drugiej jednak strony nie widać żadnego powodu, dla którego miałaby istnieć wcześniej. Jeśli Augustyn ma słuszność i ciało zostało stworzone w ciągu sześciu dni stworzenia tylko potencjalnie, to oczywiście nie ma powodu, dla którego dusza musiałaby koniecznie rozpocząć w tym czasie rzeczywiste istnienie.

Jest zatem jasne, że w kwestii duszy człowieka zarówno wiara, jak i rozum różnią się diametralnie od teorii przewidujących pełną ewolucję. Ponieważ dusza ludzka ma charakter duchowy, może pochodzić tylko od Boga, i to bezpośrednio. Nie może być mowy o powolnym rozwoju duszy ani, w rzeczy samej, o jakimkolwiek jej rozwoju — nie tylko z tej racji, że nie istnieje nic, z czego mogłaby się rozwinąć substancja duchowa, lecz także dlatego, że skoro jest pozbawiona części składowych, to posiada się ją od razu w całości lub nie posiada się jej wcale. W wypadku każdego zagadnienia dotyczącego ewolucji człowieka, jeśli mamy opierać się na podstawach rozumowych, duszę trzeba wyłączyć z dyskusji. W przeciwnym razie umieszczamy człowieka na poziomie stworzenia materialnego wbrew oczywistemu faktowi, że jego działania przekraczają ograniczenia materii.

Jego ciało

W odniesieniu do stworzenia ciała człowieka święty Tomasz mówi, że nie posłużył do tego wyłącznie jeden żywioł (ogień, powietrze, ziemia czy woda). Tak jak Bóg ma w sobie wszystko na sposób uwznioślony, a aniołowie mają w sobie wszystko na sposób intencjonalny (to znaczy przez wiedzę), tak i człowiek jest swego rodzaju mikrokosmosem, skoro składa się niemal z wszystkiego: duchowości w duszy, podobieństwa do ciał niebieskich w trwałości swojej konstrukcji i elementów ziemskich w budowie fizycznej. Kwestia wytworzenia ciała człowieka obejmuje więc w rzeczywistości przygotowanie materii do odpowiedniego przyjęcia ludzkiej duszy.

Tego przygotowania nie mogły z pewnością dokonać inne ludzkie istoty, jak dzieje się dzisiaj, bo innych istot nie było. Naturalnie nie mogło to być również dzieło jakichś innych zwierząt — jako że para tygrysów, a tym bardziej para gór, nie może przygotować materiału koniecznego do powstania myszy. Było to dzieło Boga: może bezpośrednio, przez uformowanie ciała wprost przez Boga, a może pośrednio, to znaczy za pośrednictwem niższych zwierząt, które specjalnie otrzymałyby takie potomstwo, czy też, jak chciałby Augustyn, ciało zostało jedynie potencjalnie wytworzone w dziele stworzenia.

Tomasz, inaczej niż Augustyn, skłania się ku bezpośredniemu wytworzeniu ciała człowieka przez Boga ze względu na brak jakichkolwiek wystarczających czynników naturalnych. Zgadza się jednak, że nie ma żadnego powodu filozoficznego, który by stał na przeszkodzie stopniowemu przygotowaniu materiału na takie ciało przez inne siły działające za pośrednictwem mocy danej im przez Boga. W każdym razie nie chodzi wcale o to, że gotowego człowieka, składającego się z duszy i ciała, miałby wytworzyć ktokolwiek poza Bogiem. Problem dotyczy jedynie przygotowania materiału, do którego Bóg tchnie duszę. Jednym słowem, dopóki chodzi o ciało człowieka, nie ma powodu do poważnego sprzeciwu wobec teorii ewolucji. Z drugiej strony nie ma też rozstrzygającego powodu do entuzjastycznego przyjmowania każdej zaproponowanej teorii ewolucyjnej. Sporo się takich teorii już pojawiło i prawdopodobnie wiele się jeszcze pojawi. Jak dotąd nie dowiedziono wcale, że ciało człowieka naprawdę rozwinęło się z jakiejś niższej formy.

Faktyczny projekt ludzkiego ciała był artystycznym triumfem godnym boskiej pomysłowości. Wszelkie wady w konstrukcji człowieka pochodzą z natury materiału, który musiał być użyty, jeśli człowiek miał być ogniwem łączącym świat materialny i duchowy. Żadne umiejętności rzemieślnika nie mogą nadać mieczowi twardości, jeśli jest zmuszony wykonać go z cyny; tak samo boska pomysłowość nie jest zdolna w naturalny sposób uniknąć wad materii, jeśli musi ona wejść w skład zasadniczej struktury stworzenia. Jak zobaczymy w dalszej części tej książki, a potem jeszcze w drugim tomie, te naturalne wady zostały naprawione przez dary pozanaturalne, które człowiek otrzymał na potrzeby życia w ogrodzie Eden.

To prawda, że niektóre zwierzęta mają ostrzejszy węch niż ludzie, inne ostrzejszy wzrok i tak dalej. Jednakże ta subtelna równowaga została naruszona dlatego, że zmysły człowieka zostały dostosowane do jego wyższego sposobu poznawania — aby żaden ze zmysłów nie zakłócał jego rozumu. Niewielu ludzi jest obdarzonych tak ostrym słuchem, że nie mogą myśleć z powodu hałasu, jaki robi kot tupiący po kocu. Pod względem podstawowego zmysłu dotyku, a także zmysłów wewnętrznych, bezpośrednio służących rozumowi — wyobraźni, pamięci i władzy osądu zmysłowego — człowiek znacznie góruje nad zwierzętami.

Nie mamy rogów ani pazurów, nie jesteśmy pokryci sierścią, a nasza skóra nie jest zazwyczaj bardzo gruba. Innymi słowy, człowiek jest pozbawiony broni i okrycia, które posiadają z natury inne zwierzęta. Nie ma nawet odrobiny futra czy choćby kilku kolców jeżozwierza. Zamiast tych naturalnych zabezpieczeń posiada jednak rozum i ręce, a za ich pomocą może sobie sporządzić broń oraz zapewnić okrycie i inne rzeczy konieczne do życia, i to w ogromnym wyborze. Jedynie ludzka samica nie musi nosić przez całe życie tego samego futra.

Człowiek stoi wyprostowany, podczas gdy inne zwierzęta poruszają się normalnie na czterech łapach, i ma do tego bardzo słuszne powody. Jego zmysły są dostosowane przede wszystkim do radości intelektualnych, a nie do poszukiwania przyjemności zmysłowych. Nie powinien być zwrócony twarzą do ziemi, jak gdyby koncentrował się na rzeczach zmysłowych, lecz raczej nosić głowę wysoko, dzięki czemu może mieć rozległy widok na świat zmysłowy, rozglądając się na wszystkie strony. Aby jego władze wewnętrzne miały pełną swobodę, mózg człowieka jest słusznie umieszczony nad wszystkimi innymi częściami ciała, aby nic mu nie ciążyło i nie zakłócało jego działania. Gdyby człowiek nie stał wyprostowany, musiałby używać rąk jako przednich łap, ograniczając tym samym poważnie ich użyteczność. Gdyby chodził na czworakach, musiałby się pożywiać za pomocą warg i ust, co pozwoliłoby pozbyć się wszelkich podręczników savoir–vivre’u, ale jednocześnie spowodowało pogrubienie i stwardnienie warg oraz szorstkość języka, ze szkodą dla władzy mowy. Co więcej, jako że lepszą częścią stworzenia jest ta, która służy do przyjmowania pożywienia, postawa człowieka daje mu właściwe miejsce w świecie stworzonym: Lepsza część roślin (korzenie) jest zwrócona ku ziemi, zwierzęta zajmują pozycję neutralną, natomiast człowiek kieruje się u niebu.

Jego towarzyszka

Na samym początku Bóg zauważył, że człowiek potrzebuje pomocy. Jest to fakt, który od tej pory spostrzegło — lub też zostało zmuszonych do jego spostrzeżenia — wielu mężczyzn. Było zatem właściwe, aby kobieta została stworzona na samym początku. Jednakże fakt, że Adam potrzebował pomocy, nie oznacza, że kobieta została stworzona po to, aby nosić ogrodniczki podczas prac polowych. Do takich celów bardziej by mu się przydał najemny pracownik. Ale oczywiście ludzka rasa nie przetrwałaby długo, gdyby Bóg stworzył tylko mężczyznę.

Czas i sposób stworzenia kobiety

Zgodnie z medycyną swojej epoki, której oczywiście Tomasz nie ulepszył, kobieta była niepełnym człowiekiem, niedokończonym mężczyzną. Do powstania tej niepełnej wersji dochodziło w wyniku jakiejś słabości u jego rodziców, jakiegoś ograniczenia w materiale człowieka czy działania jakiejś przyczyny zewnętrznej, takiej jak silny wiatr południowy w momencie poczęcia. Pomimo to Tomasz myśli, że niesprawiedliwie jest uważać kobietę za kosmiczny przypadek. Ona nie była przypadkiem — to stworzenie zostało uczynione celowo, umyślnie zaplanowane przez Boga. Dalej zaś Tomasz nalega, aby właściwie rozumiane było pojęcie podporządkowania kobiety mężczyźnie. Nie oznacza ono w żadnym razie, że kobieta jest niewolnicą mężczyzny, podległą mu dla jego wygody. Rodzinna hierarchia jest raczej zwyczajnym środkiem koniecznym do zachowania porządku; jest to podporządkowanie, a nie niższa pozycja. Oczywiście, kiedy co najmniej dwie wolne osoby żyją wspólnie i pracują na rzecz wspólnego celu, wówczas musi być ktoś odpowiedzialny, jeden zarządca, jeden kierownik. Takie podporządkowanie nie jest z pewnością niższością. Przede wszystkim nie chodzi o niższość w znaczeniu podmiotowym: kobieta nie jest człowiekiem w mniejszym stopniu niż mężczyzna, jej duszy nie można odmówić równości z jego duszą i tak dalej. Podporządkowanie to oznacza raczej stwierdzenie, że istnieje różnica, niejednakowe dary, które stanowią dla siebie przeciwwagę, tworząc z mężczyzny i kobiety zrównoważoną całość. Wśród szczególnych darów mężczyzny Tomasz wymienia sąd rozumu, który oznacza bez wątpienia doskonałość w rozumowaniu spekulatywnym; pozwala też tutaj wyciągnąć oczywisty wniosek, a mianowicie, że kobieta wyróżnia się w rozumowaniu praktycznym.

Jej relacja do mężczyzny

Jest wiele powodów, dla których kobieta została odpowiednio ukształtowana z samego Adama. Wśród nich można by wymienić ochronę godności pierwszego człowieka jako głowy całej ludzkiej rasy przez podobieństwo do Boga, który jest głową całego wszechświata. Służyło to również zwiększeniu i zachowaniu miłości mężczyzny do kobiety jako tej, która wyszła z niego samego — nadaje to jego miłości do niej nieco zabarwienia miłości rodzica do dziecka. Ten wzrost i ochrona miłości ma wielkie znaczenie w odniesieniu do rodzaju ludzkiego, gdzie związek dwóch płci jest nierozerwalny. Skoro w życiu domowym mężczyzna jest głową kobiety, stosowne jest, aby kobieta pochodziła od mężczyzny jako od swojej zasady. Do tego związku dwojga osób został od samego początku wprowadzony odcień świętości i konsekracji wynikający z faktu, że kobieta wychodząca z boku mężczyzny jest figurą Kościoła wychodzącego z boku Chrystusa.

Należy szczególnie podkreślić, że kobieta wyszła z boku mężczyzny, utworzona z jego żebra. Nie została wzięta z jego głowy, aby nie budzić skojarzeń, że ma nad nim dominować, ani z jego stóp, by mężczyzna nie gardził nią jako podlegającą mu niewolnicą. Dla Tomasza było oczywiste, że ciało kobiety zostało utworzone bezpośrednio przez Boga, gdyż na pewno nikt inny nie mógł stworzyć takiego arcydzieła z tak prostego materiału.

Podsumowanie: istotne znaczenie pytania o pochodzenie świataDla umysłu człowieka

Na końcu tego rozdziału należy stwierdzić, że kwestia pochodzenia świata nie jest zagadnieniem czysto spekulatywnym czy akademickim, którego konsekwencje nie mają znaczenia dla poszczególnych ludzi. Po prostu ludzki umysł nie jest tak stworzony, by lekceważył równie zasadniczą sprawę. Mało prawdopodobne, by wrodzone, palące pragnienie poznania przyczyny rzeczy, które nie daje ludzkiemu umysłowi spokoju, zadowoliło się wiedzą, do czego służy to czy tamto kółko, podczas gdy znaczenie całej ogromnej maszyny wszechświata jest ukryte. Ludzki umysł musi znać odpowiedź na to pytanie, choćby wiele innych pozostawało bez odpowiedzi. I będzie znał tę odpowiedź, mimo że obmyśli ją na podstawie gigantycznej ilości fałszu, jaką proponuje obawiający się prawdy świat.

Dla życia człowieka

Ostatecznie człowiek musi żyć w tym świecie, korzystać z niego lub być przez niego wykorzystywanym rok po roku. Czyżby nie było dla niego istotne odkrycie, że ta całość jest pozbawiona znaczenia, a jego mizerne życie jest rodzajem fundamentalnego obłędu? Czyżby nie było dla niego ważne, że nadaje mu się znaczenie, które jest całkowicie fałszywe, które na przykład redukuje go do elementu procesu, przypadku w biologicznym eksperymencie, chwili w życiu jakiegoś organicznego monstrum, wykorzystującego go dla własnego unicestwienia? Czy nie jest istotne, aby odkrył, że świat, w którym żyje, jest inteligentnym wytworem najwyższej inteligencji, a on sam jest jego szczytem, podczas gdy wszystko, co jest poniżej niego, pomaga mu w uzyskaniu wiecznie trwającego, własnego życia? Mało prawdopodobne, by ludzie przyjmujący różne odpowiedzi na pytanie o pochodzenie wszechświata przeżywali swoje życie z taką samą nadzieją, z taką samą intensywnością, z taką samą odwagą, z takim samym zaangażowaniem. Ludzie bowiem, jakkolwiek nieświadomi by byli, nie są powszechnie głupi.

Skrajnie przeciwne odpowiedzi: w świetle oceny rozumu

W naszych czasach odpowiedzi na pytanie o pochodzenie wszechświata sprowadzają się do dwóch: stworzenia i ewolucji. Oznacza to, że istnieje tylko jedna odpowiedź — stworzenie, gdyż druga neguje konieczność istnienia odpowiedzi, uznając wszechświat za pozbawiony przyczyny i celu. Na płaszczyźnie naukowej człowiekowi niemal nie daje się wyboru, przynajmniej w znaczeniu, że wybór między szaleństwem i obłędem jest dla ludzkiego umysłu niewielki. Jedna z odpowiedzi, opierająca się na samowystarczalnym wszechświecie pozbawionym śladu tej samowystarczalności, proponuje człowiekowi proces zamiast wyjaśnienia, sprzeczność zamiast prawdy, fikcję zamiast faktów, bałagan zamiast wyjaśnienia porządku. Druga, opierająca się na najwyższej przyczynie, której istnienie można w oczywisty sposób wykazać, jest zgodna z faktami i uznaje przyrodzoną zależność wszystkiego, co nie jest Bogiem. Daje człowiekowi wyjaśnienie, stawia przed nim wyzwanie prawdy i żąda od niego szacunku wobec porządku, którego nie może on przed sobą ukryć.

W świetle konsekwencji każdej z nich

Chodzi o znacznie bardziej oczywisty wybór niż intelektualny aspekt prawdy czy fałszu. Chodzi o różnicę między rozpaczą i nadzieją, między życiem ludzkim, które nadaje się do życia, i takim, które jest tej możliwości zupełnie pozbawione. Jeśli bowiem życie ludzkie nie ma osobistego celu, to nie ma sensu osobista troska o środki służące do jego przeżycia — środki, które mogą być środkami tylko w czyjeś imię. Jeśli ponad człowiekiem nie ma niczego, to jego nadzieja nie ma podstawy, smutki — znaczenia, wysiłki — uzasadnienia, a odwaga — powodu. Miłość, triumf, sukces, sprawiedliwość i cała reszta są sloganami ukutymi po to, by skusić człowieka do walki, którą przegrywa, nawet jeśli ją wygrywa. Jeśli jednak człowiek pochodzi z ręki Boga i idzie drogą ku Bogu, jeśli każdy włos na jego głowie jest policzony, jeśli ma władzę nad każdą chwilą życia, a jego ostateczny sukces lub klęska nie jest tylko możliwością, lecz pewnością, to wtedy ma naprawdę coś, dla czego może żyć. Może — i będzie — stawiał czoła zagrożeniom, przyjmował ciosy, podnosił się szybko po porażce, odmawiał kapitulacji i gardził oddawaniem hołdu rzeczom, które są jego sługami. Tak — to, jaka jest odpowiedź na pytanie o pochodzenie świata, naprawdę ma znaczenie. Mówiąc krótko, w zależności od tej odpowiedzi życie jest ludzkie albo nieludzkie.

ROZDZIAŁ XIII PAN ŚWIATA (Kw. 75–80)

Nieznany pan

Ostatnio dużo mówi się o tym, czego o człowieku nie wiemy. W niedawno wydanym bestsellerze poświęcono wiele ponurych stron, by szczegółowo opisać szkody wyrządzane przez naszą niewiedzę, a w wielkich ośrodkach naukowych otwarto instytuty stosunków międzyludzkich, by utkać z naszej fragmentarycznej wiedzy wytrzymałą tkaninę. Naukowcy zajmują się każdym szczegółem fizycznego życia człowieka. Mimo że obudziło się w nas zainteresowanie badaniami nad człowiekiem, przeoczono kwestię pierwszorzędną — a mianowicie, że podstawową rzeczą, którą należy wiedzieć o człowieku, jest to, kim on jest.

Zasadnicza wiedza o człowieku

Zanim będziemy mogli ze zrozumieniem rozmawiać o jakimkolwiek szczególe dotyczącym życia człowieka, musimy przynajmniej poznać jego naturę. Jeśli tego nie wiadomo, nie może być prawdziwej wiedzy o władzach człowieka: możemy się nimi irytować jak dziecko złoszczące się na zabawkowego ptaka, że nie potrafi zaśpiewać, lub możemy ich nie dostrzec, podobnie jak głodujący człowiek może siedzieć do śmierci na bezcennym zabytkowym krześle, nie znając jego wartości w kategoriach pieniędzy i pożywienia. Bez tej zasadniczej wiedzy człowiek może się zadowolić jedzeniem strąków, którymi żywiły się świnie, podczas gdy mógłby spożywać królewską strawę, lub może walczyć o niemożliwe; ale na pewno nie może znać bezkresu ani ograniczeń swoich nadziei. Różne zachowania domowej małpki czy kanarka gwarantuje sama konieczność natury, natomiast człowiek musi wiedzieć, czym jest i dokąd idzie; musi wybrać cel dla swoich działań i kierować je do niego, gdyż są one zamierzone. Jedynie znając taki cel, dopasowany do rodzaju swojej natury, człowiek może określić, czy jego życie przyniosło powodzenie, czy klęskę, bo życie ludzkie może być oceniane tylko w kategoriach celu, który jest ludzki.

Zasadnicza niewiedza o człowieku

A zatem zasadnicza niewiedza o człowieku jest brakiem tej zasadniczej wiedzy. Człowiek musi siebie znać, musi wiedzieć przynajmniej, kim jest, jeśli jego życie ma być ludzkie. Pomimo zasadniczego znaczenia tej podstawowej wiedzy ludzie od początku — a może dzisiaj tym bardziej — popełniają poważne błędy odnośnie do samej natury człowieka.

Jej odmiany

Człowiek był postrzegany jako czysty duch, anioł lub bóg, z fatalnym skutkiem w postaci rozpaczy lub tragikomicznym w postaci dziecinnych pretensji. Uważano, że jest on mieszaniną lub zlepkiem ducha i materii, upadłym duchem uwięzionym w ciele albo błądzącym umysłem. Dziwne monstrum, którego elementy składowe są ze sobą bardziej niezgodne niż olej i woda. W naszych zaś czasach pojawiła się skłonność do zupełnego pomijania w człowieku elementu duchowego. Skoro wychodzi się z takiego założenia, to droga prowadzi stale w dół aż do chwili, gdy nie można już zrobić nawet kroku dalej.

W tym materialistycznym świetle człowiek był postrzegany jako zwykłe zwierzę — niewątpliwie zwierzę miłe, rozgarnięte i przyjazne, ale nieróżniące się zasadniczo od reszty świata zwierzęcego. Niektórzy spośród postrzegających człowieka w ten sposób sądzą, że powinien on maksymalnie wykorzystywać swoją zwierzęcość. Inni radzą mu, aby dla zachowania pozorów próbował o niej zapomnieć. Jeszcze inni proszą, by działał tak, jak gdyby miał duchową duszę, a jednocześnie upierają się przy jego czystej zwierzęcości. Kolejna grupa postrzega człowieka tylko jako związek chemiczny. Jego istota zostanie pewnego dnia zredukowana do wzoru chemicznego, jego marzenia nie są niczym więcej niż to, co dzieje się w probówce, a tymczasem ma się zbytnio nie martwić akcją i reakcją, wybuchami, wytrącaniem się osadów i dziwnymi zapachami, które znaczą jego życie, skoro ostatecznie nie może nic z nimi zrobić. Wydawałoby się, że ta koncepcja umieszcza człowieka wystarczająco nisko w hierarchii rzeczy, by zadowolić jego najbardziej zawziętego wroga; ale kolejna grupa wynalazła jeszcze bardziej obraźliwą ocenę. Człowiek jest tylko maszyną, z konieczności wytwarzającą swoje czyny, myśli, walki, złudzenie miłości — tak jak maszyna do produkcji kiełbasy wytwarza swój produkt, jeśli podaje się do niej właściwy surowiec.

Jej źródła

Te naprawdę straszne oceny natury człowieka mogłyby w naszej epoce wywołać paraliżujący szok, gdybyśmy nie byli do nich świetnie przygotowani. W rzeczywistości nie są one nawet zaskoczeniem. Są nieuniknionym skutkiem niezgody na rozważanie człowieka w całości przy określaniu jego natury; pragnienia albo lukru, albo ciastka, ale nie obu naraz. Ponadto ta obraźliwa nieznajomość człowieka nie pojawiła się dzisiaj czy wczoraj. Próbę poradzenia sobie bez świata materialnego podjęto bardzo wcześnie w historii ludzkości, a równie energiczna negacja świata duchowego wywodzi się z czasów greckich materialistów i jest niemal powszechna w dzisiejszej Ameryce. Naturalnie, jeśli zaprzecza się istnieniu w ludzkiej naturze albo materii, albo ducha, to zamiast spokojnego, miłującego pokój stworzenia zwanego człowiekiem pojawia się monstrum. Współczesna filozofia ułatwiła zanegowanie elementu duchowego dzięki dyskretnemu zgładzeniu intelektu. Gdy nie działa on należycie, poznanie człowieka ogranicza się jedynie do obszaru zmysłów, dającego niewielkie możliwości odróżnienia człowieka od świata fizycznego, w którym się porusza.

Ucieczka od niej

Negowanie elementu materialnego lub duchowego w człowieku było nierzadko powodowane tchórzostwem — niemrawością serca, które poszukiwało ucieczki od kłopotów ludzkiego życia, zaprzeczając jego człowieczeństwu. Z materialną stroną ludzkiej natury związane są bowiem trudności, których nie unicestwi ani wywracanie oczami ze zdziwienia, ani najdłuższe nawet głębokie oddychanie, ani autohipnoza — tak samo jak z duchową stroną natury człowieka związane są ogromne obowiązki, których ani żadna przyjemność, ani codzienna rutyna, ani dobrowolne roztargnienie nie wymażą z umysłu człowieka. Dla mężczyzn i kobiet, którzy wzdrygają się na myśl o stawieniu czoła twardej rzeczywistości fizycznej egzystencji, łatwą ucieczką jest jej negowanie; podobnie ci, którzy woleli wybrać świat zwierzęcy — czy nawet nieożywiony — ułatwiali sobie drogę, negując istnienie świata duchowego. Szkoda tylko, że ludzie ci nie mogli nigdy podążać obraną przez siebie drogą samodzielnie, lecz zawsze usiłowali usprawiedliwić się we własnych oczach i w oczach innych ludzi, rozgłaszając na cały świat swoją głupotę, by omotać prostaczków, niemądrych tego świata.

Życie pana świata

Nie trzeba tworzyć żadnej supernauki ani poświęcać całego życia na poszukiwanie jej obiektów badań, aby uzyskać jakąś wskazówkę, czym jest człowiek. Nie jest tak trudno zdobyć znajomość ludzkiej natury. Potrzebujemy jedynie przyjrzeć się ludzkim działaniom, składającym się na przeżywanie ludzkiego życia wokół nas czy też, co więcej, w nas samych. Możemy zbić smyczą szczeniaka, który pogryzł buty, ale nie jesteśmy tak głupi, by chłostać nią drzewo za to, że podczas burzy zwaliło się na dach. Dowiadujemy się co nie co o ich odmiennych naturach dzięki sposobowi ich zachowania, a w każdym razie spostrzegamy, że przylanie może przynieść jakąś korzyść szczeniakowi, ale nie będzie miało najmniejszego wpływu na drzewo. Nie dziwi nas, że bzy nie śpiewają, chociaż oczekujemy śpiewu od ptaka, i mamy pewność, że nawet najstaranniejsze podlewanie i nawożenie w żadnym razie nie wydłuży chodnika. We wszystkich tych sytuacjach postępujemy zgodnie z oceną różnych natur uzyskaną dzięki znajomości ich działań. Działanie bowiem jest zawsze zgodne z naturą, od której pochodzi. Rzeczy działają na różnorodne, właściwe im sposoby z powodu właściwych im, różnorodnych natur.

Zasada życia

Możemy również natychmiast odróżnić to, co jest żywe, od czegoś martwego. Pytanie, czym jest człowiek, jest jedynie pytaniem o to, co robi, jakie jest jego szczególne, właściwe mu działanie, jakich rzeczy, których nie możemy oczekiwać od absolutnie niczego innego na świecie, możemy się po nim spodziewać. Jeśli żyje, musi działać, bo jak widzieliśmy w jednym z wcześniejszych rozdziałów, życie jest immanentnym działaniem. W wypadku człowieka — tak samo jak w wypadku ptaka, drzewa czy konia — działanie to ściśle odzwierciedla naturę zasady, z której wypływa.

Jej niematerialny i samoistny charakter

Jedną z tych rzeczy wykonywanych przez człowieka, które ewidentnie go wyróżniają, jest poznawanie. Przedmioty, którymi się to poznanie zajmuje, natychmiast wskazują na naturę człowieka. Już na podstawie tych paru stron staje się jasne, że człowiek zna ciastko, lukier, szczeniaki, drzewa, kanarki, chodniki i bzy. W rzeczy samej człowiek zna — lub może znać — wszystkie rzeczy materialne. Byłoby to niemożliwe, gdyby jego władza poznania miała w sobie coś materialnego, tak samo jak jego władza wzroku nie mogłaby widzieć wszystkich kolorów przez zielone okulary. Innymi słowy, wszystkie natury cielesne działają w obrębie ograniczeń cielesnych. Gdyby umysł człowieka był cielesny, wówczas to ograniczenie cielesne zakłóciłoby poznawanie innych natur cielesnych, podobnie jak nieprzyjemny posmak w ustach człowieka wpływa na smak każdej jedzonej potrawy. A zatem z punktu widzenia przedmiotów działania człowieka przynajmniej jedno takie działanie — akt poznania intelektualnego — jest niematerialne, co oznacza tyle samo, co stwierdzenie, że jest duchowe.

Jej nieśmiertelność

Tak więc na podstawie zwyczajnych działań człowieka jesteśmy zmuszeni przyznać, że jest w nim działanie niezależne od cielesnej natury. Jeśli to działanie jest niezależne, to oczywiście zasada, z której się wywodzi, również jest niezależna od natury cielesnej — czyli jest duchowa. Skoro ta niezależna zasada działań może działać niezależnie od natury cielesnej, to może także istnieć niezależnie od natury cielesnej, ponieważ działanie idzie zawsze w ślad za naturą, od której pochodzi.

Jeśli spojrzymy na sprawę z punktu widzenia samych działań człowieka, a nie ich przedmiotów, to już sam fakt, że człowiek rozumuje, dowodzi, iż zasada jego rozumowania jest niezależna od natury cielesnej. Na pierwszy rzut oka twierdzenie to wydaje się niejasne. Jeśli jednak rozłożymy je na elementy i przyjrzymy się im krok po kroku, jego pełne znaczenie wyraźnie się uwidoczni. Rozumowanie jest jedynie porównywaniem jednego osądu z drugim, a osąd jest zazwyczaj porównywaniem z abstrakcyjną ideą. Innymi słowy, najważniejszym fundamentem niezależnej natury rozumowania jest posiadanie przez nas abstrakcyjnych idei. Możemy narzekać na wilgotność lub zachwycać się pięknem, ale nigdy nie utopimy się od wpadnięcia w wilgotność ani nie zranimy z powodu uderzenia o piękno. Znamy nie tylko tę oto rzecz, lecz także rzeczy w znaczeniu abstrakcyjnym; jest to osiągnięcie przekraczające konkretny charakter i pojedynczość świata cielesnego. Działanie to daje się wytłumaczyć tylko na mocy zasady, która sama przekracza świat cielesny, ponieważ — jak jasno nam pokażą niegroźne ciosy piąstki niemowlęcia — skutek nie jest większy od jego przyczyny, działanie nie przewyższa sposobu istnienia.

Jako dowód, że dusza człowieka ma charakter duchowy, przytacza się liczne konsekwencje posiadania przez niego abstrakcyjnych idei. Zauważa się na przykład, że tylko człowiek mówi, ma zmysł moralny, wyznaje ideały religijne, może się uczyć, gotuje jedzenie, sporządza broń i tak dalej. Dodaje się do tego długą listę znakomitych dokonań człowieka. Jednak w rzeczywistości te dodatkowe argumenty nie są wcale potrzebne; już dzięki podstawowym argumentom, takim jak przedmioty działań człowieka i same jego działania, precyzyjnie rozumiemy fundamentalną różnicę dzielącą duszę człowieka od dusz zwierząt.

Zwierzęta, jako żywe stworzenia, także mają wrodzone zasady życia i działania, czyli dusze. W swoich zachowaniach nie ujawniają jednak działania niezależnego od natury cielesnej; ich działania należą do życia zmysłowego. W konsekwencji zasada, z której wywodzą się te działania, jako że nie może działać niezależnie, nie może też niezależnie istnieć. I znowu trzeba podkreślić centralną prawdę, że działanie jest oznaką natury duszy, tak jak skutek jest oznaką natury swojej przyczyny. Wyraźnie ograniczona jest już sama intensywność działań zwierząt. Zbyt głośne hałasy je ogłuszą, a zbyt ostre światła oślepią, ponieważ zmiana cielesna wymagana przy każdym działaniu zmysłowym niszczy zmysł, na który wpływa. Przedmiot inteligencji — przeciwnie: jako doskonalszy nie niszczy intelektu, lecz go udoskonala dla potrzeb innych, intensywniejszych działań. Aby podsumować to w prosty sposób, wystarczy wskazać, że nawet w swoim poznaniu zwierzęta nie znają rzeczy; znają jedynie tę czy tamtą rzecz, ale nie abstrakcję. Nie dziwi więc, że nigdy nie sięgnęły po następstwa, jakie pociągnęło za sobą posiadanie przez człowieka abstrakcyjnych idei. Ktoś powiedział dobrze, że „zwierzę jest dziwną mieszaniną głupoty i naturalnych umiejętności, zręczności i niezdolności do nauki, naturalnych możliwości i braku rozwoju”. Czegoś takiego nie można powiedzieć o człowieku.

Jednakże wywnioskowanie na podstawie niezależnego istnienia ludzkiej duszy, że dusza jest całym człowiekiem, byłoby poważnym błędem. Człowiek jest — lub przynajmniej powinien być — nie mniej ludzki, gdy je, niż gdy myśli. Byłoby znacznie mniej męczące, gdyby kobieta mogła załatwić sprawunki w ciągu kilku sekund, które przebiegnięcie przez dom towarowy zajmuje umysłowi, podczas gdy jej ciało skuliłoby się w jakimś kącie lub rozłożyło wygodnie na łóżku; ale nie da się tego zrobić. To ta sama osoba chodzi, śmieje się, mówi i myśli. Człowieka nie można zdefiniować tylko za pomocą jego duszy. Ludzka dusza, jakkolwiek wielkie mogą być jej przywileje, jest wciąż tylko częścią człowieka, niezbędnym elementem złożenia, jakim jest człowiek. Wyłączenie ciała z rozumienia tego, kim jest człowiek, jest nie mniejszym zniekształceniem niż wykluczenie duszy. Niezależnie od tego, czy z człowieka robimy boga, anioła czy zwierzę, niszczymy go. Nie trzeba się zbytnio wysilać: jeśli o naturze człowieka świadczą przedmioty, których dotyczą jej działania, a także same te działania, to niepotrzebna jest dobra znajomość filozofii, by dostrzec, że ma on zarówno ciało, jak i duszę.

Jej niepełność

Możemy faktycznie pójść dalej i powiedzieć, że chociaż niematerialna dusza jest duchowa i nieśmiertelna, nadal jest niepełna bez ciała. Dusza ludzka jest oczywiście prosta, bo ze względu na brak wszelkiej materialności nie może mieć części. Samo pojęcie części zakłada ilość, podzielność, która jest nieodłączna od materii i dlatego jest nie do pomyślenia w wypadku substancji, która jest niematerialna. Co więcej, fakt, że jest ona zupełnie prosta, a jednocześnie zdolna do samoistnego istnienia (skoro jest całkiem jawnie zdolna do samodzielnego działania), stanowi definicję jej duchowego charakteru — samoistna zasada działania, niezależna od materii, jest duchowa. Jest nieśmiertelna, bo nie da się jej unicestwić. Nie da się jej podzielić i nie może się rozpaść; nie można jej oddzielić od źródła jej życia, bo sama jest zasadą życia; nie można jej obrócić w nicość, niszcząc coś, od czego zależy (jak można zniszczyć lampę, wywracając stojak, na którym została umieszczona), gdyż jest niezależna. Innymi słowy, jest niezniszczalna, bo nie ma możliwości jej zniszczenia ani od wewnątrz, ani z zewnątrz.

Może oczywiście zostać unicestwiona przez Boga. Jednakże Bóg nie tyle aktywnie wpycha ludzką duszę w nicość, ile raczej powstrzymuje się od jej zachowywania, przez co odcina ją od źródła istnienia. Dusza człowieka, jak wszystko, co jest stworzone, tylko bowiem zapożycza swoje skończone istnienie od nieskończonego istnienia Boga. Nie jest niezależna od pierwszej przyczyny ani wtedy, gdy zaczyna istnieć, ani gdy kontynuuje istnienie. Tak jak wszystkie rzeczy stworzone, ludzka dusza stanowi metafizyczne złożenie istoty i istnienia.

Jednak bez ciała nadal jest niepełna; nie jest w pełni sobą, o ile nie jest zjednoczona z ciałem. Nie jest aniołem, przybierającym na tę okazję fikcyjne ciało; jest najniższą substancją w świecie intelektualnym i z samej swej natury kieruje się ku złączeniu z ciałem. Pozostawiona sobie nie mogłaby niczego rozpoznać. Jej umysł pozostałby czystą kartą, radykalnie niezdolną do spełnienia siebie o własnych siłach, jałową i bezczynną, niemającą dopełnienia umożliwiającego jej wchodzenie w relacje z przedmiotami, które może poznać i przyswoić.

Patrzenie na obecność duszy w ciele jako na karę i czynienie z ciała więzienia, w którym dusza odsiaduje wyrok, jest niezwykle poważnym błędem. Ciało jest dobre i jest źródłem dobra dla połączonej z nim duszy. Jest jedynym ogniwem, za pomocą którego dusza może osiągnąć pełną doskonałość. Nie jest dziwactwem wszechświata, lecz raczej przedłużeniem harmonii obecnej w całym dziele boskiego Architekta: to, co niedoskonałe, zawsze służy temu, co doskonałe, oko — całemu człowiekowi, życie wegetatywne — życiu zmysłowemu, życie zmysłowe — życiu intelektualnemu, a wszystko służy całości. Na większą skalę każde stworzenie służy swemu działaniu, swojej doskonałości; to, co mniej szlachetne, temu, co szlachetniejsze, wszystko — wszechświatowi, a wszechświat — Bogu. Tak więc dusza jest niepełną substancją dążącą do swego wypełnienia i ze względu na tę skłonność jest zasadą działania. Jest doskonałością wołającą o swoją pełnię; a pełnię tę uzyskuje przez zjednoczenie z ciałem.

Jej niepełność: ogólne pojęcie materii i formy

Trudność polega na tym, jak zjednoczyć taką wspaniałą substancję duchową z materią, która dzięki temu zjednoczeniu staje się ludzkim ciałem. Nie da się ich po prostu zmieszać. Zupełnie prostej duszy nie można rozmieszać w materii, jak rozpuszczamy cukier w kawie, podobnie jak nie można wrzucić punktu matematycznego do kieliszka wina. Nie wystarczy po prostu rzucić jednej na drugą, jak rzuca się kamienie na stos, bo sekretem tego stworzenia, człowieka, jest jego jedność — jest on właśnie jedną całością i wszystkie jego działania tę jedność poświadczają. Nie wystarczy także założyć zwykłego związku tych dwóch rzeczy, jak jeźdźca w siodle albo silnika w łodzi. Te dwie niepełne substancje muszą zostać zjednoczone w sposób, który spowoduje powstanie jednej, kompletnej, pełnej całości. Innymi słowy, dusza musi być substancjalną formą ciała.

Człowiekowi, który nie jest filozofem, słowa „materia” i „forma substancjalna” wydają się równie onieśmielające, jak komplet narzędzi osobie cierpiącej na brak zdolności technicznych. Jeśli opiszemy materię jako element określony i formę substancjalną jako element określający rzeczy fizycznych, a następnie przypatrzymy im się razem na konkretnym przykładzie, to ich przerażający wygląd zniknie, gdyż przestaną wówczas być obce i dostrzeżemy w nich starych, znajomych sąsiadów. Jest na przykład oczywiste, że przed pojawieniem się duszy istnieje tylko możliwość istnienia człowieka, nasienie i komórka jajowa, a nie człowiek; a po ustąpieniu duszy nie zostaje nic poza trupem. Jest zatem jasne, że to dusza nadaje materii ciała jej ludzki status, to ona nadaje ciału jego właściwy charakter, czyniąc je ludzkim. Daje ciału istnienie i jest źródłem ludzkich działań ciała. Bylibyśmy całkiem słusznie przerażeni, zdumieni i pełni niedowierzania, gdyby zwłoki usiadły i zarechotały w twarz żałobnikom.

Prawda ta jest także oczywista, jeśli spoglądamy na nią od strony właściwych człowiekowi działań. Siedzenie godzinami przy trupie i usiłowanie wywołania z nim kłótni lub czekanie, aż z ust zmarłego wyjdzie inspirujące słowo czy przebłysk geniuszu, mijałoby się z celem. Zasadą działań intelektualnych — czyli takich, które odróżniają człowieka od wszystkich innych stworzeń, są mu właściwe — jest dusza. To ona zatem jest wyznacznikiem gatunku w człowieku, jego formą substancjalną.

Formy substancjalne są czymś aktywnym i dominującym. Wszystkie je odznacza wspólna cecha ich działania: niezależnie od tego, czy są niskie, czy wysokie, można je łatwo rozpoznać, jak oficerów armii wyszkolonych do doskonałej precyzji. Na przykład żadna z nich nie może znieść wykonywania swojej pracy za pośrednictwem podwładnych; żadna z nich nie jest równa innym w swym działaniu; każda jest zbyt samowystarczalna, by podróżować parami; wszystkie są wystarczająco pedantyczne i wystarczająco kompetentne, aby w każdej chwili mieć pod kontrolą każdy centymetr swoich włości.

Dusza jako forma ciała

Cechy te charakteryzują naturalnie także duszę ludzką, która również jest formą substancjalną. Dusza nie jest zjednoczona z materią cielesną za pośrednictwem jakiegoś nośnika czy podwładnego, takiego jak dusza zmysłowa, inne ciało czy jakaś inna forma przypadłościowa lub substancjalna — ich związek jest bezpośredni — i nie pozostawia miejsca w człowieku na żadną inną duszę. Jest jedyną przyczyną istnienia człowieka, jego życia, jego zwierzęcości i cech ludzkich. Nie dziwi to szczególnie. Powszechną cechą natury jest fakt, że formy potężniejsze podejmują szerzej zakrojone działania. Tak więc w hierarchii form formy nieożywione podejmują minimalną aktywność, mianowicie samo istnienie, formy roślinne podejmują aktywność form nieożywionych i dodają własną, formy zwierzęce podejmują aktywność form nieożywionych i roślinnych oraz dodają własną i tak dalej. Mówiąc inaczej, formy wyższe mają większą ilość istnienia, pełniej uczestniczą w istnieniu najwyższym, mają w nim pełniejszy udział. Ściślej naśladują Boga i eliminują wszystkie niższe formy jako zbyteczne. Same z siebie mają wszystko, co posiadają formy niższe, a oprócz tego cechy dodatkowe. Jak wszystkie inne formy substancjalne, dusza jest obecna w każdej części ożywianej przez nią materii, w każdej części ciała, i w każdej z nich jest cała. Ogon kota nie jest mniej koci niż jego głowa, a palec człowieka nie jest mniej ludzki od jego głowy. Wszelki ludzki charakter każdego miejsca w człowieku pochodzi od obecnej w nim szczególnej zasady człowieczeństwa — jego duszy. Zamiast myśleć, że ciało zawiera duszę, jak robimy zazwyczaj, trafniej byłoby może myśleć, że to dusza zawiera ciało.

Człowiek jest zatem złożeniem materii i formy, ducha i materii. Żadna z nich nie stanowi o rodzaju, obie są niepełne, natomiast dzięki ich substancjalnemu zjednoczeniu powstaje pan świata materialnego, zwany przez nas człowiekiem — stworzenie, którego forma jest najwyższa spośród wszystkich form w materii i stanowi szczyt dominacji nad rzeczami fizycznymi, gdzie stajemy na pograniczu niezależności aniołów. Tyle o naturze człowieka. Wiemy teraz, że nie jest Bogiem, aniołem ani zwierzęciem, lecz człowiekiem.

Wyposażenie pana świata do działaniaOgólnie: rozróżnienie i liczba władz człowieka

Spojrzenie na działania człowieka pokaże nam, że nie zbadaliśmy całego wyposażenia człowieka. Dusza jest podstawową zasadą wszelkiego działania; jednakże lokomotywa, która jest zasadą wszelkiego ruchu pociągu, sama porusza się za pomocą kół. Oznacza to, że dusza nie wytwarza działań człowieka bezpośrednio. Człowiek chodzi tylko za pomocą stóp i nóg, mówi tylko za pomocą języka, myśli tylko za pomocą intelektu. Tak naprawdę tylko Bóg działa bezpośrednio ze swej istoty, tylko On raczej jest swoją inteligencją, niż ją ma. Prawda ta wydaje się niejasna, jednak w rzeczywistości jest tak oczywista, że aż trudna do zauważenia. Dusza człowieka jest formą substancjalną: działa bezpośrednio w sposób substancjalny, tak by dopełnić złożenie substancjalne. Natomiast działania człowieka w oczywisty sposób nie są substancjalne: jego śmiech nie zagraca domu, a myśli nie potrzebują kąpieli, karmienia i wysyłania do szkoły. Są przypadłościami w znaczeniu filozoficznym, to znaczy istnieją tylko w czymś innym, nie w sobie samych. Ich bezpośrednia przyczyna jest zatem do nich dostosowana — jest formą przypadłościową, nie substancjalną. Przyjmując, że jest inaczej, zakładamy, że dusza wytworzyła wszystkie działania człowieka bezpośrednio. Ze swej istoty dusza jest zasadą określającą, zasadą czynną, poruszającą. Nie może wziąć wolnego dnia, pójść na zwolnienie lekarskie ani zrobić sobie sjesty, bo sama jej natura wymaga nieprzerwanego działania określającego. Gdyby była bezpośrednią przyczyną naszych działań, wówczas nawet na moment nie przerywalibyśmy mówienia, myślenia, chcenia, słyszenia, widzenia i tak dalej. Dzięki Bogu jest to zupełna nieprawda.

Jeżeli mamy działać, musimy mieć bezpośrednie przypadłościowe zasady działania. Będąc tym, kim jesteśmy, będziemy musieli mieć ich wiele. Stworzenia niższe od człowieka osiągają umiarkowaną doskonałość za pomocą kilku ruchów, człowiek osiąga wysoką doskonałość dzięki wielu skomplikowanym ruchom, aniołowie osiągają pełną doskonałość za pomocą bardzo, bardzo małej liczby ruchów, podczas gdy Bóg ma nieskończoną doskonałość w ogóle bez żadnego ruchu. Być może pełne znaczenie tego stwierdzenia można uchwycić dzięki porównaniu z porządkiem ludzkim: niektórzy ludzie utrzymują niepewny stan zdrowia za pomocą wielu lekarstw, niektórzy zachowują doskonałe zdrowie dzięki niewielu lekarstwom, podczas gdy inni mają doskonałe zdrowie, mimo że nawet nie wchodzą do apteki ani nie korzystają z porad lekarskich. Innymi słowy, wielość form przypadłościowych wyraża jednocześnie naszą doskonałość względem świata materialnego i niedoskonałość względem świata duchowego.

Ich podmiot

Ze względu na ich liczbę i złożoność rozróżnienie tych bezpośrednich przypadłościowych zasad działania, zwanych zdolnościami czy władzami człowieka, nie jest trudne. Musimy tylko spojrzeć na ich przeznaczenie, by ustrzec się nieszczęśliwej próby wzięcia ucha za zmysł wzroku lub oka za zmysł słuchu. Istnieje bowiem wyraźna hierarchia tych władz człowieka, precyzyjnie ułożona zgodnie z powszechnością przedmiotów, do których się one kierują. Władze wegetatywne działają tylko w ciele danego człowieka, władze zmysłowe działają na wszystkie ciała zmysłowe, podczas gdy władze intelektualne obejmują wszystko, co istnieje. Tę samą hierarchię można odnaleźć, jeśli jako miary użyjemy stopnia niematerialności przedmiotu, ku któremu kierują się różne władze. Tak oto nagie życie przewyższa nieożywiony charakter materii, poznanie zmysłowe przyjmuje rzeczy materialne w osobie poznającej, rozbierając je z zużytego okrycia materii, lecz pozostawiając im znajome warunki materialne, a poznanie intelektualne zupełnie rozdziewa swoich gości z wszelkiej materii i warunków materialnych, nalegając, by przed wejściem do domu umysłu włożyli na siebie błyszczący strój niematerialności.

Ich trwanie

Nie jest też trudno ogólnie określić lokalizację czy też miejsce zamieszkania tych władz w człowieku. Nieorganiczne władze intelektu i woli, działające w wewnętrznej niezależności od materii, można odnaleźć w jedynym nieorganicznym elemencie złożenia, jakim jest człowiek — w jego duszy. Tylko dusza może działać z wewnętrzną niezależnością od materii. Władz wegetatywnych i zmysłowych człowieka najwidoczniej nie da się odnaleźć tylko w duszy, gdyż są nieodłącznie związane z materią, ale nie można też ich związać tylko z ciałem, bo samo ciało nie może wytworzyć właściwych im działań. Są raczej podporządkowane złożeniu duszy i ciała niż któremukolwiek z tworzących go elementów. Wynika z tego jasno, że władze intelektu i woli istnieją równie długo jak dusza, czyli zawsze. Z drugiej strony władze wegetatywne i zmysłowe istnieją dopóty, dopóki trwa złożenie, jakim jest człowiek, to znaczy do rozdzielenia duszy i ciała w chwili śmierci.

Szczegółowo

Przechodząc do szczegółowego analizowania władz człowieka, napotykamy dość podobny kłopot jak wówczas, gdy robimy pełny przegląd życia we wszechświecie. Człowiek jest małym wszechświatem; bez wątpienia nosi w sobie podsumowanie życia wszechświata i w konsekwencji wielorakość władz, która jest na swój sposób równie zdumiewająca jak spektakl urozmaiconego życia w świecie, w którym żyjemy. Badanie każdej z tych władz oddzielnie, bez związku z niczym innym, przyczyniłoby się, jak się zdaje, jedynie do zwiększenia naszej konsternacji — tak samo jak badanie poszczególnych elementów wszechświata, bez próby znalezienia ich współzależności, wypełniłoby jedynie głowę człowieka faktami, a oczy widokami w takim stopniu, że nie mógłby ani myśleć, ani widzieć. Musimy zatem przez cały czas starać się postrzegać te władze człowieka w odniesieniu do samego człowieka i reszty życia we wszechświecie. Musimy odczytywać je w ich kontekście, a nie jako pojedyncze teksty; trzeba je oglądać we wspaniałości całego obrazu, a nie w gwałtownie oderwanych wycinkach.

Niektóre władze niższe

Z tego punktu widzenia człowiek ma pewne władze wspólne z roślinami, inne wspólne ze zwierzętami, a jeszcze inne charakterystyczne wyłącznie dla siebie. We wszystkich trzech wypadkach napotykamy znowu harmonijne stapianie się jednych rzeczy z innymi, jakie charakteryzuje cały geniusz stworzenia. Związek między tymi różnymi władzami jest tak bliski, że niemal opiera się próbom wyraźnego wykreślenia rozdzielającej je linii. Niestety ta ścisła harmonia bywa często przyczyną ochoczych prób wyprowadzania wniosku, że człowiek jest tylko rośliną lub zwierzęciem, albo też że wszystkie zwierzęta i rośliny są tak jak my istotami inteligentnymi.

Władze wegetatywne

Głównym celem władz wegetatywnych, wspólnych człowiekowi i roślinom, jest zapoczątkowanie życia i jego ochrona. Cel ten osiągany jest za pomocą trzech odmiennych działań, mianowicie rozmnażania, wzrostu — czyli zwiększania rozmiarów do wielkości, jakiej wymaga doskonałość ciała, i w końcu odżywiania — czyli podtrzymywania życia. Spośród tych trzech rozmnażanie jest najwyższe i zbliża się ściśle do działania władz zwierzęcych, czyli zmysłowych. Jest jedyną władzą wegetatywną, która działa na ciało inne niż własne.

Władze zmysłowe

Władze zmysłowe człowieka są porównywalne z tymi samymi władzami u zwierzęcia. Nauczyciel, któremu zupełnie brakuje pewności siebie, w obliczu bardzo dociekliwej i psującej dobre samopoczucie klasy mógłby szybko uciec od problemu, stwierdzając dogmatycznie, że istnieją dwa rodzaje tych władz, zewnętrzne i wewnętrzne, i marszcząc na chwilę groźnie brwi, by zgasić wszelkie pytania, zanim rozgorzeją. Byłoby to jednak oczywiście oszustwo, gdyż lekceważyłoby fakt, że jest pięć zmysłów zewnętrznych i cztery wewnętrzne, czyli łącznie dziewięć. Nauczyciel miałby więc na pewno powody, by unikać tak złożonego tematu.

Zewnętrzne

Cały obraz pięciu zmysłów zewnętrznych w działaniu można uzyskać, obserwując banalną sytuację, gdy mężczyzna wraca do domu z pracy i zjawia się w kuchni podczas przygotowywania obiadu; oczywiście pod warunkiem, że mężczyzna jest normalny, próbuje tego czy tamtego, rzuca uwagę czy dwie, a następnie przestaje się plątać żonie pod nogami i wychodzi. Gdyby spędził długie chwile dzielące go od podania obiadu na analizowaniu swojej krótkiej wyprawy do kuchni, wykryłby coś następującego. Dwa z jego zmysłów zewnętrznych nawiązały z rzeczywistością zmysłową kontakt równie rzeczywisty, jak kontakt pięści z twarzą, a jego następstwem były podobne zmiany materialne, choć oczywiście znacznie delikatniejsze: jego zmysł dotyku został uderzony przez ciepło kuchni, a zmysł smaku został dotknięty przez przekąszenie, które miało wpływ zarówno na sam zmysł, jak i na jedzenie, które ostrożnie podkradł. Rozmyślając dalej, zauważyłby, że dwa inne zmysły zewnętrzne, chociaż nie uderzyły żadnej rzeczywistości zmysłowej, zdecydowanie weszły z nią w kontakt za pomocą czyjegoś pośrednictwa: czuł zapach gotowanego jedzenia i słyszał słowa, które wypowiadał do żony. Ostatni z jego zmysłów zewnętrznych, wzrok, osiągnął cel bez bezpośredniego kontaktu i bez zmiany materialnej w jego oczach i oglądanych przedmiotach: jego oczy nie pogłaskały faktycznie żony, ona nie wspięła mu się do oczu, a jedzenie nie zostało zmiażdżone jego łakomym spojrzeniem.

Wewnętrzne

Wielkiej pomocy w wykonaniu tej analizy dostarczył mężczyźnie jego zmysł wewnętrzny, zwany zmysłem wspólnym, rozróżniający zadania zmysłów zewnętrznych, chroniący go od używania oka do smakowania i tak dalej. Każdy ze zmysłów zewnętrznych jest bowiem związany ze swoim konkretnym przedmiotem. W konsekwencji niezbędny jest jakiś wspólny ośrodek postrzegania zmysłowego, rodzaj biura informacyjnego, rozróżniającego zmysły zewnętrzne i ich działania. Mężczyznę zaprowadził najpierw do kuchni inny z jego zmysłów wewnętrznych — wyobraźnia — bo oczywiście, jeśli spojrzymy teraz na te zmysły z czysto zwierzęcego czy też zmysłowego punktu widzenia, zwierzę może wprawić się w ruch w celu zdobycia brakującego pokarmu tylko dzięki zdolności zachowywania formy zmysłowej, zgromadzonej przez zmysły zewnętrzne. Jego wycofanie się z kuchni zostało natomiast podyktowane przez władzę osądzania i jej zdolność bezpośredniego pojmowania szkodliwych i korzystnych cech rzeczy zmysłowych, które na pewno nie są przedmiotem jego oka, ucha, nosa ani żadnego z innych zmysłów zewnętrznych. Nie są to cechy ściśle zmysłowe. W końcu, gdy siedzi, myśląc nad tym wszystkim, swoimi opowieściami zabawia go jego pamięć — ostatni ze zmysłów wewnętrznych, będący magazynem form zmysłowych. Formy są z niej spontanicznie przywracane jako przeszłość, niezmysłowa jakość umykająca wyobraźni i wymagająca z tego powodu innej zdolności czy władzy. Jest ona tak szczególna i tak przygodna, że potrzebuje opieki władz zmysłowych człowieka. Należy zauważyć, że zdolność osądzania i sposób podejścia pamięci są w sposób analogiczny bardzo zbliżone do działań intelektu; różnią się od nich szczegółowym charakterem i ograniczeniami materialnymi swoich przedmiotów.

Wyższe władze poznania

Niezależnie od wegetatywnych i zmysłowych zasad działania charakterystycznymi dla człowieka zdolnościami ludzkimi są duchowe władze intelektu i woli, poznania i chcenia. Ich działanie jest tak złożone i tak ważne, że zostaną omówione oddzielnie w dwóch kolejnych rozdziałach tego tomu. Jednakże w tym rozdziale potrzeba jeszcze kilku pospiesznych pociągnięć pędzla, by ukończyć obraz szczególnego wyposażenia człowieka, przynajmniej jeśli chodzi o poznanie.

Intelekt czynny i możnościowy

U człowieka wyróżniamy dwie władze intelektualne. Jedna z nich może wiedzieć, ale jeszcze nie wie — jest to intelekt możnościowy, druga zaś nie wie, ale czyni wiedzę bezpośrednią możliwością. Rozróżnienie to stanowi jedynie uznanie przez nas faktu, że człowiek poznaje i że poznaje rzeczy abstrakcyjne. Ma zatem władzę nabywającą wiedzę. Jednak przedmioty naszej wiedzy są powszechne, czyli abstrakcyjne (dowiedzieliśmy się już nieco na ten temat i zobaczymy to dokładniej później), a powszechników nie da się odnaleźć, błąkając się po ulicach, ukrywając w lasach czy pluskając w strumieniach. Gdyby istniał tylko intelekt możnościowy, tylko władza nabywająca wiedzę, nie można by nigdy nic poznać. Konieczna jest inna władza, która by dopasowywała te konkretne, istniejące na świecie rzeczy do przedmiotów naszego poznania. I władza nadająca tym rzeczom charakter powszechny, zamieniająca je w abstrakty, nazywana jest intelektem czynnym.

Rozum i intelekt

To, co nazywamy zwykle pamięcią intelektualną, nie jest naprawdę w ogóle odrębną władzą. Jest to jedynie akt, w którym nasz intelekt zachowuje formy intelektualne. Nie zachowuje ich jednak dokładnie jako przeszłości, ponieważ jest ona konkretnym, ograniczonym, materialnym skojarzeniem, właściwym władzom zmysłowym, które nie może wystąpić w odniesieniu do przedmiotów niematerialnych, powszechnych. Słowa „inteligencja” i „rozum” nie oznaczają też różnych władz, lecz raczej różne działania tej samej władzy: pierwsze stanowi proste i bezpośrednie poznanie prawdy, które zbliża się do typu wiedzy anielskiej, drugie natomiast jest mozolnym uzyskiwaniem prawdy za pomocą porównań, właściwym człowiekowi. Także „synderezy” i „sumienia” nie należy uważać za odrębne władze: ta pierwsza nie jest niczym więcej niż uzdolnieniem, dzięki któremu posiadamy pierwsze zasady praktyczne, to drugie zaś jest po prostu praktycznym osądem intelektu w kwestii, co należy robić, a czego unikać, co jest dobre, a co złe.

PodsumowanieFilozofia oparta na nieznajomości człowieka to filozofia upodlenia

Nawet z tak pobieżnego spojrzenia na człowieka wyraźnie wynika, że składa się on z ciała i duszy. Zawiera on w sobie władze stworzenia nieożywionego, rośliny i zwierzęcia, ale przekracza je dzięki charakterystycznej dla siebie władzy ludzkiej. Nie jest zwierzęciem, chociaż ma ciało, ani nie jest aniołem, choć ma duchową i niezniszczalną duszę. Jest człowiekiem — ogniwem łączącym świat materialny i duchowy. Filozofia ślepa na tę podstawową wiedzę o człowieku staje się z konieczności filozofią upodlenia — niezależnie od tego, jak szczerze jej twórcy pragną bronić człowieczeństwa człowieka, jak wysoko chcą go podnieść i jak rozpaczliwie bronią istot ludzkich.

Jest możliwa tylko wskutek zniekształcenia jednej strony ludzkiej natury

Nie są to tylko pompatyczne stwierdzenia, na których poparcie mamy jedynie fragmentaryczne dowody i luźne interpretacje. Są to fakty, mające liczne dowody zarówno w teoretycznej, jak i praktycznej sferze życia w dwudziestym wieku. Na poziomie teoretycznym na przykład, filozofia współczesna, nie widząc elementu duchowego w człowieku, degraduje go do poziomu zwierzęcia, związku chemicznego lub maszyny; albo też, nie dostrzegając w nim elementu materialnego, degraduje go do rozmiarów widma i wygania ze świata, w którym musi żyć. W obu wypadkach stało się tak z powodu nieznajomości człowieka, a więc także nieznajomości jego życia. Podstępnie nakłoniono go do podejmowania prób życia zwierzęcego albo parodiowania życia anielskiego czy boskiego, lecz prowadzenie życia ludzkiego stawało się dla niego coraz trudniejsze.

Jej skutkiem jest zniszczenie całej ludzkiej natury

W sferze praktycznej, jeśli człowiek jest zwierzęciem, oczywiście nie może wymagać od siebie więcej, niż wymaga od innych zwierząt. Jeśli zaś to zrobi, na spełnienie tych żądań nie można liczyć. Wysokie ideały, szlachetne cele, szacunek, honor, nieprzemijająca miłość, panowanie nad sobą, sprawiedliwość i cała reszta są złudzeniami, których poważne traktowanie jest głupotą. W takich warunkach czemuż by człowiek nie miał pogrążyć się w lekceważącym prawa wszystkich innych ludzi bandytyzmie, czemu rząd nie miałby gardzić pojedynczym człowiekiem i prawami człowieka należnymi jego własnym obywatelom? Co powstrzymywałoby go przed zwykłym okrucieństwem, podejmowanym na najkorzystniejszą dla niego skalę? Ewentualnie, wpadając w drugą skrajność, dlaczego ludzie mieliby nie tracić nadziei wskutek oczywistej beznadziejności swoich wysiłków, by żyć życiem anielskim mimo braku wyposażenia, które mają aniołowie, dlaczego nie mieliby z siebie drwić z powodu absurdalnych póz, jakie przybierają, siadając na tronie Boga? Jaki motyw pozostaje człowiekowi, by walczyć o sukces, o panowanie nad sobą, cnotę i cel, po który warto sięgać?

Jej celem jest rozpacz

Lekceważenie jednego aspektu człowieka zamienia go w monstrum. Aby uczynić go w całości aniołem lub zwierzęciem, musimy w połowie go unicestwić. A człowiek nie może żyć w tym stanie (podobnie jak nie mógłby żyć koń rozcięty na pół). Sama jego zwierzęcość staje się czymś obrzydliwym dla świata zwierzęcego, a jego parodiowanie aniołów — wstrząsem dla świata niewidzialnego. Każdy z tych błędów może przynieść jedynie zupełne zagubienie pojęcia jednostki — nienaruszalnej osoby, której nie wolno utopić w masie, rasie czy narodzie i której nie wolno pozbawić uczestnictwa w świecie, dla jakiego się narodziła. A zatem kresem każdego z tych błędów musi być rozpacz. Człowiek ma jeden cel i otrzymał naturę wyposażoną tak, by go osiągnąć — i nieodpowiednią do żadnego innego celu. Jest oczywiste, że nędznie zawiedzie, jeżeli do dążenia do nieludzkiego celu zmusza go własne przekonanie, że do jego osiągnięcia potrzeba nieludzkich sił.

ROZDZIAŁ XIV WOLA PANA ŚWIATA (Kw. 81–83)

Niepokojący fakt

Poprzedni, ten i kolejny rozdział są poświęcone odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek? W poprzednim rozdziale koncentrowaliśmy się głównie na istocie człowieka oraz jego władzach w ujęciu ogólnym. W tym natomiast przyjrzymy się dokładnie jednej z władz człowieka, wyróżniającej się z łatwością jako jeden z najbardziej doniosłych faktów we wszechświecie — jego woli, czyli sile napędowej ludzkich działań.

Tajemnica ludzkiej woli

Ludzka wola od początku była jedną z wielkich tajemnic wszechświata i pozostanie nią do końca, szczególnie dla osób oddanych opisywaniu wszechświata w kategoriach wzorów fizycznych. Dla takiego urzędniczego umysłu wola jest marudnym uczniem przynoszącym wstyd całej instytucji swoją swawolną nieregularnością. Umyka wszelkim pomiarom i wszelkim obliczeniom. Rządzi skomplikowanym królestwem, jakim jest człowiek i jego dobytek, z bezczelną łatwością i ogromnie energicznie, a mimo to nie można zarejestrować nawet śladu tej energii jak gdyby była śmiejącym się chochlikiem, który miota pokracznym gigantem wszechświata mocą jakiegoś duchowego dżiu–dżitsu. W świecie skrępowanym ścisłą koniecznością jedynie wola jest zupełnie nieprzewidywalna. W systematycznym wszechświecie wyróżnia się ona niepoprawnym indywidualizmem. Pozostaje niewiadomą dla nauk fizycznych. Nie można nią kierować, lecz tylko ostrożnie nakłaniać, a mimo to jest zdolna zarządzać otaczającym ją światem materialnym, podczas gdy sama jest zupełnie nieuchwytna.

Irytacja z powodu tajemnicy

Nic dziwnego, że wola przywiodła dzisiejszych mędrców do rozpaczy. Po prostu nie pasuje do uporządkowanego obrazu, jakiego wymagają nasze czasy. Aby ocalić ten obraz, konieczne stało się unicestwienie woli, wygnanie jej z ziemi naukowym fiat10 — które (co jest wielce irytujące) samo jest wytworem ludzkiej woli.

Będąc owocem ludzkiej woli, wygnanie to ma w sobie jej orzeźwiającą rozmaitość — jak gdyby podkreślenia świetnego dowcipu: wola odczytuje przerażającym głosem wyrok swego wygnania i w tym samym czasie słucha go pełna trwogi, wlecze się w rozdzierającej serce samotności i jednocześnie siedzi w przytulnym domu, otoczona przyjaciółmi. Niektórzy ludzie osiągnęli to wygnanie, degradując wolę do mechanicznie monotonnej regularności i konieczności, będącej, jak twierdzą, powszechnym ruchem wszystkiego, co istnieje. Człowiek robi to, co robi, ponieważ nie może się powstrzymać; powstaje i upada, czmycha w ucieczce lub pędzi do ataku, dryfuje lub dąży do własnego celu, ale cały czas pozostaje ciasno wciśnięty w zwarte szeregi fizyczności, gdzie nikt nie wyłamuje się z równego marszu. Tak widzi to obóz deterministów, grupa niemała nawet obecnie, chociaż należy właściwie do wieku dziewiętnastego.

Inna grupa doprowadza do wygnania woli, jednym skinieniem różdżki nauki czyniąc wszystkie rzeczy we wszechświecie równie nieprzewidywalnymi jak ruchy woli człowieka. Chodzi tu o nowoczesną szkołę indeterminizmu, która twierdzi, że w świecie w ogóle nie ma konieczności, a pozorna regularność jest wytworem naszych matematycznych umysłów. Jednakże technika ta jest daleka od nowoczesności, gdyż negowanie w chwili napotkania problemu najpierw jednego, a potem drugiego skrajnego rozwiązania dylematu jest bardzo, bardzo starą sztuczką.

Znacznie bardziej rozpowszechniony dzisiaj sposób wyganiania woli dąży do rodzaju kompromisu, sprowadzając człowieka do zwierzęcia, które nie cieszy się większą wolnością i odpowiedzialnością od innych zwierząt, ale nie jest też bardziej niż one podobne do maszyny. Są to ewolucjoniści, którzy podbili naszą prasę popularną i objęli zarządzanie filozofią oświatową, by w efekcie kompletnie zrujnować fundamenty chrześcijańskiej cywilizacji.

Na koniec grupa mniej śmiała od innych, która niszczy ludzką wolę, twierdząc, że ludzka wiedza jest ograniczona do poszczególnych rzeczy zmysłowych. Możemy poznać tylko to, co da się zmierzyć, zważyć i zaobserwować naukowo, zatem dążenie człowieka jest ograniczone do poszczególnych rzeczy zmysłowych, z pominięciem wolności.

Wszystko to służy powstaniu obrazu równie uporządkowanego jak obraz miasta, które upiera się, że aby obywatele nie czuli się zdezorientowani, na ulicznych sygnalizatorach powinny świecić się wyłącznie zielone światła. Jednak obraz ten nie jest wcale piękny — podobnie jak nie byłby piękny świat zupełnie szary. Nie jest też prawdziwy; nie stanowi właściwej interpretacji ani świata, ani ludzi. Pseudonaukowi filozofowie sfałszowali opisy, zastępując słowo „porządek” słowem „identyczność”, aby uzyskać zgrabny wynik kosztem faktów.

Fakty dotyczące tajemnicy

Jeśli mamy rozumieć ludzkie życie, jeśli mamy pojmować nasze działania i nimi kierować, to musimy uwzględniać fakty. Nie wytłumaczymy popełnienia morderstwa tymi samymi przyczynami, które tłumaczą, dlaczego drzewo rośnie, a kot się wyciąga. W rzeczywistości wiemy, że działanie jest całkowicie naszą sprawą. Fakty są takie, że mamy zarówno pokrewieństwo ze zwierzętami, jak i — równie oczywisty — niepowtarzalny dar wolności. Bez względu na to, jak bardzo wydają się one gmatwać uporządkowany świat, który dla siebie narysowaliśmy, musimy im stawić czoła, bo naszym celem nie jest ukołysanie się do snu bajkami na dobranoc, lecz oświetlenie naszych niespokojnych kroków latarnią prawdy.

Dążenie u człowieka: jego istnienie

Siłą napędową człowieka na pewno nie jest siła maszyny. Ma on dążenie. W jednym z wcześniejszych rozdziałów dążenie zostało opisane jako siła napędowa każdego stworzenia we wszechświecie. Jego przedmiot został ukazany jako dobro posiadające posmak bycia chcianym, który pociąga wszystkie rzeczy do działania. W przypadku natur nierozumnych mówimy o dążeniu naturalnym, czyli posłuszeństwie naturalnym prawom fizycznym; u zwierząt — o dążeniu zmysłowym, czyli posłuszeństwie naturalnym prawom fizycznym działającym za pośrednictwem instynktów zwierzęcych; u człowieka występuje dążenie ludzkie.

Potrzeba istnienia wyraźnie ludzkiego dążenia stanie się jaśniejsza, jeśli zrozumiemy bliski związek między skłonnością dążenia oraz formą, czyli zasadą określającą. Każda skłonność działa zgodnie z jakąś formą. Może być trzymana na łańcuchu splecionym z ogniw stalowych lub równie nieuchwytnym materialnie jak Boże polecenie, ale z samej swej natury musi być związana jakąś formą. Chwila namysłu wyjaśnia całą sprawę: jeśli skłonność cokolwiek oznacza, to oznacza tendencję w określonym kierunku, a zasadą określającą jest właśnie forma. A zatem różnica form wymaga różnicy skłonności do upragnionych przedmiotów, to znaczy różnicy dążeń. Tak więc stworzenia nieożywione i życie roślinne posiadają tylko swoją własną formę fizyczną, swoją zasadę substancjalną jedności i życia, na skutek czego postępują, koniecznie i ściśle, zgodnie z tą jedną formą w całkowicie przewidywalny sposób.

Jednakże stworzenie, które może poznawać, posiada więcej form niż tylko jego własna. Nie może mieć oczywiście wielu form substancjalnych, wielu zasad jedności i życia, ale może mieć — niezależnie od swojej formy substancjalnej — formy innych rzeczy, przyjęte do niej dzięki poznaniu, determinujące poznanie i dążenie niezależnie od determinacji uzyskanej przez nie dzięki własnej formie substancjalnej. Na przykład zwierzę otrzymuje dzięki swemu poznaniu zmysłowemu poszczególne formy — formę ptaka, kości, człowieka. Dzięki temu poznaniu jego dążenie uzyskuje natychmiast szerszy zakres, większe zróżnicowanie przedmiotu. Człowiek posiada dzięki poznaniu intelektualnemu powszechną, szczególną formę rzeczy, a przed jego dążeniem otwiera się natychmiast nieskończony horyzont. Aby dotrzeć do tego nieskończonego obszaru dobra, ukazanego przez powszechny charakter poznania intelektualnego, musi istnieć dążenie wyraźnie ludzkie, wyraźnie proporcjonalne do ludzkiego poznania.

Jego zgodność z powszechnym porządkiem

I nie wywołuje to wstrząsu w powszechnym projekcie rzeczy. Nie oznacza, że specjalnie dla człowieka zrobiono wyjątek od natury. Istnienie tego dążenia podkreśla raczej fakty, które stanowią przejaw porządku godnego najwyższej mądrości architekta wszechświata. Człowiek jest inny w swoim dążeniu tylko dlatego, że jest inny w swojej naturze. Dlaczego miałby być poruszany tak samo jak kamienie czy zwierzęta, skoro nie jest ani kamieniem, ani zwierzęciem? W dążeniu występuje ta sama piękna hierarchia, która jest obecna w istnieniu, doskonałości, wszechświecie, te same stopniowe objawienia piękna i doskonałości, przynależnych Bogu.

Ludzki charakter dążenia u człowieka: dążenie zmysłowe

Oto prawdziwy klucz do pozornej sprzeczności dążeń człowieka, do postulowanej często walki między ciałem i duchem. Człowiek ma w istocie dwa dążenia, bo jego natura jest połączeniem materii i ducha. Otrzymuje formy innych rzeczy nie tylko sposobem intelektualnym, powszechnym, lecz także sposobem szczegółowym, zmysłowym, tak jak zwierzęta. Ma zatem dwa dążenia: zmysłowe i intelektualne. Oba są ludzkie, oba należą do człowieka i żadne z nich nie powoduje w żadnej mierze umniejszenia jego ludzkiej natury. Zanegowanie zaś któregokolwiek z nich jest dla człowieka równoznaczne z unicestwieniem jego człowieczeństwa.

Jego fakt

Ponieważ trudno jest zaprzeczyć istnieniu mokrych stóp czy przesolonego jedzenia, niewiele osób kwestionuje dzisiaj posiadanie przez ludzi poznania zmysłowego. Dostrzegamy różnicę między brązowym i fioletowym kapeluszem, słyszymy fałszywą nutę we wspaniałej dotychczas arii, czujemy zapach przypalonej grzanki zdecydowanie za późno, by móc cokolwiek z nią zrobić. Innymi słowy, posiadamy również te formy szczegółowe, które przychodzą drogą zmysłów: szczegółowe formy rzeczy innych niż my sami. Skoro dążenie depcze po piętach poznaniu, skoro skłonności idą w ślad za posiadanymi formami, to posiadanie przez nas dążenia zmysłowego nie może budzić wątpliwości. Możemy nie lubić i nie lubimy przypalonej grzanki czy fałszywych nut, brązowych albo fioletowych kapeluszy. Możemy cieszyć się i cieszymy z rześkiego powietrza jesiennego poranka czy też leniwie uspokajających promieni letniego słońca. Można tu czy tam znaleźć filozofa, który temu zaprzeczy; ale istnieją bardzo duże szanse, że spotkamy go zimą na Florydzie lub latem w stanie Maine.

Dążenie zmysłowe, jak każde dążenie, ma do czynienia z dobrem jako właściwym sobie przedmiotem: albo rozsiada się wygodnie, leniwie radując się posiadanym dobrem jak najedzony szczeniak drzemiący przy ciepłym kominku, albo czujnym wzrokiem nerwowo wypatruje okazji, by schwytać dobro, którego jeszcze nie ma, ale musi mieć. W tym ostatnim wypadku mamy powód do działania; skłonności człowieka są jedynie delikatnymi aluzjami lub dokuczliwymi żądaniami dążenia, które nie pozostawiają wątpliwości, czego mu wciąż brakuje, i nie dają spokoju, dopóki nie wyruszy na długie poszukiwanie dobra.

Jego odmiany

Taki jest ogólny przedmiot dążenia zmysłowego, natomiast między poszczególnymi przedmiotami tego dążenia występuje znamienna różnica. Głodujący człowiek będzie walczył o okruszynę jedzenia, a człowiek dobrze odżywiony będzie z podobną gorliwością delektował się ostatnimi, wykwintnymi przysmakami na przyjęciu. Innymi słowy, człowiek nie tylko sięga po dobre rzeczy i cieszy się nimi, lecz także robi rzeczy bardzo przykre, które wydają się kategorycznie sprzeciwiać jego skłonnościom do rzeczy dobrych i przyjemnych. Istnieją zatem dwie władze dążenia zmysłowego: jedna ugania się za dobrem po prostu jako za dobrem lub ucieka od jego przeciwieństwa, druga walczy w imieniu zmysłowej strony naszej natury — jest przywódcą dążenia bardziej umiarkowanego (pożądawczego) i jego przedmiotów. Władza ta — dążenie bojowe (czyli gniewliwe) — zajmuje się dobrem jako czymś trudnym. Jego zajęcie polega na zwalczaniu trudności i burzeniu przeszkód napotykanych przez dążenie bardziej umiarkowane.

Szczegółowe omówienie tych dwóch dążeń zmysłowych jest tematem należącym do drugiego tomu tej pracy. Tutaj wystarczy je tylko krótko opisać. Tak więc z dążenia umiarkowanego biorą początek takie zasadnicze skłonności, jak miłość i jej przeciwieństwo — nienawiść — pragnienie i niechęć dotyczące nieobecnego dobra lub zła, a także radość i smutek, z których pierwsza jest odpoczywaniem w posiadanym dobru, a drugi — odrazą wywołaną przez obecność zła. Od dążenia bojowego wywodzą się nadzieja i rozpacz, odwaga i strach, a na koniec gniew. Dla celów tego tomu wystarczy zapamiętać rozróżnienie tych dążeń oraz wspólne pochodzenie wszystkich skłonności od skłonności podstawowych — miłości i nienawiści. Cały temat uczuć człowieka, to jest poruszeń dążenia zmysłowego, będzie wyczerpująco omówiony w tomie następnym.

Związek dążenia z rozumem i wolą

Żadne z tych dążeń nie jest świadectwem istnienia dążenia intelektualnego. W rzeczywistości między dążeniem intelektualnym i tymi dążeniami zmysłowymi występuje bardzo często ostry konflikt. Jak może zaświadczyć niejeden człowiek, który upierając się rozpaczliwie przy swym szlachetnym postanowieniu, odmawia przyjęcia papierosa, chociaż na samą myśl o nim do ust napływa mu ślina, nasza postawa wobec tego szalejącego w nas konfliktu dążeń w dojmujący sposób ukazuje ich wzajemne relacje. Faktycznie nie zajmujemy wobec niego neutralnego stanowiska, nie jesteśmy nawet jego bezstronnymi uczestnikami, lecz jesteśmy wielce zainteresowani tym, aby dążenie intelektualne brało górę. Kiedy zatem człowiek wpada w gwałtowną złość, mówimy: „nie posiada się ze złości”. Człowiek „szaleje z bólu”, „paraliżuje go strach” i tak dalej. Oznacza to, że dążenia zmysłowe przejęły nad nim zupełną kontrolę, wskutek czego nie jest już człowiekiem, nie jest sobą, lecz staje się — na chwilę — zwierzęciem. Oczekujemy naturalnie, że dążenia zmysłowe będą podwładnymi w królestwie człowieka. Jeśli jednak nie są ujarzmione, ich ofiara dostaje się w szpony dążeń zwierzęcych, a najwyższą siłą napędową jego działań nie jest wyłącznie ludzkie dążenie, jakim jest wola, lecz któryś z jej poddanych.

Dążenia zmysłowe są naprawdę posłuszne rozumowi i woli. Zazwyczaj nie uciekamy w ślepej panice od zła jak owca przed wilkiem ani nie umykamy jak kot do domu przed deszczem. Moglibyśmy nawet celowo stać na zewnątrz w deszczu z powodów, które kotu nigdy by nie przyszły do głowy. Poruszenia naszych dążeń zmysłowych nie są instynktownymi reakcjami zwierzęcia; kiedy zaś są, nie chlubimy się nimi, lecz wstydzimy. Są stworzone po to, by działały zgodnie z rozumowaniem bytu intelektualnego. To właśnie rozumiemy przez samokontrolę i jesteśmy raczej z niej dumni, bo stanowi dowód naszego gruntownego człowieczeństwa, naszego pozostawania wiernymi samym sobie.

Nie żeby te dążenia zmysłowe zawsze słuchały rozumu. Gniew może wybuchnąć tak nagle, że przejmie kontrolę w niespodziewanym buncie, a zwierzęca miłość może powoli i niepostrzeżenie przegryźć fundamenty oporu, tak że fort zawali się na swoich obrońców, kiedy w końcu rzucą się do jego obrony. Dusza sprawuje nad członkami ciała całkowicie despotyczną władzę i poruszają się one na jej rozkaz. Ręka czy stopa nie buntuje się przeciwko wydawanym przez duszę poleceniom ruchu. Natomiast rozum i wola sprawują nad dążeniami zmysłowymi jedynie pewien rodzaj władzy politycznej. Mogą się one buntować i czynią to.

Przyczyna tej różnicy jest dość oczywista. Członki ciała są władzami wykonawczymi, wypełniają rozkazy. Same z siebie nie mają zwierzchności, zdolności do poruszania się. Natomiast dążenia zmysłowe mają rodzaj pewnej własnej zwierzchności. Są stworzone po to, by poruszać się na polecenie zamierzonej woli człowieka, ale są też poruszane przez przedmioty zmysłowe i wyobrażenia powstałe w wyobraźni. Człowiek może obudzić się rozgoryczony, bo budzik przerwał jego ucztę we śnie, zanim zdążył cokolwiek ugryźć, a może też się zbudzić z westchnieniem ulgi, uwalniając się od okropności nocnego koszmaru; a wszystko to się dzieje, gdy jego rozum został schowany na noc pod ciężkim okryciem głębokiego snu.

Dążenie intelektualne — jego fakt

Człowiek ma własną formę substancjalną, której odpowiada jego dążenie naturalne, i ma też formy zmysłowe, poszczególne, gromadzone przez poznanie zmysłowe, którym odpowiada jego dążenie zmysłowe; wreszcie staje się wszystkimi rzeczami, posiada formy wszystkich bytów, dzięki poznaniu intelektualnemu, a jego dążenie intelektualne, czyli wola, rzuca się do odpowiedzi na to właśnie poznanie. I znowu to dążenie, jak każde inne, zajmuje się dobrem — tą kuszącą doskonałością, która pobudza do działania lub ucisza żądania dążenia, kiedy już jest posiadana. Skoro jednak wola kieruje się powszechnym, intelektualnym dążeniem człowieka, jej właściwym przedmiotem jest dobro powszechne, poznane przez intelekt. Może oczywiście sięgać po jakieś dobro poszczególne, ale tylko dobro powszechne, najwyższe, jest godne jej najpotężniejszych wysiłków i tylko ono uspokaja wszystkie pragnienia woli.

Natura woli człowieka: powszechność jej celu

Dobro w ogólności czy też, by użyć innych słów, to, co zaspokaja pragnienie: szczęście — jest właściwym celem woli. Wola musi maszerować pod tym sztandarem z samej swej natury. Absolutnie niczego nie można dokonać wyłącznie ze względu na zło. Morderca musi postrzegać swoją zbrodnię jako dobrą pod jakimś względem, a osamotniona uczennica musi uzyskiwać jakieś dobro w związku z przedłużającą się tęsknotą za domem, bo w przeciwnym razie nie byłoby ani zbrodni, ani chandry. Czymkolwiek jest poszczególne dobro, ku któremu biegnie wola, musi być malowane kolorami szczęścia. Kiedy cel już jest wybrany, wówczas środki związane koniecznie z tym celem przybierają trochę z jego konieczności i muszą być chciane. Jeśli człowiek dostrzega szczęście w bogactwie, przyjemności lub Bogu, to rzeczy prowadzące z konieczności do bogactwa, Boga lub przyjemności nie mogą być mu niemiłe, nie mogą zajmować drugiego miejsca, dopóki sam cel nie ulegnie zmianie. Podajmy konkretny przykład: człowiek nie może popełnić grzechu śmiertelnego, nie porzucając jednocześnie Boga jako swego najwyższego szczęścia i ostatecznego celu. Na tym właśnie polega straszna tragedia grzechu śmiertelnego, że pociąga on za sobą porzucenie Boga dla jakiegoś odbicia Jego piękna w kałuży świata.

Cele konieczne

Niezależnie od tej normalnej i bezwzględnej konieczności pragnienia naszego kresu, naszej doskonałości — konieczności, która jest punktem wyjścia każdego w pełni dobrowolnego działania i która w pełni odpowiada woli — istnieje inna konieczność, której wola jest w pełni poddana. Jej obrazową ilustrację można dostrzec w chęci, z jaką człowiek porzuca swoją garderobę, by uciec z palącego się hotelu. Konieczność jest oczywiście hipotetyczna. Mógłby pozostawać na straży i bronić swoich ubrań, aż spali się na popiół, ale jeśli chce przeżyć, musi ubrania pozostawić. Niewątpliwie występuje tu element niechęci, ale w tym samym momencie jest też całkiem pełna chęć — nie opuszcza on płonącego hotelu jak nadąsane dziecko, lecz jak przerażony kot. Człowiek ten pragnął tego konkretnego celu ucieczki i chcąc go, z konieczności pragnął też wszystkiego, co wiązało się z zadaniem ucieczki, nawet opuszczenia swojej garderoby, na którą musiał z trudem zapracować.

Cele wolne: natura wolności

Coś z tej niechętnej chęci występuje w ludzkim decydowaniu się na każde poszczególne dobro, bo nie da się posiadać jednego bez pominięcia innych. Tylko w wypadku decydowania się na nieskończone dobro człowiek porzuca wszystko inne i otrzymuje wszystko, tylko w najwyższym dobru można odnaleźć każde inne dobro. Doświadczenie pokazuje jednak wystarczająco, że nuta niechęci nie jest poważną przeszkodą przy wybieraniu przez człowieka spośród błyszczących kuponów dobra. Zarówno przy konieczności naturalnej, jak i hipotetycznej pojawia się zupełna dobrowolność, łagodząca ostre, surowe rysy srogiego oblicza konieczności. Z kolei w konieczności przymusowej, konieczności siły, surowość zamienia się w brutalność. Nie ma tu niczego przyciągającego wolę. A jednak jest w tym wszystkim słabość, bo nie ma niczego dość silnego, by ugiąć kruchą wolę najsłabszego z ludzi. Człowieka można pobić na miazgę, wrzucić do samochodu gangstera, uwięzić w obozie koncentracyjnym lub nawet przybić do krzyża, ale nie można go zmusić, by pragnął tych rzeczy. Jedną z najbardziej tajemniczych cech ludzkiej woli jest bowiem ta, że nie można jej poruszyć za pomocą żadnej siły na świecie. W pojęciu wywierania nacisku na rzecz duchową tkwi przyrodzona sprzeczność i nikt nie wie o tym lepiej od grzesznika. Tylko on sam i Bóg wiedzą, jak niedorzeczne jest tłumaczenie, że do popełnienia grzechu został on zmuszony.

Wolność i konieczność

Skoro przyjmujemy, że istnieją pewne rzeczy, których człowiek musi pragnąć koniecznie, to jest całkiem jasne, że nie pragnął on koniecznie wszystkiego, co wybierał. Innymi słowy, człowiek w odniesieniu do pewnych rzeczy korzysta z daru wyjątkowego w świecie materialnym — daru wolności. Należy jednak dobrze zrozumieć, że pojęcia wolności nie używamy tutaj w ten sam sposób, w jaki jest ono dzisiaj dumnie eksponowane w takich nowoczesnych sloganach, jak „wolność słowa”, „wolność prasy” czy „wolność sumienia”. Wolność nie oznacza możliwości robienia wszystkiego, mówienia wszystkiego i wierzenia we wszystko. To nie wolność, lecz jej nadużycie. O tym, że jest to nadużycie, a nie sama wolność, można się szybko przekonać, gdy zejdzie się na poziom konkretów. Nie jest wolnością coś, co pozwala mówcy namawiać tłum do popełnienia cudzołóstwa z jego żoną, nie jest nią coś, w imię czego reklamy w gazetach i przemożna propaganda nakłaniają ludzi do nadużywania miłości i lekceważenia natury, ani nie jest przywilejem wolności podkopywanie samej struktury społecznej, bez której człowiek nie może żyć. Wolność nie oznacza, że człowiek został puszczony samopas w świat, zwolniony z wszelkiego porządku, wszelkiego kierunku, wszelkiego celu. To nie przywilej, tylko skazanie na zezwierzęcenie przekraczające daleko zwierzęcość zwierząt.

Wolność i prawo

Dla apostołów anarchii każde prawo jest obrazą każdego pojedynczego obywatela, każde ograniczenie jest powodem do buntu, a ludzie żyją tylko tak długo, jak długo mają siłę fizyczną do walki o to życie z wszystkimi innymi ludźmi. Tymczasem właściwie rozumiana wolność oznacza jedynie prawo wyboru środków prowadzących do celu. Nie ma kwestii wolności w odniesieniu do celu działań ludzkich, podobnie jak nie ma jej w wypadku, gdy cel ten został już osiągnięty w niebie. Wolność stanowi oznakę odpowiedzialności człowieka, jest raczej poświęceniem się obowiązkom niż zwolnieniem od wszystkiego, czego osiągnięcie wymaga odwagi, potu i łez. Wolność obraca się całkowicie wokół środków prowadzących do celu. W rezultacie rzeczy, które nie są środkami, które raczej odciągają człowieka od jego celu, niż go do niego prowadzą, nie mieszczą się w zasadniczym pojęciu wolności, lecz składają się na opis jej upadku i nadużycia. Jest prawdą, że człowiek jest w stanie popełnić morderstwo, ale nie oznacza to, że może mordować. Popełniając zbrodnię, nie korzysta ze swej wolności, lecz jej nadużywa.

Wolna wola, jak każda inna władza człowieka, jest bowiem dana, aby człowiek mógł uzyskać swoją pełną rangę, swoją całkowitą doskonałość — to jest, aby za jej pomocą mógł osiągnąć swój cel. Rozmyślna niechęć do tego celu jest równie ohydną perwersją, jak używanie przez epikurejczyków środków wymiotnych po obfitym posiłku. Władza woli nie została stworzona po to, by kpić z porządku stworzenia, lecz aby uczynić osobiste osiągnięcie z jego doskonałego wypełnienia.

Niemniej jednak jest prawdą, że wolność nie oznacza braku konieczności. Czy jest konieczne, byśmy mogli wybierać między dwoma przedmiotami? Czy na przykład fakt, że w moim mieście ukazuje się tylko jedna gazeta, niszczy moją wolność w odniesieniu do gazet? Czy jeśli w mieście jest tylko jeden teatr, to moja wolność została zlikwidowana? Oczywiście, jeśli jest więcej niż jeden teatr czy gazeta, mogę dowolnie wybierać między konkurencyjnymi dostawcami rozrywki czy wiadomości. Jednak jestem równie wolny nawet wówczas, gdy dostawca jest jeden: mogę czytać lub odmówić czytania, iść do teatru lub pozostać w domu. Innymi słowy, fundamentalna wolność działania lub niedziałania pozostaje. Teologowie mówią w tym wypadku o wolności działania w odróżnieniu od wolności wyboru, wymagającej dwóch lub większej liczby przedmiotów; i właśnie ta wolność działania jest bezwzględnie koniecznym elementem wolności. To jest wolność, z której korzystamy przed podjęciem każdego działania i nawet w jego trakcie, bo zawsze mamy władzę, by przestać chcieć. Nie jest więc wcale konieczne proponowanie człowiekowi wyboru między dobrem i złem, by mógł on zachować wolność. W rzeczywistości znacznie szersze możliwości korzystania z wolności istnieją wówczas, gdy w danej sytuacji zło nie jest w ogóle obecne, natomiast o wiele mniej szans na wolność jest wtedy, gdy zło szaleje.

Bezpośrednią konsekwencją tego sposobu myślenia jest zdrowe spojrzenie na prawo. W tym świetle prawo nie jest bowiem pogwałceniem wolności, lecz raczej jej gwarantem i obrońcą. Na przykład dekalog, eliminujący rzeczy, które odciągają nas od naszego celu, nie unicestwia materii wolności, lecz koncentruje na niej naszą uwagę. Policja skutecznie zwalczająca zbrodnie chroni wolność. Samowola, nieograniczone działania na jakimkolwiek polu — niech będzie to samowola prasy, radia, słowa, moralności — jest najpoważniejszym zagrożeniem, z jakim spotyka się wolność. Samowola nie tylko bowiem nadużywa wolności jej winowajcy, lecz natychmiast i bezpośrednio zakłóca wolność innych, uniemożliwiając im ciągłe dążenie do celu dzięki podejmowaniu wolnego wyboru.

Dowody na wolność

Gdyby wolność ludzi atakowała jakaś zazdrosna rasa, która tego daru nie posiada, to taką napaść można by zrozumieć. Kiedy jednak sami ludzie pragną zanegować tę zdolność, gdy zwalczają ją z całą energią fanatyzmu, z całą pomysłowością, jaką dysponuje bogactwo, wykształcenie i instytucje, aby bronić nadużywania tego daru, to mamy wtedy do czynienia z perwersją prześcigającą wybryki pogaństwa. Obecnie obrona wolności człowieka przed olbrzymią armią intelektualistów w Ameryce jest w najwyższym stopniu konieczna. Jaki mamy dowód istnienia wolności?

Z natury ludzkiego poznania — bliższe źródło wolności

Bezpośrednie źródło wolności człowieka można odnaleźć w intelektualnym charakterze jego poznania. Dzięki niemu człowiek jest jedynym ziemskim widzem dramatu, którym jest wszechświat. Może wejść w najgłębszą naturę wszystkiego innego i wyjść poza siebie, a jego spojrzenie nie jest zaściankowym spojrzeniem zwierząt, lecz kosmopolityczną perspektywą, która zna wartości i ich ograniczenia, bo ma materiał porównawczy.Wszelkie dążenie idzie w ślad za poznaniem i jest do niego proporcjonalne, gdyż samo z siebie jest z konieczności ślepe. Cały wszechświat porusza się ku jakiemuś celowi: niektóre z jego stworzeń posuwają się w ciemności, powolnymi, ciężkimi krokami, prowadzone poznaniem Rządcy wszechświata, inne zaś poruszają się od przedmiotu do przedmiotu, kiedy błysk wiedzy zmysłowej oświetli piękno którejś rzeczy zmysłowej, pozostawiając resztę zakrytą mrokiem tajemnicy. Jednakże ludzie, posiadając reflektor rozjaśniający całą scenę, widzą wyraźnie przeszkody zła, pomoc dostarczaną przez poszczególne dobra, a przede wszystkim cel, do którego biegną. Dążenia proporcjonalnego do poznania intelektualnego nie może zaspokoić żadna z atrakcji wystawionych w kramach na poboczu. Goni ono dalej, do celu wszystkiego — powszechnego dobra, które tylko człowiek może poznać.

Jeśli spojrzeć z innego punktu widzenia, to nasza znajomość tego, co powszechne, pozwala nam zdać sobie sprawę z ograniczenia — to znaczy niedoskonałości — tego, co poszczególne. Możemy dostrzegać dobro w rzeczach poszczególnych i brać je sobie albo też je mijać, widząc ich ograniczenie, elementy niepożądane. Właśnie ograniczenie wszystkiego, co mniejsze od najwyższego dobra, powoduje, że dobra poszczególne nie mogą wymusić niczego na woli, podobnie jak naparstek wody nie może wypełnić pięćdziesięciolitrowego wiadra. Jedynie dobro niemające ograniczeń, słabych punktów i niepożądanych elementów jest proporcjonalne do woli. Tylko ono jest właściwym przedmiotem, mogącym poruszać wolę w sposób konieczny. W obliczu wszystkiego, co niższe, wola jest wolna.

Argument moralny

Od strony moralnej oczywistego argumentu na rzecz wolności dostarcza kilka pospolitych faktów. Oczywiście śmieszne byłoby nakładanie komuś mandatu za przekroczenie prędkości, gdyby nie był on w ogóle kierowcą, lecz kierowała nim konieczność. Nagradzanie męstwa byłoby głupim gestem, gdyby odwaga była tylko gwałtowną reakcją czynników chemicznych. Absurdem byłoby namawianie człowieka do kontrolowania uczuć, zdobywania celów, trwania przy ideałach, gdyby w tym wszystkim nie miał on wyboru. Innymi słowy, porady, zalecenia, namowy, rozkazy, nagrody, kary, cała procedura sądowa — zakładają wolność człowieka.

W istocie rzeczy bez wolności cała kwestia moralności i norm moralnych jest irracjonalna. Jeśli prawo moralne cokolwiek oznacza, to jest ono prawem, które nie zmusza, lecz zobowiązuje. Poddani tego prawa są w stanie je naruszyć — w przeciwieństwie do poddanych prawa fizycznego. Parlament nie nakłada wymagań co do wielkości uszu obywateli, chociaż żąda płacenia podatków. Współczesny filozof twierdzący, że człowiek jest zwierzęciem, związkiem chemicznym lub maszyną, a jednocześnie mówiący o dobru i złu, przyzwoitości i nieprzyzwoitości, szlachetności i hańbie, ogłupia samego siebie. Student akceptujący zasady takiego nauczania postępuje rozsądnie, gdy macha ręką na wszelką moralność.

Z sumienia

O wiele bardziej osobisty dowód istnienia naszej wolności wypływa z niezaprzeczalnego faktu, że zdajemy sobie z niej sprawę — czyli ze świadectwa psychologicznego sumienia. Zanim człowiek zapali papierosa, wie, że nie musi go zapalać, podczas palenia jest pewien, że może je w każdej chwili przerwać, a gdy już je całkiem skończył, nadal ma przekonanie o swojej wolności. Wie, że nie został do tego popchnięty przez siły kosmiczne. Człowiek wie, że jest winny złego czynu, bo ma zupełną pewność, że mógł postąpić dobrze. Wie, że coś należałoby zrobić natychmiast, ale jest równie pewien, że może tego odmówić.

Nie jest ekscentryczny, dziwaczny ani samotny w swoim dziwactwie. Te same przekonania są wśród ludzi całkiem powszechne. W efekcie, kiedy przestępca błaga o litość, twierdząc, że nie mógł się powstrzymać przed popełnieniem zbrodni, to powołuje się w rzeczywistości na brak poczytalności, przynajmniej chwilowy. Profesor może się rozwodzić na teorią, że ludzkie postępowanie jest podyktowane dziedzictwem społecznym albo że kierują nim tak naprawdę neurony lub działania odruchowe, jednak prawdopodobnie doniesie władzom uczelni o każdym studencie, który w środku wykładu głośno się śmieje lub chodzi po sali.

Argument z Bożych rządów nad wszechświatem— pierwotne źródło wolności

Na koniec dowód istnienia wolności oparty na pięknie — porządku Bożych rządów nad wszechświatem. Każde inne stworzenie jest poruszane zgodnie ze swoją szczególną naturą. Kot nigdy nie szczeka, a drzewo nie gryzie. Dlaczego zatem człowiek miałby być jedynym wyjątkiem? Czemu miałby być poruszany jak coś, co nie jest człowiekiem, skoro ma ludzką naturę? Dlaczego nie miałby być poruszany na sposób ludzki, to znaczy w wolności? Dlaczego miałby być przedmiotem koniecznego ruchu kierującego istotami, których poznanie jest ograniczone do rzeczy szczegółowych lub które w ogóle nie mają poznania, skoro ma powszechny horyzont, będący obrazem horyzontu Bożego? Czemu jego dążenie, zdolne sięgać po to, co powszechne, najwyższe, miałoby być zmuszone do pragnienia rzeczy, które są tak otwarcie niedoskonałe? Innymi słowy, jak widzieliśmy w rozdziale poświęconym woli Bożej, Bóg jest pierwotnym źródłem naszej wolności z racji swoich boskich rządów nad wszechświatem. Jesteśmy wolni, ponieważ władza Jego woli rozciąga się na wszystko, co rzeczywiste; nie tylko na stworzenia, nie tylko na działania, lecz także na sposób ich odbywania: wolny lub konieczny. Pierwszy poruszyciel, jeśli chodzi o kwestię poruszania człowieka, porusza nim zgodnie z jego ludzką naturą — w wolności.

Pojawia się tu interesująca kwestia pokazująca, jaką siłę ma kłamstwo, jeśli tylko jest wystarczająco wielkie i wystarczająco często powtarzane. Ostatnio modne stało się spoglądanie na współczesnych filozofów i wychowawców jako na przywódców, podczas gdy Kościół traktowany jest jak reakcyjny wróg wszystkiego, co godne człowieka. A jednak gdyby przejrzeć listę prawd, które każdy katolik musi wyznawać jako nieomylnie prawdziwe, można by na niej znaleźć następujące: człowiek jest istotą składającą się z ciała i duszy, jego intelekt działa sprawnie, może z pewnością poznać prawdę, jego wola jest wolna, panuje on nad swoim życiem. Można by się więc zastanawiać — kto jest moim bliźnim?

Relacje woli i intelektu

Rozwikłaniem wzajemnych powiązań intelektu i woli zajmiemy się w drugim tomie tej książki. Trzeba jednak tutaj o nich wspomnieć, ponieważ w świetle tego, co zostało już powiedziane, ich bliskie współdziałanie staje się oczywiście widoczne i fakt ten stawia umysł w obliczu trudności, których nie można odsunąć na bok. Ponieważ każde dążenie jest ślepe i idzie w ślad za poznaniem, wola oczywiście zależy od intelektu, jeśli chodzi o przedmiot jej poruszeń. Na przykład człowiek nie może pragnąć Boga jako swego nadprzyrodzonego szczęścia, dopóki nie pozna Go dzięki wierze. Niemniej jednak wola jest zasadą wszelkiego ruchu w człowieku, więc intelekt podąża ku swoim rozważaniom dzięki temu, że jest poruszany przez wolę. To od samej dziewczyny w zupełności zależy, czy będzie rozmyślała nad swoimi dużymi stopami, co ją przygnębi, czy nad zadartym noskiem, co znacznie ją pocieszy.

Wzajemny ruch

Wola nie może się poruszyć, dopóki intelekt nie rzuci swego światła, ale intelekt jest poruszany przez wolę. Wygląda to bez wątpienia na błędne koło. W rzeczywistości jednak nie ma w nim nic błędnego. Koło się przerywa dzięki przyjęciu oczywistej prawdy, że jedno z tych poruszeń musi być pierwsze. A jeśli przyjmiemy istnienie tego pierwszego ruchu, to wola i intelekt będą już radośnie współpracować. To pierwsze poruszenie pochodzi od intelektu, ze względu na zasadniczy fakt, że musimy najpierw jakąś rzecz poznać, abyśmy mogli jej zapragnąć. Co popycha intelekt do pierwszego rozważania? Pierwsze poruszenie musi pochodzić od zewnętrznego sprawcy. A jedynym zewnętrznym sprawcą, który może działać bezpośrednio na duszę, jest Bóg.

Wzajemna wyższość

W porównawczej ocenie tych dwóch władz święty Tomasz uważa intelekt za szlachetniejszy, przynajmniej teoretycznie i w doskonałym stanie niebiańskim. Ma do tego poważne powody. Z punktu widzenia przedmiotów tych władz jest jasne, że przedmiot intelektu jest prostszy, bardziej abstrakcyjny. Oznacza to, że przedmiot ten jest mniej skalany poszczególnością i dlatego ma w sobie mniej ograniczenia, mniej niedoskonałości. Z punktu widzenia celu człowieka, którym jest widzenie uszczęśliwiające — bezpośrednie, intuicyjne poznanie Boga — szlachetność intelektu wyraźnie się uwydatnia, gdyż doskonałość człowieka, podobnie jak doskonałość każdej innej rzeczy, polega na najwyższym działaniu jego najwyższej władzy. Radowanie się Bogiem, część ludzkiego szczęścia należąca do woli, pojawia się jako skutek, jest swego rodzaju następstwem widzenia uszczęśliwiającego.

W obecnym życiu działanie woli może być o wiele szlachetniejsze od działania intelektu z racji natury ich przedmiotów. Prawda, przedmiot intelektu, mieści się bowiem w intelekcie, podczas gdy dobro, przedmiot woli, znajduje się w rzeczach. Fakt ten ma doniosłe konsekwencje praktyczne. Stąd więc święty Tomasz mógł być czysty jak anioł mimo wielkiej wiedzy o brudzie moralnym, detektyw zaś może posiadać biegłą znajomość metod dokonywania rozboju i pozostawać uczciwym człowiekiem. Innymi słowy, intelekt przyjmuje wszystko na swoim poziomie. To, co znamy, istnieje w nas na nasz sposób — czy chodzi o robaki, czy o Boga. Wiedza nie podnosi nas ani nie degraduje, lecz raczej zrównuje rzeczy do jednego ludzkiego poziomu.

W przeciwieństwie do intelektu wola nie przyjmuje rzeczy do siebie, lecz do nich wychodzi. Stajemy się tym, czego pragniemy. Jeśli mieści się to nieskończenie wyżej od nas, zostajemy wyniesieni ponad siebie, na wyniosłe wyżyny; jeśli zaś poniżej nas, zostajemy ściągnięci do poziomu tego, czego łakniemy. Jeśli umieszczamy nasz cel w Bogu, wzrastamy do boskich wyżyn, jeśli zaś upajamy się przyjemnościami zwierząt, zostajemy wciągnięci do grzęzawiska zwierzęcej egzystencji, a nawet głębiej, bo potrafimy wymyślić, jak stać się bardziej zwierzęcym od zwierząt.

Podsumowanie: dążenia u człowieka

Na podstawie tego przeglądu dążeń człowieka możemy zrozumieć, że psują one gładki i jednolity wzór ułożony przez współczesną filozofię. Są czynnikami niepokoju zarówno we wszechświecie, jak w życiu pojedynczego człowieka — i zawsze będą. I faktycznie powinny być. Według planów boskiego Architekta dążenia są niespokojnymi źródłami działania, które pozwolą człowiekowi odpocząć dopiero, gdy zdobędzie mury nieba i zacznie uczestniczyć w życiu Bożym. Celem życia i wszechświata nie jest tępa stagnacja, lecz wielkie osiągnięcie, a dążenia są siłami napędowymi dopingującymi nas do zdobycia tego wzniosłego celu.

Nasze dążenia zmysłowe nie są ani gniazdem rozpusty, ani największą świętością. Widzenie w nich bogów, których należy czcić w oparach kadzidła, jest równie niesłuszne jak załamywanie rąk z przerażenia i postrzeganie ich jako rzeczy nieczystych. Nie są ani jednym, ani drugim. Są jedynie bardzo prostym i bardzo ludzkim wyposażeniem człowieka — obrazu Boga. Są zdolne zarówno do osiągnięcia wielkich wyżyn, jak i do upadnięcia na samo dno — ale tylko za namową wyższego autorytetu, który jako jedyny zasługuje na potępienie lub pochwałę.

Tym wyższym autorytetem jest zamierzona wola człowieka — źródło potężnych możliwości i ogromnych obowiązków, otwierające przerażające perspektywy klęski, dopingujące do działań, które ośmieli się podjąć tylko odważne ludzkie serce. Jednak w woli ma również swoje źródło poświęcenie, rozrzutność właściwa miłości, sukces, cnota i niebo. Dzięki woli możemy zdobyć Boga, ale możemy także związać się z szatanem.

Niepokojący fakt we wszechświecie

Ludzka wola jest niepokojącym faktem we wszechświecie być może dlatego, że jest najwyższym faktem. Koronowana głowa nigdy nie może spokojnie odpocząć. W podległym jej świecie, czy to znajdującym się wewnątrz człowieka, czy to poza nim, zawsze tli się możliwość buntu. Jednakże ta właśnie wola daje człowiekowi władzę nad całym stworzeniem, z nim samym włącznie. To ona jest głównym ogniwem w tym pięknie wykutym łańcuchu bytów, rozciągającym się od najbardziej prymitywnej formy istnienia przez chwałę aniołów aż do blasku, którym jest Bóg.

Niepokojący fakt w ludzkim życiu

Oczywiście wola jest też niepokojącym faktem w ludzkim życiu. Jest ciągłym przypominaniem, że jesteśmy ludźmi — a czasami staje się to bolesne. Byłoby nam o wiele łatwiej patrzeć na siebie jak na maszyny, utracić siebie w kojącej miękkości emocjonalizmu, obalić bariery dzielące nas od animalizmu — bardzo łatwo, bardzo słabo i bardzo tchórzliwie. Jeśli jednak istnieje stały oścień dopingujący nas, byśmy byli godni naszego człowieczeństwa, to jest też ciągła obrona przed okropnością rozpaczy i brudem samowoli. Wytłacza ona na całej ludzkiej aktywności wyraźny ludzki znak firmowy: „moje” — oznakę władzy, własności, dumy, jak również odpowiedzialności.

Ludzka wola jest niepokojąca, bo czyni z nas pełnych uczestników doskonałości Boga: zdolnych do poznawania i działania jak Bóg dzięki intelektowi i woli, do uczestniczenia w dziele Bożej opatrzności w sposób niedostępny dla żadnego innego członka materialnego wszechświata i do dopełniania obrazu Boga w tym wszechświecie. Tylko my spośród wszystkich stworzeń mamy moc dojścia do bezpośredniego posiadania Boga, bo tylko my możemy powstać w otwartym buncie przeciwko Bogu i trwać w nim przez całą wieczność.

ROZDZIAŁ XV UMYSŁ PANA ŚWIATA (Kw. 84–89)

Tajemnica wysokości i głębi

Wspinaczki wysokogórskie i nurkowanie głębinowe pociągają tylko nielicznych, wysportowanych ludzi. W obu tych zajęciach występuje element niebezpieczeństwa, zwiększony być może wskutek posmaku tragedii, który niesie ze sobą ekstremalna wysokość lub głębokość. Człowiek wie, że jeżeli zejdzie pod wodę odpowiednio głęboko, zostanie zmiażdżony przez otaczające go ciśnienie. Jeśli wejdzie odpowiednio wysoko, nie eksploduje z braku zewnętrznego ciśnienia, bo wcześniej udusi się z braku tlenu — ale uduszenie się nie jest dużo wygodniejsze. Zapewne właśnie element wygody, a nie lęk przed niebezpieczeństwem, zatrzymuje większość ludzi na prozaicznym poziomie płaskiej ziemi. Cokolwiek by powiedzieć o emocjonujących przeżyciach związanych z wielkimi wysokościami i głębokościami, pod względem zwykłej wygody nie mogą się one równać z senną ulicą w letni wieczór czy miękkim fotelem przy ciepłym kominku w zimową noc.

Większość kochających wygodę ludzi nie może całkowicie uniknąć wszelkich wysokości i głębi, ale może ich nie lubić, gdy tylko się z nimi zetknie. Niechęć ta jest zazwyczaj natychmiastowa i jednoznaczna. Chociaż wchodzimy do windy ekspresowej z własnej woli, jej niemal natychmiastowe zapadnięcie się o trzydzieści pięter w dół pozostawia w nas odczucie niedowierzania i niejasnego przerażenia. Nie jest to nawet kwestia zagrożenia czy niewygody, lecz skutek tego, że zjeżdżaliśmy zbyt szybko. Nie jesteśmy skonstruowani według modelu ekspresowego, lecz z mozołem wspinamy się krok po kroku i nawet jeszcze ostrożniej schodzimy w dół. W ten sposób działa nasz umysł i nasza wola, i ten sam wzorzec naśladują wszystkie drobiazgi w naszym życiu; w każdym razie o tyle, o ile możemy to urządzić. Ale zajmowanie się tym nie może żadną miarą wypełnić nam całego życia. Patrzymy w oczy drugiego człowieka i nagle, całkiem niespodziewanie, zauważamy, że wzajemnie zanurzaliśmy się w głębiny ludzkiej duszy; jesteśmy onieśmieleni i wycofujemy się z rodzajem oszołomionego niedowierzania. Geniusz może pracować całymi godzinami nad opornym materiałem, aż przychodzi nagły błysk, który posyła jego umysł wzwyż jak przestraszonego anioła, biegnącego do domu. Nawet geniusz jest nieco oszołomiony i pełen niedowierzania, choć ta niewiara może zostać pokryta kompetentnym milczeniem.

Gdy spoglądamy w dół z okna szybko lecącego samolotu, pociągi, statki, miasta i lasy wyglądają jak zabawki. Ledwie możemy uznać je za prawdziwe — i znowu się pojawia odcień oszołomionego niedowierzania. Jeśli możemy wyobrazić sobie człowieka mającego przed sobą ten sam widok bez ruszania się z powierzchni ziemi, możemy mieć pewne pojęcie o jego niedowierzaniu, gdy styka się z faktem swojego poznania. Umysł przenosi go na jeden kraniec wszechświata albo ponad wszechświat i tak jak pasażerowi samolotu pozwala mu objąć wzrokiem całość, jak gdyby obserwator nie stanowił jej części. Ludzki umysł bez żadnego ostrzeżenia sięga pod powierzchnię ludzi i rzeczy do samej ich głębi, aby odkryć nie coś na ich temat, lecz samych ludzi i rzeczy — w ułamku chwili, który wymyka się analizie, i bez etapów pośrednich — wyrywając nas z apatycznego dreptania. Nic dziwnego, że kwestia poznania od początku stanowiła dla filozofów zasadniczy problem i że zabierali się oni do niego w cokolwiek kwaśnym humorze, podrażnieni i prawie źli na związaną z nim szybkość, tajemnicę, wysokości i głębie.

Naturalne podstawy tajemnicy poznania

Ponadto problem ten ma bezpośrednie i decydujące znaczenie dla każdego człowieka. Jeśli bowiem jest prawdą, że dążenie musi iść w ślad za poznaniem, to ludzkie dążenie przewyższa dążenie zwierzęce właśnie z powodu tego tajemniczego, dalekosiężnego, powszechnego poznania człowieka. To dlatego, że człowiek może przemierzać wysokości i głębie, może go zadowolić tylko najwyższe dobro. A zatem powszechne, abstrakcyjne poznanie człowieka jest bezpośrednim źródłem i wyjaśnieniem jego wolności wobec dóbr ograniczonych i niedoskonałych. To odrębne ludzkie poznanie daje mu władzę nad światem materialnym i sobą samym oraz tłumaczy ostatecznie, że odpowiedzialność związana z ludzkim życiem, możliwości osobistego sukcesu lub porażki, zwycięstwa lub klęski, życia moralnego i jego ostatecznych konsekwencji — nieba lub piekła — znajdują się w zasięgu ludzkich działań. Jednym słowem, człowiek ma odrębne ludzkie pragnienia i podejmuje odrębne ludzkie czyny ze względu na odrębne ludzkie poznanie. Ludzkie życie zajmuje poziom niewiele niższy od aniołów i daleko wyższy od zwierzęcego świata materialnego. Problem poznania nie ma zatem charakteru czysto akademickiego. Nie można go lekceważyć, lecz należy go skrupulatnie zbadać.

Współczesność i problemHistoria współczesnego poglądu

Nic więc dziwnego, że dzisiejsza filozofia ma udział w powszechnym zainteresowaniu problemem poznania. Zaskakuje natomiast, dlaczego działania współczesnej filozofii koncentrują się głównie na negowaniu ludzkiego charakteru poznania człowieka zamiast na próbach jego wytłumaczenia. Fakt jest jednak oczywisty. Opór wobec ludzkiego charakteru poznania człowieka jest jedną z zasadniczych przyczyn odrzucenia scholastycznego wyjaśnienia tego problemu — niesłusznie uważanego za naiwny poglądu scholastyków, że poznanie człowieka przekracza treść poznania zmysłowego, a mimo to wywodzi się od zmysłów i świata zmysłowego. Współcześni odrzucają albo jeden z tych dwóch elementów, albo też ich połączenie. Jedna szkoła będzie się upierać, że świat zmysłów jest światem złudzeń, a kiedy podejmujemy poznawanie otaczającego nas świata, faktycznie projektujemy na niego działanie naszego umysłu i to on jest głównym graczem w tej grze; druga zupełnie lekceważy działania intelektualne, degradując je do świata zmysłowych, automatycznych, ślepych i instynktownych sił. W ten sposób wysokości i głębie, tajemnica i szybkość, wraz z całą resztą zostają zlikwidowane wskutek zwykłego rozdmuchania świata zmysłowego albo zduszenia ludzkich umysłów. Jest to dość wysoka cena za wygodę płaskiego terenu.

Stanowisko współczesnych

Metoda ucieczki od problemu poznania nie jest w żadnym razie nowa. Próbowano jej, kiedy filozofia była w powijakach, i wielokrotnie później; świat wciąż idzie naprzód i ludzkie umysły również. Jednak człowieka próbującego ucieczki nie zniechęcą wcześniejsze niepowodzenia; metoda ta nieuchronnie zostanie wypróbowana ponownie. Źródeł intelektualnych współczesnej próby można się doszukać w początkach ery nowożytnej, kiedy to Kartezjusz przyjął istnienie sztucznej przepaści między umysłem i światem rzeczywistym, a założenie to zmusiło go do skonstruowania fantastycznego mostu całkowicie nieuzasadnionego paralelizmu. Fantastyczny most przerzucony nad domniemaną przepaścią wydaje się czymś odpowiednim, ale ludzie wzięli go na serio.

Immanuel Kant nadał tej hipotezie filozoficzny posmak, pozornie ją uzasadniając, kiedy z typową współczesną niezdarnością pośpieszył „na ratunek” ludzkiemu charakterowi poznania ludzkiego przed pozytywistycznymi atakami Johna Locke’a, George’a Berkeleya i Davida Hume’a. Ratunek został osiągnięty przez zamordowanie ofiary. Kant oparł się na założeniu, że to, co nie jest formalnie uzyskane dzięki doświadczeniu, pochodzi całkowicie z umysłu. Takie kategoryczne stwierdzenie, jak: „cukier jest słodki”, oczywiście nie jest dane formalnie w doświadczeniu, ponieważ nie da się doświadczalnie zbadać słodkości całego istniejącego cukru. A zatem musi ono w całości pochodzić z umysłu. Oba elementy oryginalnego założenia Kanta zostały później niezależnie rozwinięte aż do swoich logicznych konsekwencji w postaci naturalizmu i idealizmu. Problemu poznania ponownie uniknięto za pomocą tej samej metody negowania lub pomijania jednego z jego elementów składowych: człowieka lub umysłu. Jednak uparte fakty pozostały niewyjaśnione: ani świat, ani umysł nie pozwoliły się zlekceważyć.

Bliżej naszych czasów Henri Bergson wykonał uprzejmy gest w stronę intelektu, wbijając mu nóż w plecy stwierdzeniem, że intelekt nie jest narzędziem wiarygodnego poznania, a rzeczywistość jest czymś tak płynnym, że nie można jej poznać bez zatrzymania jej biegu i wskutek tego bez jej zafałszowania. Skutek był taki, że nie mieliśmy już ani godnego uwagi umysłu, ani świata, z którym moglibyśmy nawiązać styczność. Intelekt człowieka nie był wiarygodnym badaczem rzeczywistego świata, lecz fałszerzem tworzącym użyteczne (a nie prawdziwe) pojęcia, których jedynym celem było działanie. William James przyjął gest Bergsona z otwartymi ramionami i rozwinął swój pragmatyzm (czyli zlekceważenie prawdy na korzyść użyteczności), obracając w ten sposób uzasadnioną naukową metodę badawczą w ogromnie popularny i zupełnie bezwartościowy system filozoficzny.

Dzisiaj zrywamy owoce tego dzikiego zasiewu. Nasza epoka stanęła bowiem nagle wobec wyraźnej próby całościowego obalenia intelektu i jego działań lub nawet jawnego zanegowania jego istnienia. Oznacza to, że mamy do czynienia z zanegowaniem ludzkiego poznania — z wszystkimi tego konsekwencjami: zanegowaniem filozofii, nauki, ludzkich działań i ludzkiego życia. Jesteśmy ofiarami współczesnego „ratowania” ludzi przez „orędowników” człowieczeństwa.

Obrona poznania

W jednym z wcześniejszych rozdziałów wykazano, że Kościół był zmuszony pośpieszyć na ratunek ludzkiemu charakterowi samej natury człowieka i bronić wolności ludzkiego działania. Jest tak również w wypadku ludzkiego poznania. Podobnie jak Kościół twierdził, że człowiek jest istotą ludzką, a nie zwierzęcą, anielską czy boską, i że jest panem swoich działań, a nie niewolnikiem ślepych sił istniejących w nim samym lub poza nim, tak też obstaje przy ludzkim charakterze jego poznania, przy wiarygodności jego intelektu. Poznanie człowieka nie jest zwykłym poznaniem zmysłowym, właściwym zwierzętom, ani wrodzonym, doskonałym poznaniem aniołów, ani też pełnią wszelkiego poznania, jak jest w wypadku Boga. Jest to poznanie proporcjonalne do ludzkiej natury, do duchowej duszy ożywiającej materialne ciało — poznanie racjonalne, czerpiące źródła ze zmysłów i świata zmysłowego.

Natura poznania

Różnica między tymi dwoma stanowiskami, z których każde twierdzi, że broni człowieka, polega w tej kwestii na tym, że jedno z nich nie tylko uznaje istnienie elementu duchowego, lecz postrzega go jako integralną część naturalnego porządku, a nie coś nadzwyczajnego, nadprzyrodzonego; drugie natomiast, będące pod wrażeniem obrazowości, rozmiarów, wielorakości i stałości świata zmysłowego i wrażeń zmysłowych, nie może oderwać oczu od tej fascynującej części natury i dlatego nie widzi niczego innego. Natura człowieka jest we wszechświecie czymś zadziwiającym: jest połączeniem elementu materialnego i duchowego, ogniwem jednoczącym światy duchowy i materialny. Jednak nie wynika z tego, jakoby człowiek był istotą ponadnaturalną, wybrykiem natury, parweniuszem, którego należy zdegradować do niższego poziomu. Także jego poznanie jest czymś zadziwiającym — bierze początek ze świata materialnego i sięga po duchowe wyżyny przekraczające daleko każdą niższą od człowieka rzecz na świecie. Nie jest jednak z tego powodu zjawiskiem nienaturalnym, pozanaturalnym czy ponadnaturalnym; nie należy go traktować koniecznie jako złudzenia ani absurdalnego paradoksu wymykającego się wszelkiemu pojęciu. Jest w pełni naturalne i całkiem naturalnie posiada takie duchowe cechy, jak niematerialność, niezmienność, powszechność i konieczność.

Jego cechy: niematerialne, niezmienne, powszechne, konieczne

Ludzkie poznanie kamienia, drzewa czy innego człowieka przekracza daleko poszczególne spostrzeżenia dotyczące tego kamienia, tego drzewa czy tego człowieka i wyposaża osobę poznającą w pojęcie, które jest powszechnie prawomocne — jedno z nich jest prawdą o wszystkich kamieniach, inne o wszystkich drzewach, a kolejne o wszystkich ludziach. Jest to moneta królestwa prawdy, która będzie akceptowana nawet w wieczności. Jest nie tylko powszechna, lecz również tak koniecznie stabilna jak natury poznawanych rzeczy, ponieważ właśnie te natury są poznawane. Dopóki koło nie może zmienić swojej natury i ciągle jest kołem, dopóki człowiek pozostaje człowiekiem, to znaczy dopóki istoty rzeczy nie mogą ulec zafałszowaniu, dopóty to poznanie pozostaje niezmienne.

Istnieje ono w duchowej duszy, w niematerialnej władzy intelektu, w jedyny sposób, w jaki może w nim istnieć, to znaczy w sposób wolny od ograniczeń materii. Przewyższa przygodność, zmienność i pojedynczość świata materialnego, przybierając cechy świata duchowego, a mimo to wiernie przedstawia świat, z którym wprowadza człowieka w bezpośrednią styczność. W pojęciach wilgoci, piękna i człowieczeństwa rzeczywiście obecna jest prawda, chociaż w świecie zmysłowym fizycznie istnieje nie wilgoć, tylko wilgotne rzeczy, nie piękno, tylko piękne rzeczy, i nie człowieczeństwo, tylko ludzie.

Jego źródło: w ujęciu negatywnym

A jednak pomimo wyraźnie duchowej natury poznania poważnym błędem jest wywodzenie go od jakiegokolwiek źródła, które jest zaledwie proporcjonalne do złożonej natury, jaką jest natura ludzka. Z pewnością nie poznajemy rzeczy tak jak Bóg, jedynie patrząc na samych siebie, poznając własną istotę. Intensywne i wyłączne studium nas samych może nas nauczyć czegoś zaskakującego, ale liczba rzeczy, których nas nie nauczy, jest niepodważalnie olbrzymia; a jeśli będziemy kontynuowali to jednostronne badanie odpowiednio długo, to koniec końców nie będziemy znali nawet siebie samych. Jesteśmy ludźmi, a nie bogami. Możemy poznawać wszystkie rzeczy w swoich duszach tylko wówczas, gdy istniały w nich one, zanim zaczęły być poznawane. Istnieją one w Bogu, boskim wzorcu, modelu, na którego wzór wszystko zostało stworzone. Posiadamy jedynie normę właściwą naszej naturze, formę substancjalną, którą jest nasza duchowa dusza. Ma ona zdolność przyjmowania nieskończonych form innych rzeczy na sposób poznawania, ale jest to tylko zdolność. Człowiek pierwotny z Ziemi Ognistej może badać swoją duszę od dziś aż po dzień sądu ostatecznego, może wpaść w prawdziwy trans introspekcji, ale nigdy nie pozna istnienia samochodu. Innymi słowy, nie możemy poznawać wszystkich rzeczy, po prostu poznając samych siebie, gdyż nie jesteśmy przyczyną wszystkich rzeczy.

Dla człowieka, któremu Pan zalecił studiowanie, historia Katarzyny Sieneńskiej otrzymującej głęboką wiedzę przez wlanie idei w cudowny sposób ma wdzięk, który może się łatwo zabarwić zazdrością. Jej wiedza nie wymagała nawet godziny studiowania, jej umysłu nie rozpraszała tygodniami nawet jedna trudność, żadna książka nie zmęczyła jej oczu, żaden błąd nie zachwiał jej opinią. Pomyślmy o tym! Jednak nie sądźmy, że jest to zwyczajna droga nabywania ludzkiej wiedzy. Jest to sposób, dzięki któremu uzyskują wiedzę aniołowie, a ludzie nie są aniołami. Nie trzeba w ogóle uzasadniać tej sprawy, tymczasem niektórych ludzi zauroczyła radosna łatwość wrodzonych idei i dowodzili oni, że w ten właśnie sposób ludzie poznają świat. Gdyby była to prawda, nigdy byśmy nie byli potencjalnymi znawcami świata, bo mielibyśmy naszą wiedzę od początku. Stawalibyśmy również wobec trudności nie do pokonania, a mianowicie, że osoby niewidome od urodzenia nie znają kolorów, a głuche od urodzenia — dźwięków. Można by również wskazać, że to nieco dziwne, iż wszyscy ludzie najwyraźniej zapomnieli wszystko, co w naturalny sposób znają.

W ujęciu pozytywnym — na podstawie rzeczy zmysłowych

Wiedza nie zjawia się w naszych głowach wlewana z jakiegoś zewnętrznego źródła, takiego jak odseparowane idee Platona. Każdy nauczyciel zaświadczy, że nie da się niczego wlać do głowy ucznia, ani nawet wbić w nią młotkiem. Uczeń musi wyciągnąć rękę i sam nakarmić swój umysł. Przy takiej hipotezie nie byłoby w rzeczy samej żadnego uzasadnienia, dla którego człowiek miałby mieć ciało. Nie byłoby ono podstawową częścią składową samej jego natury, lecz w najlepszym razie przeszkodą, a w najgorszym — więzieniem.

Jego sposób i pośrednik

Najmocniejszym argumentem przeciwko tym marzeniom o łatwej do osiągnięcia wiedzy ludzkiej są fakty wskazujące dobitnie, że źródłem naszej wiedzy są rzeczy zmysłowe. Praktykowanie w dzieciństwie jest bezwzględnie konieczne do osiągnięcia mistrzostwa w dorosłej wiedzy. Świat zmysłowy działa na nasze zmysły, dając początek poznaniu zmysłowemu, wspólnego nam i zwierzętom, i zapisując trwały ślad w powstających w wyobraźni wyobrażeniach czy też obrazach. Poznanie zmysłowe doprowadza nas do tego miejsca, ale nie dalej. Jest to radosne poznanie dzieci, pełne żywych kolorów, perlistych dźwięków, szybkich ruchów, wspaniałych zapachów i pozostających w ustach smaków i pozbawione wszelkiego zwierzęcego strachu, który mógłby przyćmić jego radość.

Abstrahowanie

Poznanie intelektualne rodzi się z tego najwyższego poziomu poznania zmysłowego. Przejście od rzeczy zmysłowych do intelektualnych nie dokonuje się jednak po prostu przez szybkie wypowiedzenie tego zdania, lecz stanowi trudność, która dla licznych filozofów okazała się zbyt wielka. Wyobrażenie jest bowiem zmysłowe, poszczególne i konkretne. Co więcej, żadna rzecz zmysłowa nie może działać na substancję duchową; nie może jej uderzyć, ścisnąć, rozśmieszyć ani chwycić za gardło. Jak zatem wytłumaczyć powstawanie w duchowym intelekcie na podstawie takich źródeł niematerialnego, powszechnego i koniecznego pojęcia?

Umysły ludzkie ewidentnie są na początku pustą kartą; taka wiedza jak nasza, jeśli nie zdarzy się cud, musi wywodzić się ze zmysłów. Jest również bez wątpienia prawdą, że każda rzecz w świecie doświadczalnym jest pojedyncza i konkretna, a nie powszechna, podczas gdy nasza wiedza jest najwyraźniej powszechna. Mimo to święty Tomasz nie zgadza się z poglądem przyjętym później przez Kanta, że pojęcia powszechne pochodzą w całości z umysłu. Jego niezgoda jest właśnie odmową uznania tożsamości tego, „co nie jest formalnie uzyskane dzięki doświadczeniu”, i tego, co pochodzi „całkowicie z umysłu”. Wiele z tego, co wiemy, nie jest formalnie uzyskane dzięki doświadczeniu, choćby tak prozaiczna rzecz jak słodycz cukru; ale nie czyni to z niej całkowicie wytworu umysłu. Powszechność wiedzy człowieka ma pewne podstawy w konkretnym, pojedynczym świecie doświadczalnym.

Konkretna natura tego psa jest taka sama jak natura innego psa, a nawet wszystkich psów. To właśnie wspólna natura, którą posiadają wszystkie psy, czyni z danego stworzenia psa, a nie konia. W języku technicznym oznacza to, że określona natura, czyli istota, konkretnej rzeczy jest negatywnie powszechna. Scholastycy zwali to ratio lub absentia; my jednak użyjmy znanego nam już słowa i nazwijmy to formą. Jest ona zróżnicowana w każdym psie za pomocą elementów indywidualnych, które składają się na „daność” konkretnego psa. Forma rzeczy zmysłowej nie może istnieć w świecie materialnym bez elementów indywidualizujących, dostarczanych przez materię — jest to fakt, którego uznanie wymusza na naszym umyśle doświadczenie. Nie goni nas powszechny pies ani nie zostajemy przedstawieni powszechnej ludzkiej naturze. Jest jednak oczywiste, że sama określona forma nie sprzeciwia się powszechności. W rzeczywistości istnieje w wielu psach naraz.

Posiadanie tej formy w jej powszechności oznacza zatem jedynie posiadanie jej bez indywidualnych elementów nadawanych jej przez materię. Forma powszechna istnieje pierwotnie w rzeczach. Czy może ona być jakoś wydobyta z poszczególności, „daności” konkretnych rzeczy? Na tym polega praca intelektu, aby w procesie abstrahowania nadał formalną powszechność temu, co było powszechne jedynie na sposób podstawy czy też możliwości.

Od czasu, gdy scholastyka została zakuta w dyby, proces ten stał się sławny; jest jednym z pocisków, którymi najczęściej się obrzuca nieszczęsną scholastyczną głowę. Wbrew wszelkim plotkom nie jest to operacja chirurgiczna rozcinająca element indywidualny i powszechny ani przyklejenie powszechnej etykietki na oczywiście konkretną rzecz dla naszej własnej, subiektywnej przyjemności lub konieczności.

Abstrahowanie nie jest w żadnym razie oddzielaniem, lecz stanowi po prostu odrębne rozważanie formy bez uwzględniania poszczególności danej rzeczy — trochę tak, jak gdyby człowiek rozważał czerwień jabłka, nie zastanawiając się nad jego słodyczą, albo miękkość piany mydlanej bez brania pod uwagę jej smaku. Tej samej sztuczki używa matematyka, rozważając ilość z pominięciem piękna, czy też sztuka, która rozważa piękno, nie uwzględniając drogiej matematykowi ilości. Oczywiście scholastycy nie opatentowali tego procesu.

Posiadamy władzę intelektu zwaną intelektem czynnym, której jedynym zadaniem jest oświetlanie obrazu czy też wyobrażenia zmysłowego, aby wyróżnić w rzeczy poszczególnej to, co powszechne, podobnie jak reflektor punktowy wyróżnia jedną dziewczynę spośród chóru. Światło to, skupione na konkretnej naturze w wyobrażeniu, uzdalnia intelekt do skoncentrowania się na właściwych przedmiotach powszechnej natury rzeczy z pominięciem elementów uszczegóławiających ją.

Rezultaty abstrahowania — pojęcia poznawcze

Efektem tego szczególnego rozważania, czyli procesu abstrahowania, jest forma poznawcza, odzwierciedlająca istotę, treść pojęcia czy też formę rzeczy. Mówiąc ściślej, nie jest ona z pewnością powszechną naturą istniejącą w umyśle w ten sam sposób jak na zewnątrz. Jest tą samą naturą istniejącą w umyśle w inny sposób. Podczas gdy w rzeczy konkretnej, na przykład psie, istnieje fizycznie, w umyśle istnieje intencjonalnie. Jakkolwiek w psie jest ona powszechna tylko pierwotnie, poznawalna potencjalnie, w umyśle jest formalnie powszechna i rzeczywiście poznawalna.

Forma poznawcza nie jest zwykłym luksusem, lecz jest niezbędna dla specyficznie ludzkiego poznania. Dana konkretna rzecz jest na pewno pojedyncza, a nasze poznanie jest z równą pewnością powszechne. Jeśli ta konkretna rzecz ma być kiedykolwiek poznana intelektualnie, musi stać się rzeczywiście powszechna, rzeczywiście poznawalna. Bez tej uniwersalizacji intelekt możnościowy (nasza druga władza intelektualna) nie może wytworzyć pozytywnego aktu poznania. Przedstawmy to następująco. Właśnie dlatego, że intelekt możnościowy jest zdolny poznawać wszystkie rzeczy, nie jest zdeterminowany przez żadną z nich, podobnie jak oko nie jest zdeterminowane przez żaden kolor, gdyż może widzieć wszystkie. Bez tej determinacji nie mogłoby istnieć poznanie, tak samo jak bez żadnego koloru nie byłoby widzenia. Intelekt jest determinowany przez formę poznawczą. Podobnie jak forma czy istota nadała naturę powszechną w porządku fizycznym, dzięki czemu istnieje konkretny pies, tak samo nadaje ją w porządku intelektualnym, w efekcie czego mamy wiedzę o tym psie. Możemy spojrzeć na cały ten obraz jako na podwójny udział w ideach w Bogu: fizyczny w porządku istnienia i intencjonalny w porządku poznania.

Powszechny błąd, który nastawił wielu filozofów przeciwko scholastyce, skupia się na formie poznawczej. W jakiś sposób rozpowszechnił się pomysł, że scholastyk nie ma w ogóle styczności ze światem — zna formę poznawczą, ideę, ale nie rzeczywisty świat. Faktycznie forma poznawcza nie jest poznawanym przedmiotem, lecz raczej czymś, za pomocą czego poznajemy rzecz. Nie jest przedmiotem, lecz środkiem; tak jak światło nie jest czymś, co się widzi, lecz czymś, dzięki czemu widzi się kolory, tak również forma poznawcza nie jest czymś, co się poznaje, lecz czymś, za pomocą czego poznaje się rzecz. Możemy faktycznie przeżyć spokojnie życie, nawet nie podejrzewając, że mamy formę poznawczą, a mimo to żyć całkiem dobrze. Jeśli jednak nie przypuszczamy, że mamy poznanie, nie zdołamy przeżyć życia samodzielnie, lecz będziemy potrzebować holowania. Jedynie dzięki angażującym myślenie, to jest filozoficznym, rozważaniom w ogóle nawiązujemy do istnienia form poznawczych.

Nie sprawia to, że nasze poznanie jest wyłącznie powszechne, i nie zamyka przed nami na zawsze poznania intelektualnego pojedynczych rzeczy. Bezpośredni przedmiot naszego poznania jest powszechny, ale rzeczy pojedyncze także są przedmiotem, chociaż postrzeganym pośrednio, tak jakbyśmy oglądali coś kątem oka, zamiast patrzeć na to wprost. W rzeczywistości nie jesteśmy w stanie użyć żadnej z form poznawczych bez zwrócenia się do wyobrażenia, z którego zostały one wyabstrahowane. Dlatego używając ich, musimy pośrednio, nie wprost, rozważać pojedyncze rzeczy, na podstawie których powstały. To dzięki bezpośredniemu poznaniu intelektualnemu znam „człowieka”, ale powiedzenie: „Jan Malinowski jest człowiekiem”, jest również owocem działania intelektualnego. Znajomość konkretnego, pojedynczego Malinowskiego jest intelektualna, ale w sposób pośredni.

Między intelektem i światem zmysłowym nie ma przepaści, lecz raczej tożsamość. Poznać to w pewnym sensie stać się poznaną rzeczą, to posiadać swoją własną formę fizycznie i formy poznanych rzeczy intencjonalnie. Poznawanie jest energicznym działaniem, a nie tylko biernym przyjmowaniem czy machinalną odpowiedzią. Stanowi ono tak intymny związek, że nie możemy rozważać jedynie naszego aktu poznawania bez rozważania poznawanego przedmiotu; poznajemy nie akt naszego poznania intelektualnego, lecz akt intelektualnego poznawania czegoś.

Porządek poznania

Kiedy małe dziecko wyrusza w długą, trudną drogę poznawania, rozpoznaje szczeniaka na długo, zanim pozna rodzaj zwierzęcy, bo w pierwszej kolejności poznajemy rzeczy pojedyncze, a nie powszechne. Poznanie zmysłowe musi następować jako pierwsze, skoro dostarcza materiału dla poznania intelektualnego; a dotyczy ono rzeczy poszczególnych, pojedynczych. Niemowlę ma faktycznie jakąś mglistą, niewyraźną znajomość rzeczy nieruchomych, poruszających się i kolorowych, zanim zacznie bawić się z małym pieskiem. Przechodzi zaledwie od możliwości poznania do poznania rzeczywistego; w środku między tymi dwoma krańcami znajduje się poznanie niedoskonałe, czyli zmieszane. Tak więc człowiek stojący na wzgórzu i spoglądający na drogę daleko w dole najpierw ujrzy, że coś się zbliża, potem będzie mógł rozróżnić, że jest to jakaś żywa istota, później, że to jakiś człowiek, a w końcu rozpozna konkretnego podróżnego. Proces ten wygląda tak samo, kiedy rozważamy go pod kątem czasu: dziecko odróżni człowieka od innych istot żywych, zanim nauczy się odróżniać jednego człowieka od innego. W porządku intelektualnym jest tak samo: najpierw uzyskujemy pojęcie ogólniejsze, a dopiero gdy poznanie się doskonali, staje się też mniej ogólne.

Nasz postęp jest z konieczności powolny, dokonuje się krok za krokiem, ponieważ nasze umysły nie przyjmą więcej niż jednej formy poznawczej naraz. Ta czy inna forma może zawierać wiele powiązanych ze sobą pojęć, podobnie jak lustro może odbijać pokój pełen ludzi, ale w intelekcie nie mogą się urzeczywistniać różne formy w tym samym czasie, tak samo jak człowiek nie może biec naraz w różnych kierunkach. Gdybyśmy mieli przerwać rozważania nad poznaniem intelektualnym w tym miejscu, nie wyszlibyśmy poza to, co scholastycy nazywali „prostym pojmowaniem”, to znaczy poza poznanie rzeczy bezpośrednio dostrzeganych dzięki formom poznawczym.

Oczywiście nie możemy się tu zatrzymać, jest to bowiem zaledwie pierwszy z trzech kroków. Najpierw chwytamy istoty rzeczy, następnie porównujemy te formy ze sobą, dołączając lub odrzucając pewne własności, przypadłości, sprawności i okoliczności (proces ten nazywany jest osądzaniem i jest to żyzna gleba dla codziennych błędów), w końcu porównanie sądów daje akt, który ze względu na nasz typ intelektualności otrzymał nazwę aktu rozumowania. To tutaj filozofowie podlegają ocenie i nierzadko okazuje się, że tego rozumu im brakuje.

Precyzja poznania

Dopóki nie wychodzimy poza proste pojmowanie istot rzeczy, nie ma okazji do popełnienia błędu w naszym poznaniu. Zdrowy intelekt tak samo nie może popełnić błędu odnośnie do istot rzeczy, jak zdrowe oko nie może go popełnić odnośnie do kolorów, a zdrowe ucho — do dźwięków. Istoty rzeczy są właściwym przedmiotem intelektu, powodem, dla którego istnieje. Jest on stworzony właśnie po to, aby je poznawał.

Błąd w osądzie i rozumowaniu nie tylko jest możliwy, lecz jest powszechnie znanym faktem. Przynajmniej wiele osób poza nami często popełnia błędy. Osądzanie i rozumowanie wymagają łączenia i dzielenia; możemy złożyć razem niewłaściwe rzeczy lub nie złożyć właściwych i robimy to. W pojęciu zrzędy istnieje prawda, tak samo jak istnieje w pojęciu człowieka, ale osądzenie w tym konkretnym przypadku, że ten człowiek jest zrzędą, może być zupełnie niesłuszne. Innymi słowy, nie możemy popełnić błędu odnośnie do istot rzeczy, ale możemy się pomylić co do właściwości, przypadłości i okoliczności tej czy tamtej istoty. Podstawy naszych błędów w osądzaniu są w znacznej mierze takie same jak podstawy błędów we wnioskowaniu, chociaż zasady, na których podstawie dowodzimy, mogą być poprawne. Mianowicie dokonujemy porównań zbyt szybko, bez namysłu, bez powodów przemawiających za takim związkiem, na podstawie uprzedzeń zamiast dowodów i tak dalej.

Niektórzy ludzie popełniają więcej pomyłek niż inni, chociażby z tego powodu, że nie wszyscy ludzie rozumują równie dobrze. Nie jest to jedynie kwestia lepszego wyposażenia fizycznego — zdolniejszych narządów zmysłu, żywszych wyobrażeń i lepszej pamięci — lecz przede wszystkim realnej różnicy w jakości samego intelektu. Możemy się rozwijać, ale żadna magiczna sztuczka nie zmieni naszych umysłów z poziomu właściwego prasie brukowej w intelekt Arystotelesa czy Tomasza z Akwinu.

Przedmioty poznania

Obszar poznawania, który otwiera się dzięki działalności intelektualnej, wydaje się niemal nieograniczony w porównaniu z nikłym poznaniem dostępnym zwierzętom. Jeśli utkwimy wzrok w zwierzętach, to będziemy zdolni przekonać samych siebie, że nie ma wyższego sposobu poznawania od naszego. W rzeczywistości jednak ludzka wiedza ma granice. Zamiast podchodzić do tej kwestii z tego przygnębiającego punktu widzenia, zbadajmy, co właściwie poznajemy.

W świecie zmysłowym

Jak widzieliśmy, rzeczy poszczególne poznajemy za pomocą poznania intelektualnego pośrednio, dzięki pewnego rodzaju refleksji nad wyobrażeniami powstającymi w wyobraźni. Znamy rzeczy konieczne, takie jak pierwsze zasady czy prawa świata fizycznego, oraz rzeczy przygodne, takie jak babcie i szkolne lata. Możemy nawet wiedzieć o pewnych rzeczach przyszłych, takich jak zaćmienia czy śnieżyca w przyszłym tygodniu; ale poznajemy te rzeczy nie w nich samych, lecz w ich przyczynach, podobnie jak mężczyzna poznaje, że zanosi się na kłopoty, widząc niezadowolenie na twarzy żony. Takie przyszłe rzeczy, jak śmiech, grzech, zgoda czy odmowa, możemy jedynie próbować przewidywać, ryzykując poważnie, że nasze przypuszczenia okażą się błędne. Widzenie samych w sobie rzeczy przyszłych, których źródłem są wolne przyczyny, jest przywilejem nie ludzi, tylko Boga.

W duszy

Nasze dusze, ich naturę i władze, jesteśmy w stanie poznać nie dzięki spotykaniu ich na ulicy czy abstrahowaniu z nas samych, lecz dzięki wywoływanym przez nie działaniom. Na przykład akty intelektu i woli poznajemy przez refleksję: poznajemy, że poznajemy, rozważając akt poznawania czegoś, a to, że chcemy, rozważając akt chcenia czegoś. Zdolność refleksji jest naszym wyjątkowym darem, właściwym jedynie naturze intelektualnej. Jedynie ludzie mogą stanąć z boku i krytycznie spojrzeć na siebie samych i swoje działania z niemal bezstronną obiektywnością, z jaką anioł mógłby oglądać ziemię.

Ponad duszą

Rzeczy wyższe od nas, takie jak aniołowie i Bóg, oczywiście nie są proporcjonalnymi, naturalnymi, bezpośrednimi przedmiotami naszego poznania, ponieważ są całkowicie wolne od wszelkiej materialności. Nie ma sensu stawać na czubkach palców, próbując schwytać je wprost do naszych umysłów. Musimy się zadowolić poznawaniem ich na długiej i trudnej drodze rozumowania na podstawie świata materialnego, który jest nam dobrze znany. W ten sposób możemy je poznać nie wyczerpująco, nie bezpośrednio, ale jak w wypadku Boga, odszukując w Jego działaniach tropy mówiące o Jego naturze, zdzierając niedoskonałości świata stworzonego, by uzyskać wejrzenie w to, co niestworzone, i przypisując wszelką doskonałość jedynemu możliwemu źródłu doskonałości. Tę właśnie metodę stosowaliśmy na samym początku tej książki, gdy zajmowaliśmy się naturą Boga.

A zatem mówiąc krótko, bezpośrednim przedmiotem ludzkiego poznania są istoty rzeczy, wyabstrahowane z pojedynczych, konkretnych rzeczy. Na tej podstawie opierają się wszelkie osądy i rozumowanie.

Aby zakończyć nasze badania nad problemem poznania, musimy jeszcze omówić kwestię poznania po śmierci, gdyż dusza człowieka nie umiera, a właśnie w duszy koncentruje się ludzkie poznanie. Po oddzieleniu od ciała wskutek śmierci dusza traci narzędzie badania świata materialnego, a co więcej, łączności z tym światem. Bezradność duszy wydaje się nawet bardziej uderzająca, jeśli pamiętamy, że nie możemy wykorzystać żadnej formy poznawczej bez zwracania się do wyobrażeń powstających w wyobraźni, a te wyobrażenia oczywiście przestają istnieć wraz ze śmiercią.

Dusza oddzielona jest nadal tą samą duszą, ma dokładnie tę samą naturę, którą miała przed śmiercią, i zachowuje wszystkie formy poznawcze zgromadzone w ciągu życia. W konsekwencji jest duszą rozumną, postępującą drogą poznania za pomocą procesu porównywania, na który składa się osądzanie i rozumowanie. Pozostawienie jej po śmierci w czystej nicości byłoby tragiczniejsze niż pozbawienie artysty kolorów lub muzyka wszystkich dźwięków. Byłaby ona najbardziej zrozpaczona i sfrustrowana ze wszystkich istot. Ale jak taka dusza może poznawać?

Poznanie w duszach oddzielonych

Rozwiązaniem tego problemu jest podstawowa prawda, że sposób działania jest zdeterminowany sposobem istnienia. Stąd więc forma rzeczy materialnych, kiedy ma fizyczny sposób istnienia, działa jako forma substancjalna konkretnej rzeczy, natomiast kiedy ma intencjonalny sposób istnienia, w umyśle człowieka, działa jako forma poznawcza intelektu, wywołując poznawanie. Dusza oddzielona ma inny sposób istnienia niż ten, którym cieszyła się na ziemi — istnieje bez ciała. W rezultacie powinna też mieć inny sposób poznawania, który chociaż nie nadprzyrodzony, nie jest jednak naturalnym sposobem poznawania duszy aktualnie ożywiającej ciało.

Różnica w porównaniu z poznaniem ziemskim

Dusza oddzielona ma sposób istnienia właściwy także takim oddzielonym substancjom duchowym, jakimi są aniołowie. Dlatego poznaje nie tylko dzięki formom zgromadzonym podczas życia, które wykorzystuje tak, jak aniołowie używają swoich pojęć, lecz także dzięki nowym formom wlewanym przez Boga. Ten sposób poznawania nie podnosi jednak duszy do doskonalszego poznania. Poznanie to jest w rzeczywistości gorsze od tego, jakie dusza posiadała i wykorzystywała w odniesieniu do materialnej części człowieka. Dusza oddzielona jest jak mały chłopiec, który włożył ubranie swojego ojca, albo uliczny akwizytor siedzący na konferencji dyplomatów z Europy. Obnosi swój sposób poznawania na wzór starszego brata i nie jest w pełni zdolna do posługiwania się nim.

Aniołowie pojmują za pomocą mniejszej liczby bardziej powszechnych form poznawczych i dzieje się to całkiem doskonale. Dusza skonfrontowana z taką formą jest jak człowiek niemający pojęcia o filozofii, który został zmuszony do korzystania z zasad metafizycznych świętego Tomasza. Dostrzega w nich coś, może z nich zrobić jakiś użytek, ale nie przypomina to w niczym tego, co święty Tomasz mógł w nich zobaczyć i jak mógł je wykorzystać. Jednak właśnie dlatego, że te formy są czymś tak anielskim, pochodzącym bezpośrednio od Boga, pozwalają uniezależnić się od fizycznej łączności ze światem zmysłowym, gdyż są całkowicie niezależne od odległości i wolne od konieczności odnoszenia się do wyobrażeń powstających w wyobraźni.

Przedmioty tego poznania

W stanie oddzielenia od ciała dusze poznają inne dusze tak samo jak aniołowie. Mają pewną znajomość wszystkich rzeczy naturalnych, ale poznanie to jest raczej mgliste i bezładne, podczas gdy aniołowie, z tym samym rodzajem form poznawczych, mają doskonałą znajomość wszystkich rzeczy naturalnych. Ten bezładny charakter poznania dusz oddzielonych — spowodowany tym, że formy je przerastają — ogranicza także ich poznanie rzeczy poszczególnych do niewyraźnego widzenia, tak jak gdyby ich intelekt nie mógł uzyskać pełnej ostrości. Najwyraźniej, aby poznanie rzeczy poszczególnych było jasne i odrębne, w samych formach musi istnieć silniejsza determinacja, niż faktycznie jest obecna; musi istnieć jakaś inna siła koncentrująca intelekt na punkcie, gdzie szczegóły wyraźnie się wyróżniają, na przykład pewne uprzednie poznanie, jakaś więź zainteresowania, miłości, naturalnej skłonności do tej poszczególnej rzeczy lub też specjalne postanowienie Boga.

W efekcie dusze oddzielone od swoich ciał nie mają naturalnej wiedzy o tym, co się dzieje na ziemi. Mogą jasno poznawać rzeczy poszczególne tylko dzięki wspomnianym przed chwilą determinacjom, a determinacje te nie mogą unicestwić faktu oddzielenia dusz od świata materialnego i braku ich naturalnej styczności z nim. Cudowne odsunięcie w jednej chwili zasłony spowijającej ludzkie poczynania jest oczywiście możliwe i jest prawdą, że błogosławieni w niebie dzięki istocie Boga jasno poznają w nadprzyrodzony sposób akcję dramatu rozgrywającego się na ziemi. Jednak naturalnie jest to niemożliwe w wypadku duszy po śmierci.

Spoglądając na panoramę ludzkiego poznania, możemy pojąć coś z oszołomionego niedowierzania, przerażonej niewiary współczesnych filozofów. To poznanie wywołuje prawdziwy szok. Sięga zbyt wysoko wzwyż, zbyt głęboko w dół i czyni to z szybkością wybijającą nas z powolnego marszu materialnego świata. Jest nawet trochę irytujące w swej tajemniczej nieuchwytności. Istnieje pokusa, by podąsać się trochę jak człowiek, który widzi coś, co po prostu nie mogło się zdarzyć, a jednak się zdarzyło; nie uzna tego całkiem, choć nie może po prostu zaprzeczyć, nie przyznając się przed sobą jednocześnie, że uparcie walczy z faktami.

Podsumowanie: wstrząs wywołany problemem

Wstrząs wywołany ludzkim poznaniem dotyka głównie człowieka, który skupił całą uwagę na jednej części wszechświata i uniemożliwił sobie w ten sposób dostrzeżenie gładkiej harmonii całości. Studiował stronę materialną tak fachowo i dogłębnie, że w końcu doszedł do przekonania, iż nic poza nią nie istnieje ani nie może istnieć. Poprosić go, aby spojrzał na światło rozumu jak na wielkie słońce, z którego wychodzą promienie, to niemal zbyt wiele, bo taki obraz wymaga widzenia całości wszechświata, a nie tylko jego części. Tak więc w samym środku wszystkie rzeczy są pojmowane przez samo płomienne słońce — Boga poznającego za pomocą własnej istoty. Im bardziej zaś się od niego oddalamy, tym słabsze i mniej przenikliwe staje się światło. Aniołowie pojmują dzięki kilku silnym promieniom — i pojmują doskonale. Człowiek zaś, ponieważ promienie słabną, potrzebuje ich wielu, by oświetlić swą drogę, i światło to jest niedoskonałe. W końcu, na poziomie zwierząt i stworzeń nieożywionych, światło wygasa zupełnie i rzeczy muszą być prowadzone w ciemności ręką Boga.

W równie szerokim ujęciu z drugiej strony widzimy stworzenia, które pracują dla udoskonalenia siebie samych i całego wszechświata, nie mając własnego poznania, lecz jedynie odcisk poznania Bożego. Stopień wyżej mamy zwierzęta poszukujące swoich ograniczonych celów za pomocą poszczególnego poznania zmysłowego, wykluczającego wolność. Człowiek sięga daleko w przód, do swego nieskończonego celu, za pomocą powszechnego poznania intelektualnego, widząc zarówno cel, jak i każdy krok prowadzący do niego, ale mozolnie, krok po kroku, z wieloma błędami. Aniołowie sięgają do tego samego nieskończonego celu łatwo, naturalnie, doskonale, z pełnym i nieomylnym poznaniem. Natomiast Bóg sam jest tym celem, poznającym i posiadającym siebie samą swą istotą.

Znaczenie odpowiedzi: w odniesieniu do wszechświata

Nie. Poznanie intelektualne człowieka nie jest wybrykiem we wszechświecie materialnym, lecz tylko kolejną rolką filmu odsłaniającą piękno i doskonałość Boga, narożnikiem projektu pasującym doskonale do powszechnego planu boskiego Architekta, ogniwem w łańcuchu łączącym najpośledniejsze ze stworzeń z absolutną doskonałością Boga. Poznanie intelektualne nie jest wybrykiem, lecz wymogiem człowieczeństwa człowieka, prawowitymi oznakami jego pozycji pana materialnego świata — uczestnika Bożej opatrzności, mającego boską umiejętność patrzenia naprzód, rozważania swoich celów, uzyskania tego królestwa dla siebie i dla innych.

W odniesieniu do ludzkiego działania

Ludzkie poznanie, ponieważ jest tak nieodłączną częścią samego człowieka, stanowi niezbędny warunek ludzkiego działania — intelektualnego i każdego innego. Bez tego powszechnego, koniecznego, niematerialnego poznania nauki fizyczne, filozofia i nauki humanistyczne nie mogą istnieć. Bez znajomości absolutnej, powszechnej prawdy nie może istnieć wolność ani moralność, dążenie do nieba ani ostateczne zjednoczenie z Bogiem na całą wieczność. Tylko istoty obdarzone rozumem mogą przetrwać nieuchronną śmierć, nękającą wszechświat materialny. Tylko ci, którzy znają rozległe przestrzenie niematerialności, mogą kosztować życia wiecznego wraz z jego wiecznym widzeniem; wszystko inne musi przeminąć.

W odniesieniu do uczestniczenia w Bóstwie

Tylko obrońców rozumu człowieka można zaliczyć do przyjaciół człowieka i prawdy, bo tylko oni są gotowi stawić czoła faktom i wziąć na siebie obowiązki i przywileje człowieczeństwa. Jedynie ci, którzy akceptują prowadzenie tej intelektualnej latarni morskiej, są godni człowieczeństwa, którym ich obdarowano. Tylko oni mają miejsce w Bożych planach i wysuwają prawomocne roszczenia do należnego człowiekowi tytułu — pana wszechświata.

ROZDZIAŁ XVI RODZINA EWY W SWOIM DOMU (Kw. 94–103)

Pamięć o złotym wieku świata

Nasze umysły były bombardowane twierdzeniem o ewolucji człowieka tak ustawicznie i z tak wielu kierunków, że możemy przeoczyć fakt, iż idea ta jest dosyć świeża. Ludzie nie zawsze utrzymywali, że początkiem człowieka był żałośnie pośledni status i że rozwinął się on stopniowo do obecnej doskonałości jak bohater historii o sukcesie życiowym. Przez wieki ludzie pielęgnowali drogie wspomnienia. Opowiadali z dojmującym żalem historię początkowego szczęścia i doskonałości, które ludzie stopniowo tracili, zniżając się krok po kroku do obecnego, nędznego stanu. Niezależnie od tego, które stulecie oznaczał „obecny wiek”, był to zawsze stan nędzny, gdyż dawne czasy były zawsze najlepsze.

Tradycja i mitologia Greków i Rzymian

Zapisane świadectwa takich wspomnień są bardzo dawne i sięgają aż dziewięciuset lat przed Chrystusem, do Prac i dni Hezjoda. Według tego pierwszego z greckich poematów historia ludzkości została trafnie podzielona na wiek złoty, srebrny, mosiężny i żelazny. Ten pierwszy złoty wiek, zupełnie różny od wieku herosów mitologii greckiej, był moralnym rajem. Nie było w nim grzechu, niesprawiedliwości ani żadnego moralnego zła, lecz wszyscy ludzie żyli w cudownym pokoju i harmonii.

Dużo później rzymski poeta Owidiusz zaświadczył o żywotności tej starożytnej tradycji, relacjonując ten sam podział historii ludzkości i znowu obstając, że złoty wiek był czasem wiary i sprawiedliwości. Oczywiście w kategoriach fizycznych realizował on ideał italski — wiecznej wiosny z łagodnymi wietrzykami i samorzutnie rodzących się obfitych plonów, bez takich nieprzyjemnych zjawisk jak chłód, lód czy śnieg. Degeneracja człowieka stale postępowała, aż nastąpił wiek żelazny („obecny” dla Owidiusza). Owidiusz opisuje go tak: „Ostatni jest wiek czwarty, z twardego żelaza. / Z nim wszelkiej zbrodni na świat wyległa zaraza. / Wstyd, niewinność i wiara, i prawda uciekła. / Ich miejsce wzięła chytrość, zdrada, zemsta wściekła, / Przemoc i żądza bogactw, wszech zbrodni przyczyna”11.

Miejsce czynników moralnych w tej tradycji

W ciągu wszystkich tych wieków, których nazwami tradycja pogańska opisywała pierwotny stan doskonałości ludzi, stale kładziono nacisk na czynniki moralne. Nie uważano, że człowieka pociągają w górę czy w dół ślepe, przemożne siły, pozostawiające go pozbawionego uznania czy winy, nawet jeśli utrata złotego wieku była spowodowana obaleniem panującego boga Saturna i zastąpieniem go przez Jowisza. Doskonałość złotego wieku postrzegano zasadniczo jako doskonałość moralną. Był on uwarunkowany brakiem zła i cechował się głębokim pokojem i harmonią, odzwierciedlającymi najgłębsze pragnienia ludzkiego serca. W tej epoce ludzie byli szczęśliwi, bo byli dobrzy. Kiedy zaś ta doskonałość stała się jedynie wspomnieniem, na scenę świata wkroczył grzech.

Wersje filozoficzne tej początkowej epokiŚwiat nienawiści i konfliktów (Hobbes)

Drogie wspomnienia ostatecznie porzucono, kiedy renesansowi filozofowie spróbowali przedstawić naturalny stan człowieka tak, aby wesprzeć teorię polityczną. Niezwykle przerażony i bojaźliwy Thomas Hobbes, broniący władzy i interesów angielskiej monarchii, twierdził, że wszyscy ludzie są w gruncie rzeczy śmiertelnymi wrogami, ponieważ ich szczęście polega na prześciganiu swoich sąsiadów. Z natury wszyscy są równi i egoistyczni, więc naturalny stan człowieka był stanem terroru, wojny i władzy utrzymywanej siłą — a taki stan rzeczy był szczególnie przerażający dla człowieka takiego jak Hobbes. Ludzie w końcu spostrzegli bezsens tego wszystkiego i konieczność istnienia wspólnej władzy budzącej u wszystkich szacunek. Zrzekli się swoich praw na rzecz władcy, ale nie drogą umowy z władcą, lecz wskutek umowy między poddanymi. Teraz są całkowicie poddani królowi.

Świat niekontrolowanego indywidualizmu (Rousseau)

Jean Jacques Rousseau popadł w drugą skrajność, twierdząc, że ludzie nie potrzebowali żadnych rządów, które zapewniłyby im pokój i szczęście. Potrzebowali jedynie tego, by pozostawiono ich w spokoju. Pojawienie się teorii Rousseau było łatwe do przewidzenia. Była jednym z okresowych wychyleń wahadła, które od początku rzucało cień raz na jedną, raz na drugą stronę. Wychylenie w jedną stronę prowadziło do stanowiska, że człowiek w którymś momencie został poważnie uszkodzony, jakiś integralny element jego natury się popsuł, więc teraz jest zasadniczo zły. Zwolennicy drugiego skrajnego stanowiska twierdzili, że człowiekowi nic nie dolegało i nie potrzebował od nikogo żadnej pomocy. Obecnie jest w równie dobrej kondycji jak zawsze, równie doskonały jak w chwili, gdy został stworzony. Rousseau, nietaktowny, skrępowany w towarzystwie, nękany kompleksem niższości i manią prześladowczą, nie tylko bronił absolutnej wolności jednostki i nieskrępowanego uczestnictwa uczucia w życiu, lecz także atakował wszelką władzę. Człowiek został zepsuty właśnie wskutek istnienia władzy, dyscypliny i konwenansów. Należy więc je obalić. W swoim pierwotnym stanie człowiek był dobry, tak samo jak natura i Bóg. Pierwotny pokój, dobroć i niewinność człowieka zostały zniszczone przez instytucje stworzone przez ludzi. Zarówno Rousseau, jak i Hobbes zaprzeczali, jakoby w pierwotnym stanie człowiek cechował się naturą społeczną. Jeden przedstawiał społeczeństwo jako niszczyciela ludzkiej natury, drugi zaś jako sztucznego zbawcę ratującego człowieka przed nim samym.

Współczesny świat błota

Z nadejściem na wskroś materialistycznej filozofii współczesnej szczęśliwe wspomnienia o pierwotnym stanie doskonałości człowieka musiały odejść. Wszelka doskonałość, o którą człowiek może się ubiegać, musi mieć źródło w czysto materialnym wszechświecie, który na pewno nie wytworzył żadnych skutków ponadmaterialnych. Człowiek jest integralną częścią całkowicie materialnego świata i powinno się go objaśniać, badać i oceniać tak jak każdy inny element wszechświata. Tak więc człowieka powinno się ukazywać jako wytwór rozwijającego się procesu w obrębie materialnego wszechświata, wytwór czysto materialny, którego pierwotny stan był w najgorszym stanie pierwotnym mułem, a w najlepszym ślepą zwierzęcością. Jego obecna pozycja nie jest spowodowana degeneracją czy upadkiem, lecz stuleciami ciągłego pięcia się wzwyż, które pod względem jakościowym nie zmieniło go w stosunku do jego zwierzęcych przodków.

Grzech, wiara, sprawiedliwość i moralność nie odgrywały w początkach ludzkości żadnej roli, podobnie jak nie odgrywają poważniejszej roli w obecnym życiu człowieka. Zmiana (na lepsze), która nastąpiła w człowieku, sama go wyjaśnia, ponieważ postęp został spowodowany samym procesem zmiany. Człowiek jest wynikiem ślepej konieczności, współdziałania naturalnych sił, które nie wymagają wyjaśnienia. Nie może ponosić żadnych zasług za swój obecny lub dawny stan ani nie ma żadnej nadziei co do swojej osobistej przyszłości. Jest schwytany przez niepowstrzymany bieg postępu bez celu i początku i jest nieistotnym etapem tego rozwoju.

Zasady badania pierwotnego stanu człowieka

Święty Tomasz był obeznany z przodkami filozofów renesansu, znał materializm w jego najwcześniejszych formach, a marzenia i wspomnienia pogan również miały swoje miejsce w jego umyśle. Kiedy jednak zaczął się zajmować pierwotnym stanem człowieka, nie odnosił się do żadnego z nich. Zadowolił się odwołaniem się do rzeczowej opowieści z Księgi Rodzaju, zbadaniem jej, przeanalizowaniem wyciągniętych z niej wniosków i wypełnieniem pustych miejsc uzasadnionymi hipotezami, tak aby przedstawić nam całościowy obraz człowieka w jego pierwszym domu.

Integralność natury

Przed zagłębieniem się w samą opowieść święty Tomasz określa pewne podstawowe zasady, nadające całej jego analizie jedność uderzająco uwydatniającą jej rozumowy charakter. Pierwsza zasada, przy której obstaje, mówi, że wskutek grzechu człowiek nie utracił niczego, co leżało w jego naturze. Kiedy mówimy o upadłej naturze lub o ranach, jakie ludzka natura poniosła wskutek grzechu Adama, nie chodzi nam o to, że została ona poważnie poturbowana i jest skazana na utykanie przez całe wieki beznadziejnego kalectwa. To prawda, że ludzka natura została zraniona, ale w tym samym znaczeniu, w jakim mówimy o poranieniu człowieka, który został porzucony nago na poboczu drogi. Obiektywnie jest on w tej samej sytuacji co człowiek, który nigdy nie nosił żadnych ubrań, jednak z pewnością czuje się o wiele gorzej. A zatem ludzka natura znajduje się w takim samym stanie, w jakim by była, gdyby Adam nigdy nie otrzymał żadnych nadzwyczajnych darów, ale została ogołocona z tych darów, które Adam otrzymał. To założenie nie jest nieuzasadnione. Na świecie jest wystarczająco dużo grzechów, by zapewnić nam materiał do gruntownego zweryfikowania faktu, że grzech sam w sobie nie niszczy w niczym integralności ludzkiej natury.

Przyczyna i zasadnicze pojęcie wyższości stanu pierwotnego

W drugiej zasadzie święty Tomasz wskazuje, że przyczyną pierwotnej doskonałości człowieka była jego pierwotna sprawiedliwość. Znaczy to, że człowiek został stworzony w łasce uświęcającej i z duszą zupełnie poddaną Bogu. Poddanie to obejmowało wszystko, więc dążenie zmysłowe człowieka było poddane jego rozumowi, a świat materialny był poddany człowiekowi. Zarówno sprawiedliwość pierwotna, jak i pierwotna doskonałość szły u Adama w parze. Mogły się jednak rozdzielić, gdyż jedna mieściła się w porządku natury, chociaż nie w ludzkiej naturze, podczas gdy druga przekraczała wszelką naturę. Dlatego u Najświętszej Maryi Panny była ta sama nadprzyrodzona doskonałość i doskonała sprawiedliwość co u Adama, z tym samym pełnym poddaniem Jej duszy Bogu, ale nie było nadzwyczajnych darów, towarzyszących pierwotnej doskonałości Adama.

Człowiek w ogrodzie Eden

Dary nadprzyrodzone, które składały się na pierwotną doskonałość Adama, nie były nadprzyrodzone, lecz pozanaturalne. Oznacza to, że nie przekraczały zupełnie mocy całej stworzonej natury, jednak nie były należne człowiekowi zgodnie z zasadami rządzącymi jego naturą. Na przykład nieśmiertelność dana Adamowi różniła się zupełnie od tej, którą będziemy się cieszyć po powszechnym zmartwychwstaniu. Ta ostatnia jest czymś wewnętrznym, wynikającym z uczestnictwa ciała w duchowych przymiotach duszy. Natomiast nieśmiertelność Adama miała charakter zewnętrzny i pierwszemu człowiekowi zapewniało ją źródło zewnętrzne. Jego niepodatność na cierpienie, czyli niecierpiętliwość, nie polegała na niemożności zranienia, jaką będą się cieszyli błogosławieni w niebie dzięki przeniknięciu ciała przez duchowe przymioty duszy. Było to raczej unikanie uszkodzeń ciała dzięki roztropności i opiece Opatrzności, czyli dar raczej zewnętrzny niż wewnętrzny. Panowanie człowieka nad światem stworzonym szło w ślad za jego panowaniem nad sobą: skoro jego dążenie zmysłowe było posłuszne rozumowi, również zwierzęta były posłuszne jego rozkazom. Ponieważ nie miał władzy rozkazywania swoim władzom wegetatywnym, nie mógł też panować nad siłami wegetatywnymi i fizycznymi świata. Mógł jednak bez przeszkód korzystać z ich pomocy.

Innymi słowy, pojedynczy człowiek w ogrodzie Eden miał znaczną przewagę nad pojedynczym człowiekiem współczesnym, ale niczym istotnym się od niego nie różnił.

Jego wyposażenie i postęp intelektualny: w wypadku Adama

Od Adama rozpoczęło się długie życie ludzkości. Będąc jej odpowiednim punktem wyjścia, reprezentował doskonałość tej rasy. Podobnie jak zaczął istnieć doskonały fizycznie — bez martwienia się o narodziny, rośnięcie, rozwój mięśni i tak dalej — tak też rozpoczął życie doskonały intelektualnie. Faktycznie ta ostatnia doskonałość była zupełnie niezbędna w świetle jego pozycji: przywódcy rasy i w konsekwencji nauczyciela wszystkich, którzy przyjdą po nim.

Jako pierwszy ludzki nauczyciel Adam przyniósł ze sobą wyposażenie do tego zadania, jakiego nie miał już później żaden przedstawiciel tego szlachetnego zawodu. Nie oglądał Boga bezpośrednio, patrząc na Jego istotę, ponieważ jest to cecha zupełnie nadprzyrodzona, której nie można tracić, gdy się ją już posiądzie. Oznacza to, że gdyby Adam znał Boga w ten sposób, nie mógłby zgrzeszyć. Poznawał raczej Boga tak jak my, ale w doskonalszy sposób. W końcu nie trapiły go żadne nasze zmartwienia o wyżywienie, odzież i mieszkanie, nie mówiąc już o trosce o przyszłość rodziny, która rozprasza umysł współczesnego człowieka. Co więcej, przejrzystości jego rozumienia w najmniejszym nawet stopniu nie mąciły uczucia. Opierając się na skutkach Bożego działania, a szczególnie dzięki działaniu ludzkiego intelektu i naturze ludzkiej duszy, umysł Adama szybko i łatwo dorósł do poznania Boga. Znajomość aniołów nabył w ten sam sposób. Ważne jest jednak, aby zaznaczyć, że Adam poznawał te rzeczy oraz wszystkie inne tak jak my — za pośrednictwem form poznawczych.

Jeśli chodzi o znajomość innych rzeczy, to Adam musiał uczyć ludzką rodzinę i nią rządzić, a oczywiście nie mógłby uczyć tego, czego nie umiał sam. Jego naturalne poznanie rozciągało się na wszystko, co ludzie mają wiedzieć, to znaczy na wszystkie rzeczy zawarte w ukryty sposób w pierwszych, naturalnych zasadach poznania. Święty Tomasz skłaniał się do przekonania, że poznanie to — stanowiące nadzwyczajny dar nie dla samego Adama, lecz dla Adama jako przywódcy rasy ludzkiej — było jawne, pełne i doskonałe. Nie żeby Adam wiedział wszystko o każdej pojedynczej rzeczy: że ten kamień wpadnie do tej rzeki w tej i tej chwili i tak dalej. Nie znał też takich przyszłych zdarzeń, jak myśli ludzi. Jego poznanie nadprzyrodzone (znajomość tajemnic wiary) było ograniczone do rzeczy koniecznych do prawidłowego rządzenia i kierowania ludzkim życiem w tym pierwotnym stanie istnienia.

Nie pojmiemy w pełni intelektualnej wielkości Adama, jeżeli nie spojrzymy poza podarowane mu bogate zasoby poznania — na użytek, który mógł z nich zrobić. Wielu wszechstronnie wykształconych ludzi stanowi spełnienie najskrytszych marzeń oszusta; wielu ekspertów w jednej dziedzinie jest głupkami w innej. Popełniamy błędy wskutek pośpiechu, uprzedzeń, namiętności i niewystarczających dowodów — jednym słowem, ponieważ nasz rozum nie panuje w pełni nad sytuacją. Rozum Adama miał pełną władzę nad swym własnym królestwem i nad światem. Adam nie mógł popełniać błędów w osądach i rozumowaniu. Był zatem głęboko wykształconym, bardzo mądrym i nadzwyczaj bystrym człowiekiem.

W wypadku jego dzieci

Gdybyśmy urodzili się w raju, mielibyśmy wszystkie zalety wynikające z pełnego władania rozumu, ale nie moglibyśmy oczekiwać wyposażenia, jakie otrzymał Adam jako przywódca rasy. Istniałyby nadal lata nauki, i to długie. Uzyskiwalibyśmy wiedzę za pośrednictwem zmysłów, musielibyśmy odkrywać rzeczy na własne potrzeby, podlegać nauczaniu przez innych i tak pomalutku zdobywać pełną wiedzę. To prawda, że praca ta byłaby znacznie łatwiejsza niż dzisiaj, bo nic — ani w nas samych, ani w świecie zewnętrznym — nie zakłócałoby procesu nauczania: żadnych snów na jawie, lenistwa, upału, zimna, głodu, pragnienia czy bólu żołądka.

Jego wola, sprawiedliwość i pokój

Przy całej swej inteligencji Adam mógłby być kimś bardzo nieprzyjemnym, nawet prawdziwym utrapieńcem, gdyby nie miał również ogromnej świętości osobistej. W chwili stworzenia jego wola była dobra. Ponadto nie miałoby sensu, aby Bóg opóźniał się z obdarowaniem go życiem nadprzyrodzonym, każąc mu czekać i mitrężyć czas, by zajmował się daremnymi zadaniami czysto naturalnego życia. Adam został stworzony w łasce uświęcającej i tak jak aniołowie przeznaczony był do chwały, nie było więc powodu, by nie miał od razu rozpocząć zasługiwania na swoją nagrodę. Łaska uświęcająca i wynikające z niej pełne poddanie Bogu stanowiły wręcz fundament całej doskonałości stanu Adama.

Dzięki łasce uświęcającej miał też wszystkie cnoty, chociaż oczywiście te, które zakładały pewną niedoskonałość, zaczął wykorzystywać dopiero po grzechu. Jak mógł odczuwać skruchę ktoś, kto nie popełnił grzechu? Albo jaką rolę mogło pełnić miłosierdzie w miejscu, gdzie nie znano niedostatku? Cnoty, które rozwinęły się w działanie, przynosiły czyny, które rozpatrywane same w sobie dawały o wiele więcej zasługi niż nasze, ponieważ doskonałość natury Adama usuwała wszystkie przeszkody utrudniające działanie łaski i wszelką możliwą niedoskonałość jego prac, podczas gdy my odczuwamy ciągły wpływ świata zmysłowego, trudności z koncentracją uwagi i osłabienie woli. Jednak ponieważ nasze czyny są czasami dla nas tak trudne, samo ich podejmowanie oznacza o wiele większą chęć, a nawet zapał, niż gdyby były dokonywane z łatwością, dzięki której nie wymagałyby wcale szczególnej uwagi.

Mogłoby się nam wydawać trudne do pojęcia, że człowiek tak doskonały intelektualnie i moralnie jak Adam mógł zgrzeszyć, gdybyśmy nie wiedzieli, że najwyższa doskonałość aniołów nie uodporniła ich na grzech, oraz gdybyśmy mogli wynaleźć jakąkolwiek inną niż nasza wolna wola dostateczną przyczynę naszych własnych grzechów. Grzech Adama opiszemy obszernie w drugim tomie tej pracy pod jego właściwą nazwą grzechu pierworodnego. Tutaj wystarczy zaznaczyć, że nasza sytuacja nie pozwala nam szydzić z Adama. Gdybyśmy urodzili się w raju, również urodzilibyśmy się w łasce uświęcającej, gdyż pierwotna sprawiedliwość Adama była darem dla całego rodzaju ludzkiego, a nie tylko czymś należącym jedynie do niego samego, łaska zaś była fundamentem sprawiedliwości pierwotnej. My także, tak jak Adam, mielibyśmy pełnię cnót i jak on moglibyśmy ją stracić, gdybyśmy się na to zdecydowali. Nie mielibyśmy zagwarantowanego nieba ani nie byłoby niemożliwe, byśmy trafili do piekła. Takie całkowite bezpieczeństwo wynika jedynie z widzenia Boga, które jest końcem, a nie początkiem ludzkiego życia. W rzeczywistości jest prawdopodobne, że część z nas zgrzeszyłaby nawet, gdyby Adam nigdy nie obraził Boga, a nasz grzech miałby takie same tragiczne konsekwencje dla naszych dzieci, jakie miał grzech Adama dla jego dzieci. Utracilibyśmy nasze nadzwyczajne dary i oczywiście nie moglibyśmy dać swoim dzieciom tego, czego sami już więcej nie posiadamy.

Jego natura fizyczna: uczucia

Podczas krótkiego pobytu w rajskim ogrodzie Adam i Ewa byli w bardzo dobrych relacjach. Oczywiście mieli ludzkie uczucia. W końcu byli ludźmi, a uczucia są integralnym elementem ludzkiej natury. To, że niosła ich nadzieja, zapalało pragnienie, przynaglała miłość, było całkowicie kwestią ich wolnej woli, gdyż te uczucia znajdowały się pod pełną kontrolą rozumu. Trzeba jednak przyznać, że tylko niektóre uczucia dążenia umiarkowanego, czyli pożądawczego — miłość, pragnienie, nadzieja i radość — były obecne w ogrodzie Eden. Inne uczucia — gniew, rozpacz, nienawiść, strach i cała reszta — zakładają istnienie zła, a w raju go nie było. Walka ciała i ducha rozpoczęła się zatem dopiero wtedy, gdy skończyło się panowanie pokoju, będące elementem raju. W ogrodzie Eden nie było żarłoków ani pijaków, nikt nie kulił się ze strachu ani nie wrzał gniewem, ludzie nie wychodzili z siebie z powodu namiętności, a dążenie zmysłowe nie mąciło ich intelektów ani nie destabilizowało ich życia. To nie taki sposób rozpoczęcia przez ludzi ich ziemskiego życia przewidział Bóg.

Podtrzymywanie życia człowieka: jedzenie, picie i czynności życiowe

Nie ma pewności, czy Adam i Ewa używali widelców, ale jest pewne, że od czasu do czasu poświęcali chwilę na kęs jedzenia czy łyk picia. Nie mieli ciał uwielbionych; ich ludzka natura w żadnych zasadniczych działaniach nie różniła się od naszej. Naturalne zużycie energii związane z aktywnością fizyczną, spalanie w komórkach i tkankach, wymagało ciągłego uzupełniania za pomocą jedzenia i trawienia. Ponadto, gdyby w raju były jakieś dzieci, to konieczność wzrostu wytwarzałaby u nich bez wątpienia takie same kolosalne apetyty, jakie obserwujemy u dzieci współcześnie.

Pierwsza para mogła być przez chwilę wegetarianami, kiedy cieszyła się pierwotną doskonałością, ale Ewa mogła być też wyśmienitą kucharką i mogła być nadzwyczaj dumna ze swego talentu kulinarnego. Nie da się zatem wykreślić befsztyka z rajskiego menu, bo wykorzystywanie zwierząt dla własnego dobra jest jedynie potwierdzeniem panowania człowieka nad światem zwierzęcym, a nie dowodem okrucieństwa. Można by argumentować, że Ewa nie mogła zostać skazana na harówkę kuchenną, ale oznacza to przeoczenie faktu, że gotowanie jest harówką tylko dla nieudolnego kucharza, i nakreślenie czysto wyobrażeniowego — i fałszywego — wizerunku leniwie upozowanej Ewy na odpowiednim tle, spędzającej tak niezliczone godziny długich dni. Żadna kobieta nie mogłaby robić czegoś takiego przez cały czas.

Niecierpiętliwość

Naturalne zużycie energii było zaspokajane za pomocą zwyczajnego jedzenia. Jednakże, jak dobrze wiemy, stopniowemu zużywaniu się fizycznego organizmu ciała ludzkiego jedzenie — nawet bardzo dobre — nie zapobiegnie. W niebie istnieje wewnętrzne zabezpieczenie przed naturalną śmiertelnością, ponieważ dusza przekazuje ciału nie tylko wszelkie moce, które posiada jako forma substancjalna, lecz także niektóre właściwości, które ma jako substancja duchowa. W ogrodzie Eden ta naturalna śmiertelność była chwilowo powstrzymywana dzięki specjalnemu pożywieniu, któremu Bóg nadał specjalne właściwości, czyli owocowi z drzewa życia. Zjadanie od czasu do czasu tej żywności miało utrzymać człowieka w kwitnącym stanie do czasu, aż Bóg zabrałby go do wiecznej szczęśliwości w niebie — gdyż bramą z raju do nieba nie była śmierć.

Adam i Ewa nie mieli elastyczniejszej skóry, nie mieli też rąk i nóg, których nie da się odciąć, ani płuc odpornych na zarażenie. Kolce krzaków róż w raju były równie ostre jak wszędzie indziej, a skóra człowieka tak samo wrażliwa. Adam i Ewa nie mogli się zranić ani zachorować, ale nie dlatego, jakoby ich ciała były pod jakimś względem różne od naszych. Ta niecierpiętliwość była raczej darem zewnętrznym — takim, który nie wynika z natury człowieka, lecz został mu ofiarowany z zewnątrz. Mówiąc po prostu, człowiek unikał zranienia i choroby dzięki swojej roztropności oraz działaniu Bożej opatrzności, tak jak wielu z nas obecnie, tylko że w tym pierwotnym stanie było to rzeczą zwyczajną i powszechną. Innymi słowy, człowiek miał wówczas dość rozsądku, by trzymać palce z dala od cierni, by unikać rzeczy szkodliwych. Co więcej, Boża opatrzność gwarantowała mu, że nic go nie zaskakiwało. Można spokojnie powiedzieć, że wielu przyjezdnych w Nowym Jorku daje Bożej opatrzności znacznie więcej zajęcia niż Adam. Oczywiście Adam czerpał określone korzyści ze swego panowania nad zwierzętami. W tych okolicznościach nie było dla niego wielką sztuką utrzymanie się na koniu czy odstraszenie złego psa.

Nieśmiertelność

Chociaż posiadanie ich dzisiaj byłoby bardzo miłe, jednak niecierpiętliwości i nieśmiertelności Adama nie da się porównać z tym, co oczekuje na nas w niebie. Żaden z tych darów nie przewyższał w pełni sił natury. Trzeba je uważać za dary nie nadprzyrodzone, lecz pozanaturalne, to znaczy dary tej samej kategorii co ten, którym można by obdarować rolnika, by mógł polecieć za polującym na drób jastrzębiem, po prostu machając rękami. Latanie nie przekracza wszelkich sił natury, lecz po prostu nie należy do natury człowieka.

Jego relacja do innych ludzi — równość i nierówność

Przypuśćmy na chwilę, że Adam nie zgrzeszył, a my, po tych wszystkich wiekach, mielibyśmy jako turyści wybrać się na wycieczkę po świetnie prosperujących miastach tych doskonałych ludzi. Czy byłoby to równie nudne jak stanie godzinami, by zobaczyć, jak jakiś masowo wytwarzany gadżet opuszcza fabrykę? W żadnym razie. Przeciwnie — zaskoczyłaby nas tam różnorodność oznak. Jedna osoba byłaby bystrzejsza od drugiej, jedna miałaby silniejszą wolę, jedna byłaby wyższa, inna piękniejsza; miałyby one różny wygląd, różną osobistą atrakcyjność, bardziej ujmującą osobowość i tak dalej. Życie z pewnością nie byłoby nudne, szczególnie że nawet minimalny poziom każdej z tych cech nadal stanowiłby doskonałość wykluczającą wszelkie zło i wszelkie braki. Nie byłoby salonów piękności ani chirurgów plastycznych. Nie byłoby dziewczyny o pięknych oczach i nosie, o którym najlepiej byłoby zapomnieć. Nikt nie byłby tak gruby, by być zbyt grubym, ani tak chudym, by wyglądać jak szkielet. Ze względu na doskonałość ludzi byłby to rodzaj super–Hollywoodu, bez żadnych czających się pod powierzchnią okrutnych tragedii rozczarowań. Ludzie byliby w samej rzeczy nierówni: różni pod względem płci, różni pod względem ciała, różni pod względem cnoty, różni pod względem darów intelektualnych. Jednak nikt nie czułby się gorszy; wszyscy cieszyliby się tą szczególną równością, która każdego człowieka czyni kimś doskonałym i suwerenną istotą.

Życie rodzinne w ogrodzie Eden: różnica płci

Rozmaitość płci w pierwotnym stanie człowieka wynika jasno z opowieści z Księgi Rodzaju. To, że powinna istnieć, wynika także z samej natury ludzkiej: gdyby była tylko jedna płeć, gatunek byłby niepełny, a co więcej, pojedynczy ludzie byliby niepełni, jako że płci nawzajem się uzupełniają i doskonalą. A zatem Ewa została dana Adamowi jako pomoc, szczególnie przy dziele rozmnażania się.

Rodzenie dzieci

W ogrodzie Eden rozmnażanie oczywiście by istniało. Tomasz sądzi, że jest to bez wątpienia prawdą, chociaż można by argumentować, że skoro rozmnażanie służy utrzymaniu gatunku, nie było konieczne w stanie, w którym ludzie nie umierali; albo przynajmniej wystarczyłoby ograniczenie aktu rozrodczego do Adama i Ewy, gdyż mieli oni żyć zawsze. Taka argumentacja pomija fakt, że pojedynczy człowiek jest kimś o wiele ważniejszym niż środek służący dla dobra gatunku. Natura przewiduje istnienie każdego mężczyzny i każdej kobiety ze względu na nieśmiertelną duszę, która jest czymś znacznie bardziej trwałym niż jakikolwiek gatunek, choćby najbardziej kompletny. Innymi słowy, celem rozmnażania nie jest tylko trwanie gatunku, lecz także mnożenie należących do niego jednostek. Na temat pomysłu, by rozmnażanie ograniczyć do Adama i Ewy, święty Tomasz mówi, że prowadzenie życia rodzinnego i posiadanie dzieci tak samo leży w naturze człowieka jak jedzenie. A skoro tak, to w ogrodzie Eden nie byłoby bezpłodności ani wiecznego dziewictwa, lecz wszyscy żyliby w małżeństwie. W tym celu konieczne byłoby rodzenie się tej samej liczby chłopców i dziewczynek; Tomasz sądził, że rodzice byliby zdolni kontrolować płeć dziecka, dzięki czemu wyeliminowano by miesiące matczynego niepokoju i domysłów. W każdym razie w tamtych czasach rodziłyby się dzieci i następowałoby to dokładnie tak samo jak dzisiaj, gdyż od samego początku małżeństwo ma charakter święty. Jednakże ludzie unikaliby trudności fizycznych i bólów porodu dzięki pozanaturalnym darom panowania nad naturą i niecierpiętliwości.

Status dzieci i opieka nad nimi

Życiu rodzinnemu w raju z pewnością nie groziłby rozpad wskutek zwykłego znudzenia. Znużenie brakiem jakiegokolwiek zajęcia poza patrzeniem na siebie nawzajem nie prowadziłoby par małżeńskich do nieistniejących sądów rodzinnych. Byłyby dzieci — a to natychmiast oznacza wiele godzin pracy. Gdyż dzieci te byłyby takie jak dzieci dzisiejsze: bezbronne, wymagające opieki, karmienia, nauczania i kształcenia.

Byłaby także praca poza domem — coś, czym Adam mógłby wypełnić wolny czas. Opowieść biblijna mówi nam, że pierwsi rodzice mieli strzec raju i go uprawiać. Wydaje się, że człowiek nie miał uniknąć pracy; kiedy udaje mu się od niej uchylić, jest nieuchronnie nieszczęśliwy. Praca ta, czy to Adama, czy to Ewy, byłaby czymś podobnym do radości matki z urodzonych przez nią dzieci, do artystycznej dumy szefa kuchni z duszonej potrawki czy upodobania, z jakim księgowy, zamiłowany ogrodnik, oddaje się swojemu hobby. Nie byłaby żmudna, przykra i nużąca, lecz stanowiłaby radosne źródło zadowolenia. Powód wyznaczenia pracy nawet w raju wydaje się zupełnie oczywisty. Człowiek potrzebuje jej do pełnego rozwoju swoich zdolności, a co więcej, pełnej doskonałości swojej wiedzy — przynajmniej doświadczalnego odkrywania, co może zdziałać sam człowiek i co może osiągnąć natura pod jego przewodnictwem.

W Edenie nie byłoby prywatnej własności. Taki podział własności jest niezbędny do zachowania harmonii, porządku i wydajności tam, gdzie istnieje stała groźba nieładu, zamętu i lenistwa. Nie było takiego zagrożenia w pierwotnym stanie człowieka. Człowiek nie byłby anarchistycznym indywidualistą; życie społeczne i polityczne byłoby prawdziwą koniecznością dla człowieka nawet w jego stanie doskonałości. Wynika to z samej nierówności ludzi w tym pierwotnym stanie — nierówności, której nawet Rousseau nie zdołał zaprzeczyć. Górowanie jednych nad innymi pod względem wiedzy i cnoty byłoby niestosowne w tym stanie, gdyby sama ta wyższość nie wnosiła nic do dobra tych słabszych. Faktycznie jest ogólną zasadą, że taka wyższość nakłada obowiązek kierowania i wspomagania słabszych; innymi słowy, wiedza i poznanie nie są tylko majątkiem, lecz także należnościami, ustanowionymi dla dobra innych.

Życie społeczne w ogrodzie Eden Konieczność istnienia organizacji politycznej

Co więcej, człowiek jest zwierzęciem społecznym. Nie może osiągnąć pełnej doskonałości w samotniczym stanie życia. Jest prawdą, że mógłby z powodzeniem istnieć sam, ale nie mógłby posiąść radości z pełni ludzkiego życia, do której uzdalnia go natura. W Edenie zatem ludzie żyliby naturalnie w społeczeństwie, to znaczy łączyliby się dla osiągnięcia wspólnego celu przy użyciu wspólnych środków, a to oznacza oczywiście wspólne kierownictwo. To jasne, że dziesięciu strażaków kierujących się własnymi pomysłami, kiedy i jak dojechać do pożaru oraz co robić, aby go ugasić, byłoby straszliwym przekleństwem dla firm ubezpieczeniowych. Podobnie społeczeństwo bez sprawującego rządy nie byłoby w ogóle społeczeństwem, lecz zbiorem uzbrojonych po zęby jednoosobowych bastionów ludzkiej indywidualności.

Niewolnictwo

Polityczne społeczeństwo Edenu należałoby zawsze do typu, który ma władzę nad człowiekiem lub kieruje go do jego własnego i wspólnego dobra. Władza jednego człowieka nad drugim, którą znamy jako niewolnictwo, a która polega na tym, że jeden człowiek używa innego tylko dla własnych celów, nie istniała w raju. Co więcej, taka władza nie mogła istnieć do chwili przerwania więzów, utrzymujących człowieka w podległości Bogu.

Panowanie nad światem materialnym

Społeczne, rodzinne i indywidualne życie człowieka było o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze dzięki władzy sprawowanej przez niego nad wszechświatem materialnym, której wzorem było jego panowanie nad sobą. Mógł zawołać tygrysa (jeśli go potrzebował) i uzyskać natychmiastowe posłuszeństwo, podobnie jak mógł kierować własną zwierzęcą naturą i uzyskiwać natychmiastowe i pełne efekty. Nie miał jednak takiej władzy nad światem roślinnym i nieożywionym. Mógł wołać marchewkę (jeśli jej potrzebował) aż do ochrypnięcia. Musiałby pójść po marchewkę, bo ona nie przyszłaby sama do niego. Panował nad tą częścią świata jak nad swoją fizyczną naturą, korzystając z niej bez przeszkód, radośnie i swobodnie. Nie mógł rozkazywać roślinom, ale mógł uniknąć kłopotliwej pracy rozgryzania twardego selera w zacisznej jadalni.

Środowisko fizyczne pierwszego człowieka: sytuacja w raju

Gdzie znajdował się ogród Eden? Święty Tomasz, opierając się na Biblii, która opisuje wypływające z ogrodu rzeki, sądził, że położony był on gdzieś na Wschodzie. Gdziekolwiek był, Tomasz sądził, że miał cechy fizyczne najprzyjemniejszej części Włoch przy idealnej pogodzie. Nie powiedział tego wprost, ale wykluczył śnieg i lód, domagając się umiarkowanego klimatu i nalegając szczególnie na korzyści płynące z ciepła słonecznego. Miało tam być nie za gorąco i nie za zimno, lecz w sam raz, i miała występować przyjemna rozmaitość, która pomagałaby mieszkańcom nie zwracać uwagi na brak ubrań.

Jego mieszkańcy

Skoro mówimy o mieszkańcach, warto być może zauważyć, że Adam był w ogrodzie Eden imigrantem, podczas gdy Ewa — autochtonką. Adam, jak pamiętamy, został stworzony poza ogrodem i wprowadzony do niego przez samego Boga, podczas gdy Ewa została stworzona na miejscu. Fakt ten może mieć znaczenie lub może go nie mieć. Do Edenu nie wolno było wprowadzać psów, bo był on przeznaczony wyłącznie do zamieszkiwania przez ludzi. Zwierzęta mogły tam normalnie wchodzić tylko na wyraźny rozkaz ludzkich mieszkańców. Człowiek mógł tam zrobić sobie sjestę i nie budzić się z odkryciem, że na jego żołądku zrobił sobie miejsce do spania kot lub że odwiedziła go lwica, mierząca krytycznym okiem jego niechlujny wygląd. Jednak życie w ogrodzie nie było w żadnym razie nieustanną sjestą. Musiała tam być praca, zarówno dla mężczyzny, jak i dla kobiety — dużo pracy. Praca, która miała trwać w radości, aż „Pan wszystkich dobrych robotników”12 położyłby jej kres, bez trudu wprowadzając człowieka do jego wiecznego domu, gdzie mógłby po raz pierwszy zobaczyć, jakie wyżyny szczęścia może osiągnąć.

Podsumowanie: różnice w stosunku do opowieści z Księgi RodzajuW tradycji pogańskiej

Święty Tomasz dostarczył wielu szczegółowych informacji z tego rozdziału, podając niektóre jako pewne, a inne tylko jako prawdopodobne, by ukończyć pełny obraz pierwotnego stanu człowieka. Jeśli odłożymy te szczegóły na bok i skupimy się na nagim szkielecie opowieści z Księgi Rodzaju, stanie się jasne, że nie można jej zlekceważyć jako po prostu kolejnego mitu, nawet jeśli nie bierzemy pod uwagę nieomylnego autorytetu Boga prawdy, który ją natchnął. W odróżnieniu od tradycji pogańskiej nie jest to rodzaj opowieści, jaką ludzie wymyślają o sobie samych czy nawet o swoich krewnych. Poganie Grecji i Rzymu nadali pierwotnemu stanowi długotrwałość, snując długie opowieści o sielankowym życiu w ciągu tych wszystkich lat doskonałości. Jej utrata została zaś przypisana nie winie ludzi, ale obaleniu boga. Księga Rodzaju twierdzi, że pobyt ludzi w ziemskim raju był zaledwie chwilą w długim życiu pierwszej pary ludzi, formułując bez ogródek bolesne i bardzo niepochlebne przypuszczenie, że krótkotrwałość przebywania w raju była bezpośrednio spowodowana umyślnym działaniem samych ludzi. Opowieść biblijna mówi, jaką wspaniałą szansę miał człowiek i jak natychmiast ją zmarnował. Po jej zmarnowaniu człowiek pozostał taki, jaki byłby w stanie czystej natury — dzisiejsze udręki, praca i trudności codziennej egzystencji nie dają podstaw do użalania się nad sobą ani usprawiedliwiania się niesprawnością. Człowiek posiada pełne wyposażenie do życia.

W filozofii renesansuWe współczesnej filozofii materialistycznej

Filozofowie renesansowi, na przekór faktom, zanegowali społeczną naturę człowieka, czyniąc z niego drapieżnika lub wcielenie cnót. Księga Rodzaju nie popełnia podobnego błędu odnośnie do naszej natury; Bóg nie popełnia błędów. Jeśli już o to chodzi, to także człowiek nie może oszukać sam siebie w kwestii swojej natury, chociaż może opowiadać sobie bajki o sobie samym w celu ucieczki od rzeczywistości. Filozofia materialistyczna, która opanowała współczesny świat, specjalizuje się w zaprzeczaniu faktom. Czyni z człowieka jedynie zwierzę, na wskroś niemoralne, oraz neguje niezaprzeczalny fakt posiadania przez niego niematerialnej, duchowej duszy, a nawet jeszcze bardziej nieodparty fakt jego pochodzenia od pierwszej i absolutnie doskonałej pierwszej przyczyny. Ta wersja ludzkiej natury, jak wszystkie inne, nie może dać podstaw do szydzenia z opowieści z Księgi Rodzaju. Jak niewątpliwie dzisiaj widzimy, atmosfera wyższości nie może zatuszować upartych faktów przyczynowości Boga i natury człowieka.

Znaczenie tych różnic Dla szacunku wobec natury człowieka

Tylko bowiem mierząc się z tymi faktami, zdobywamy prawdziwe zrozumienie natury człowieka. Tylko wtedy możemy widzieć, że jest duchowy i materialny, że korzysta z wolności, którą nawet Bóg musi szanować — wolności, która może go odepchnąć zawstydzonego od bram ziemskiego raju albo wprowadzić triumfującego do wiecznego raju z Bogiem. Tylko uwzględniając te fakty, możemy dostrzec w człowieku to, kim jest: istotę stworzoną do pracy, do miłości, do małżeństwa i rodziny; stworzoną, by się uczyć, doskonalić cnotę, zbliżać się do Boga i w końcu odpoczywać z Nim. I tylko zdając sobie sprawę z tych rzeczy, możemy zachować uczciwość w stosunku do siebie samych.

Dla zrozumienia dzieła Bożego

Uczciwość wobec faktów uzdalnia nas do docenienia pracy Boga i dostrzeżenia, jak naprawia On braki będące naturalną konsekwencją samych elementów ludzkiej natury, chociaż taka korekta wymagała zaplanowania przez najmądrzejszego architekta wszechświata darów nadprzyrodzonych. W świetle faktów możemy dostrzec, że plany zostały zepsute nie przez architekta, nie przez budowniczego, ale przez samego człowieka.

Dla określenia możliwości i celów indywidualnego człowieka

Obecny stan człowieka jest dziełem człowieka, a nie Boga. Mimo to ta początkowa tragedia została przekształcona w źródło nadziei i natchnienia dzięki zbawieniu nas przez Syna Bożego od błędów ludzkich, które nazywamy grzechami. Dzięki roli, którą Bóg uparcie odgrywa w losie naszej natury, możemy mieć nadzieję, możemy pracować, modlić się, kochać i przeżywać życie aż do jego pełni. Istnieje bowiem raj, który możemy osiągnąć i który sam tylko spełnia tęsknotę naszej natury, sam nadaje ludzkiemu życiu znaczenie i cel. Historia początków człowieka jest smutną opowieścią o tym, jak mogło być, ale jest też mglistym odbiciem chwały, która może jeszcze zaistnieć.

ROZDZIAŁ XVII RZĄDY NAD ŚWIATEM MATERIALNYM (Kw. 103–105)

Natura i cel rządów

W zakresie koniecznych środków anarchia jest stanem rzeczy niezwykle łatwym do zorganizowania. Potrzeba do niej jedynie ludzi zadowolonych z życia bez celu, destruktywnego i z taką opieką, jaką pojedyncza osoba może sobie sama zapewnić. W przeciwieństwie do niej politycznie zorganizowane życie społeczne wiąże się z wyraźnymi problemami, dotyczącymi jego ustanowienia i podtrzymywania. W tym wypadku ludzie muszą bowiem żyć celowo, konstruktywnie i pod wspólnym, opiekuńczym kierownictwem. W tej kwestii nasze czasy nie idą na łatwiznę; anarchia nie cieszy się powszechnym uznaniem w dwudziestym wieku. Z drugiej strony rządy mogą stać się bożkiem, któremu wszyscy oddają pokłon. „Rządy” zakładają kierowanie, prowadzenie. Obstawaliśmy twardo przy tym pojęciu kierowania ludzi do pewnego celu, chociaż czasami szliśmy za daleko, jeśli chodzi o wykorzystywany sposób tego ukierunkowywania — nawet tak daleko jak wtedy, gdy sądziliśmy, że rządowi wolno trzymać wszystkich obywateli za kark, by kierować ich krokami.

Ich podstawowy wymóg

W każdym razie jest dla nas dzisiaj jasne, że rządy zakładają coś, co jest rządzone, co jest kierowane. A zatem najogólniej przez rządy rozumiemy panowanie nad społecznością lub kierowanie nią. Podstawowym założeniem rządów jest więc społeczność, a społeczność zaczyna istnieć właśnie dlatego, że jednostki łączą się dla osiągnięcia wspólnego celu, w przeciwieństwie do wyłącznego pościgu za indywidualnymi celami w anarchii. Anarchia oznacza bezprawie, podczas gdy rządy oznaczają prawo. Wadliwość lub upadek prawa stanowi upadek rządów, gdyż prawo jest właściwym aktem kierowania, przynależnym rządom. Anarchia nie wymaga czynników wykonawczych ani sądowniczych, ponieważ skoro z natury oznacza brak kierownictwa, nie ma prawa do egzekwowania ani też norm, według których można by sądzić. Stan równoważny anarchii można szybko osiągnąć w każdym systemie rządów — wystarczy do tego proste przeoczenie zasadniczego charakteru zgromadzenia ustawodawczego i próba zastąpienia go działaniami wykonawczymi lub sądowniczymi. Funkcje wykonawcze i sądownicze są bowiem następstwem prawa, a ono stanowi absolutnie podstawowy i właściwy akt rządzenia.

Początkowy bezwład, po którym następuje niezgoda, a w końcu rozruchy — coś takiego można by obserwować, gdyby tuzinowi obserwatorów partii szachów pozwolono wykonywać wszystkie ruchy wraz z graczami — stanowi tylko blady cień tego, w jakim stanie byłoby społeczeństwo, gdyby brakowało jednolitego kierownictwa i jedności w stanowieniu prawa. Gdybyśmy rozwinęli tę hipotezę jeszcze dalej i założyli, że obserwatorzy i gracze gromadzą się nad nieistniejącą partią, uzyskalibyśmy pewne pojęcie o niemożności istnienia jednolitych rządów i prawa bez fundamentalnej jedności wspólnego dla obywateli celu. Bez tej jedności celu, będącej źródłem wspólnego życia, podstawą społeczności, cegłami i zaprawą budującymi społeczeństwo, nie byłoby bowiem rozgrywki politycznej, w którą można by grać.

Ich właściwy akt

Nasze czasy, a zwłaszcza nasz kraj, nie mają nic przeciwko tej koncepcji rządów. Być może nasza epoka będzie wyróżniać się w historii pod względem powszechnej akceptacji dla tych fundamentalnych pojęć dotyczących rządzenia; z pewnością nigdy wcześniej w historii świata nie było tak powszechnej walki o właściwy akt rządzenia, którym jest prawo. Świadectwem tego jest naiwna wiara w moc prawa, która doprowadziła u nas do pewnego rodzaju masowej produkcji aktów prawnych obejmujących wprawiającą w osłupienie rozmaitość zagadnień. Wykorzystujemy prawo do naprawiania każdego rodzaju zła — gospodarczego, finansowego, fizycznego, moralnego i społecznego — i to w tak drobiazgowych szczegółach, że okrywamy się nieco śmiesznością. Naprawdę wierzymy w prawo i jego moc. Ostatnim, choć zwyrodniałym, hołdem dla tej walki o rząd jest ogólnoświatowe ciążenie ku władzy absolutnej w państwie, nawet wśród narodów walczących z absolutyzmem.

Ich stan

Nasz współczesny, niemal kultowy stosunek do nauki jest wyrazem uznania właściwego aktu rządzenia w materialnym wszechświecie i na skalę ogólnoświatową. Z pewnością metoda naukowa i poznanie naukowe nigdy nie cieszyły się większym poważaniem. Jesteśmy nawet skłonni posunąć się tak daleko, by zaprzeczyć prawomocności wszelkich innych metod i pewności każdego innego poznania, redukując wszelkie wysiłki intelektualne do poziomu nauk ścisłych. A jednak celem nauki nie jest nic innego niż odkrycie prawa; dąży ona do odsłonięcia wspólnego sposobu działania i w rezultacie wspólnego celu. Mówiąc krótko, nauka jest faktycznie domaganiem się, z całą pewnością, porządku w naturze. Najwspanialszymi chwilami przygody z nauką są chwile, które uświetniają odkrycia takich właśnie praw. Nauka nie próbuje dochodzić do wniosków ani proponować dowodów; interesuje się powszechnym czy też wspólnym prawem opowiadającym, jak działają rzeczy, to znaczy zajmuje się głębszym poznaniem praw natury.

Współczesny paradoks: Walka o tę koncepcję rządów

W zwyczajnych czasach powiedzielibyśmy, że to wszystko: prawo, porządek, wspólny sposób działania i wspólny cel, świadczy o społeczności i o jej rządach. Ale nasze czasy nie są zwyczajne. Współczesny, wykształcony człowiek, trzymający się nowoczesnych zasad, jest w tej nietypowej sytuacji, że opowiada się za kosmiczną anarchią, a mimo to odczuwa pełne zaufanie do naukowego poszukiwania praw rządzących tą anarchią. Musi twardo utrzymywać — w epoce pokładającej pełną wiarę w mnożeniu praw i mocy rządów — że wszechświat musi być pozbawiony prawa i rządów, gdyż nie ma rządcy. Podłożem ogólnoświatowego dążenia ku rządom absolutnym we władzy politycznej i kierowaniu państwem jest filozofia, która neguje nadawanie kierunku w świecie i utrzymuje, że postęp światowy realizuje się bez kierowania. Wskutek jakiegoś szalonego paradoksu przypisujemy przyczynę niedomagań politycznych i społecznych złemu kierownictwu, złym rządom, podczas gdy za przyczynę doskonałości we wszechświecie uznajemy kompletny brak ukierunkowania, kompletną nieobecność rządów.

Uznanie właściwego aktu rządzenia we wszechświecie

Trudno uznać, że ta sytuacja świadczy o inteligencji. Z drugiej strony nasza epoka prowadziła wiele zaciekłych sporów z inteligencją i uraza jest tak silna, że zdecydowaliśmy się inteligencji wyrzec lub nawet dowodzić, że czegoś takiego wcale nie ma. Być może zbyt wiele oczekujemy, szukając inteligencji w obozie tak zawziętego wroga. Źródeł tego współczesnego nonsensu, w obliczu porządku w świecie, można się doszukiwać w pierwszym ataku na kierownictwo, pierwszym ustanowieniu anarchicznych zasad w kręgach religijnych, które nazwano reformacją. Jeśli religia może dobrze działać bez kierownictwa, to ostatecznie nie ma powodu, by inne sprawy znosiły wtrącanie się rządzących. Tym, czym była reformacja w religii, w filozofii był sceptycyzm, obejmujący cały wachlarz możliwości, od pokornych wątpliwości po zuchwałe zaprzeczanie, i osiągający szczyt w naszych czasach, kiedy istnienia władzy zdolnej do wiarygodnego poznania powszechnego niemal nie bierze się poważnie.

Negacja rządów we wszechświecie

Kiedy filozofowie skończyli podrzynać sobie gardło i osiągnęli zgodny wniosek, że nie mogą do niczego dojść, bo intelekt, za pomocą którego mogliby filozofować, nie istnieje, nauka była gotowa, by posunąć się do zerwania z oczywistymi wskazaniami, iż w każdym razie może dokądś dojść. Filozofowie natychmiast pospiesznie zaanektowali obszar nauki i w jakiś sposób zrobili z niej podstawę filozofii, zapominając, że sama nauka nie ma podstawy — chyba że sceptyczni filozofowie pomyliliby się na początku, odrzucając intelektualne podstawy filozofii.

Ten zamęt tak mocno stopił się ze współczesnym życiem, że ludzie są obecnie w stanie zanegować rządy nad światem i stać na straży światowego prawa. Faktycznie staliśmy się tak nieświadomi niedorzeczności takiego stanowiska, że zaczynamy odczuwać pewną wyższość z jego powodu i uśmiechamy się współczująco do osób twierdzących, że jeśli porządek i postęp w sprawach politycznych wymagają istnienia rządów, to anarchia nie jest rozwiązaniem, gdy chodzi o porządek, prawo i postęp we wszechświecie. Jakie to śmieszne!

Konieczność istnienia rządów we wszechświecie

Dla współczesnych może nie znaczyć wiele, że prawdę o Bożych rządach nad wszechświatem podaje wprost Pismo Święte i że sam Chrystus dobitnie ją podkreślał. Jednak nieodpartych dowodów nie można pomijać milczeniem przynajmniej w imię rozumu. A dowody są nie do odparcia. Widzieliśmy to częściowo na początku tej książki, kiedy dowodziliśmy istnienia Boga. Uwypuklony został wtedy fakt, że stałe działanie istot nierozumnych na rzecz swojego dobra wymaga istnienia kierującej nimi inteligencji; innymi słowy, że porządek we wszechświecie wymaga najwyższego rządcy.

Kiedy zajmowaliśmy się opatrznością Bożą, szczegółowo zbadane zostały trzy domniemane wyjaśnienia porządku we wszechświecie — przypadek, konieczność i jakaś przyczyna w obrębie wszechświata. Każda z nich została odrzucona: przypadek, ponieważ nie stanowił wyjaśnienia porządku, lecz stwierdzenie istnienia porządku, który w wypadku rozwiązania przewidującego przypadek stał z nim w sprzeczności; konieczność, bo wymagała tyle samo wyjaśnień, co porządek, który miała wyjaśniać; z kolei fakt, że powszechny porządek obejmuje wszystko we wszechświecie, uniemożliwił tłumaczenie istnienia praw za pomocą jakiejkolwiek przyczyny naturalnej, która sama stanowi przedmiot tego porządku i działa zgodnie z tymi prawami. W tym samym rozdziale o opatrzności zobaczyliśmy wyraźnie, że wewnętrzna celowość rzeczy — przypisanie ucha do słuchania, oka do patrzenia, jednostki do gatunku i tak dalej — była również rzeczą stworzoną, wymagającą głębszego związku z otaczającymi ją rzeczami. Innymi słowy, żadne stworzenie nie było z tego punktu widzenia odizolowaną istotą, lecz stanowiło element powszechnego planu istniejącego w umyśle inteligentnej pierwszej przyczyny.

Ta prawda o Bożych rządach była jak zapadająca w pamięć melodia, od której człowiek nie może się uwolnić. Pojawiła się ponownie przy badaniu stworzenia i ewolucji, kiedy podkreśliliśmy, że Bóg jako doskonały sprawca działa zupełnie inaczej niż Jego stworzenia. My musimy działać, by uzyskać brakującą nam doskonałość, podczas gdy Bóg może działać jedynie, dzieląc się swoim dobrem, ponieważ od wieczności posiada wszelkie dobro. Jedynym możliwym celem, dla którego mógł stworzyć świat, było zatem podzielenie się swym boskim dobrem; a to oznacza, że jedynym celem, do którego świat mógł zostać skierowany, jest sam Bóg. Oczywiście takie zadanie ukierunkowania świata wymagało najwyższego, proporcjonalnego do celu rządcy, gdyż wszystkie ustanowione prawa musiałyby mieć na względzie ten cel.

W tym rozdziale melodię słyszymy znowu. Nie da się jej wyciszyć. I wcale to nie dziwi. Istnienie porządku i rządów w świecie jest tak zasadniczym faktem, że musi on się ciągle na nowo pojawiać za każdym razem, gdy mówimy o Bogu lub świecie. W tym rozdziale dotrzemy naprawdę do samych podstaw, badając temat wystarczająco szczegółowo, by odkryć związek faktu rządów nad światem z absolutnie pierwszymi zasadami myślenia i bytu. Oczywiście zadanie to wymaga kombinezonu, dynamitu, ciężkiej pracy i mnóstwa potu; ale jest warte wykonania.

Zasady dotyczące rozwiązania

Aby rozwiać podstępną formę strachu, która nosi eufemistyczną nazwę lenistwa, dobrze byłoby nadać temu zadaniu przystępny wygląd i stwierdzić od razu, że zasady, na których opiera się dowód na rządy nad światem, można sprowadzić zaledwie do dwóch — mianowicie zasady racji dostatecznej i zasady celowości. Obie można natychmiast sprowadzić do pierwszych, absolutnie podstawowych zasad tożsamości i niesprzeczności. Bez tych ostatnich zasad nie mogłoby istnieć myślenie, a co więcej, byt.

W sferze konkretów zasada racji dostatecznej staje się doskonale przejrzysta dzięki faktowi, że psy szczekają, a kości kurczaków są bardzo szkodliwe dla szczeniąt, chociaż chleb i mleko są zupełnie niegroźną dietą zarówno dla kundli, jak i psów rasowych. W postaci teoretycznej zasada brzmi następująco: „wszystko, co istnieje, ma w sobie dostateczną rację swojego istnienia i swojej harmonii z innymi rzeczami, czy to dzięki własnej istocie, czy to dzięki czemuś innemu”. Najwyraźniej rzeczy wynikające z samej natury psa, z faktu, że jest psem, mają dostateczną rację w naturze psa. W tym znaczeniu zasada racji dostatecznej jest jedynie obstawaniem przy zasadzie tożsamości: ten pies jest psem, ta natura jest sobą, więc oczywiście można się po niej spodziewać szczekania. Rzeczy nie wynikające z samej natury, lecz pochodzące z zewnątrz nie mogą mieć dostatecznej racji w naturze. Pies umiera; a zatem jego istnienie wyraźnie nie wynika z samej psiej natury. To, co nie pochodzi od natury, musi pochodzić od czegoś innego, to znaczy spoza natury, a powiedzenie, że dostateczna racja czegoś pochodzi spoza natury, jest jedynie powołaniem się na zasadę niesprzeczności. Innymi słowy, twierdzimy, że ten pies nie jest czymś innym niż pies, że nie jest jednocześnie psem i bogiem, że nie może jednocześnie być bytem przygodnym i bytem koniecznym.

Zasada celowości, posiadająca nieocenioną zaletę zwięzłości, chociaż nie daje światu spokoju, brzmi: „wszystko, co działa, działa dla celu”. Dostrzeżenie, że zasadę tę można natychmiast sprowadzić do zasady racji dostatecznej, nie wymaga przenikliwego umysłu. Tak naprawdę stwierdza ona jedynie fakt, że każde działanie ma rację. Każda natura przynosi określony, czyli właściwy sobie, skutek. Dlatego pies szczeka, a człowiek śmieje się lub myśli. Istnieje zatem racja dostateczna tego stałego sposobu działania, tej szczególnej determinacji, czy to pochodząca od samej natury, czy to od kogoś innego, kto przekazał ją tej naturze. Jeśli tej dostatecznej racji nie ma, to nie dziwmy się, gdy pies zaśmieje się nam w twarz albo też nasz narzeczony siądzie na ziemi jak pies i zacznie wyć do romantycznej pełni księżyca. Jak widać, zanegowanie zasady celowości pociąga za sobą natychmiast zanegowanie zasady niesprzeczności. Ten oto chłopak może być naraz człowiekiem i psem. Skutek w postaci szczekania mógłby istnieć bez żadnej determinacji czy też skłonności określonej przyczyną. Mógłby po prostu bez powodu wyskoczyć z gardła człowieka i zmienić się w szczebiot kanarka zaraz po opuszczeniu podniebienia. Ta sama szalona historia dotyczy działania, które przyniosło ten skutek, władzy, która wytworzyła to działanie, i w końcu natury, do której ta władza należy. Wszystko byłoby pozbawione determinacji, a mimo to ją miało; wszystkie rzeczy byłyby tym, czym są, a jednocześnie czymś innym. Alicja miałaby nową krainę czarów.

Innymi słowy, przyczyna sprawcza nigdy nie jest dostatecznym wyjaśnieniem działania. Fakt, że człowiek rzuca cegłą, nie stanowi w żadnym razie całej historii. Kiedy policja go schwyta, zada mu szorstko kilka pytań, szczególnie, dlaczego rzucił cegłą. To, że prelegent prowadzi wykład, nie jest dostatecznym wyjaśnieniem jego przemowy. W rzeczy samej czasami mogłoby być trudno takie dostateczne wyjaśnienie podać. Jeśli następuje jakieś jedno działanie, a nie inne (jak się dzieje wszędzie, gdzie istnieje taki porządek, jaki odnajdujemy w świecie), to musi istnieć determinacja, racja, cel tego działania.

Dowody

Pamiętając dobrze te podstawowe zasady, możemy przejść do badania, powiedzmy, bardzo młodej kapusty, która została świeżo posadzona. Nie zużywa ona czasu na próby odnalezienia siebie, na przygotowywanie się do wyboru zawodu, nie czeka na odpowiedni nastrój. Nie zaszywa się w jakimś kąciku, by szlochać i użalać się nad sobą, ani nie szuka bratniej duszy, lecz natychmiast wypuszcza korzenie w poszukiwaniu wilgoci, wystawiając się przy tym na światło i ciepło słońca. Co więcej, wszystkie tysiące kapust sadzonych co roku zrobi dokładnie to samo. Tutaj z pewnością mamy istoty inteligentne, działające w najbardziej inteligentny sposób: podejmujące stały, ukierunkowany wysiłek, by osiągnąć swą największą doskonałość i doskonałość swojego gatunku. Najwidoczniej to ukierunkowanie pochodzi z samej natury kapust; jednak determinacja natury nie tłumaczy się sama, gdyż natura nie zrodziła determinacji, nie istniała przed jej pojawieniem się. Uporządkowanie tej metody pochodzi od kogoś zewnętrznego wobec tej natury. Jeśli przypomnimy sobie, że nie tylko kapusta, lecz także wszystkie stworzenia nierozumne cechują się tym samym uporządkowanym działaniem, otrzymamy dowód istnienia inteligencji, kierującej wszystkimi stworzeniami nierozumnymi.

Można zaprotestować, że nie dowodzi to porządku świata, lecz jedynie porządku w obrębie każdego gatunku, podobnie jak zorganizowana i kochająca się rodzina nie świadczy koniecznie o dobrze rządzonym państwie ani nawet państwie, którego rząd jest umiarkowanie przyzwoity. Jest to stare zastrzeżenie, że celowość wewnętrzna nie dowodzi celowości zewnętrznej, i współczesna ułuda, iż można uznawać prawa naukowe rządzące poszczególnymi naturami i jednocześnie zaprzeczać, że natura jako całość dokądkolwiek zmierza. Jeśli przyjmiemy, że nie możemy poznać całych planów Bożych za pomocą naszych skończonych umysłów, niemożliwe jest uznanie istnienia porządku w obrębie gatunku, a następnie zanegowanie go we wszechświecie.

Szczegółowe uwagi na temat rządów nad wszechświatem Rządca wszechświata

Przede wszystkim żadne stworzenie ani żaden gatunek nie są odosobnione. Wpadają na siebie, walczą, jednoczą się, karmią i są karmione: mają wzajemne relacje, to znaczy istnieje wśród nich porządek — porządek całości. Samo to przyporządkowanie jednej rzeczy do drugiej jest czymś stworzonym. Nie istnieje samo z siebie, nie wyjaśnia samo siebie, nie nosi w sobie dostatecznej racji siebie. Dlatego musi mieć dostateczną rację z zewnątrz, musi posiadać poza sobą przyczynę celową — cel, którym nie jest ono samo. Mówiąc po prostu, rządcą i celem ostatecznym wszechświata jest coś, co umyka samemu wszechświatowi, co nie podlega jego ograniczeniom. Tym czymś jest Bóg. Jak już widzieliśmy, wszystko, co stworzone, wszystko, co nie nosi w sobie dostatecznej racji siebie, podlega naturalnemu, czyli stworzonemu, porządkowi. I tylko Bóg, który jest w najwyższym stopniu samowystarczalny, znajduje się poza tym porządkiem.

Tej samej kwestii można dowodzić z innego punktu widzenia, wskazując, że kres czy też cel odpowiada początkowi czy też przyczynie sprawczej. Ponieważ Bóg jest przyczyną świata, jest też jego ostatecznym celem i jedynym możliwym kierownikiem czy też rządcą prowadzącym świat do tego ostatecznego celu. Mówiąc prościej, wszystko, co działa, działa dla jakiegoś celu. Całkiem pierwszy, czyli w pełni niezależny działający, od którego zależy wszystko inne, musi działać dla siebie.

Wielu ludzi pozwoliło sobie wmówić, że wszechświat nie ma rządcy, gdyż przeoczyli uderzającą różnicę między rządami nad światem i ludzkim rządem czy kierownictwem w jakiejkolwiek formie. Tak samo jak nie możemy wlać wiedzy do głowy innego człowieka, nie możemy też umieścić zasady działania w żadnej innej istocie. Możemy wyszkolić psa, by szczekał na intruzów, ale nie możemy wysuwać roszczenia, że wpoiliśmy psu szczekanie. Niezależnie od tego, jak łagodne może być nasze kierownictwo czy rządy, zawsze są one rodzajem gwałtu, przynajmniej w tym znaczeniu, że zawsze następują z zewnątrz. Nie mogą się nigdy równać z niewymuszonym, płynnym kierownictwem pochodzącym z samej natury. Kierownictwo czy też rządy Boga nie są jednak gwałtowne nawet w tym znaczeniu. Nie pochodzą z zewnątrz, ponieważ Jego przyczynowość — w przeciwieństwie do naszej — sięga do głębi bytu. Sama szczególna natura jest zaś taka z powodu Bożych planów i ich wykonania. To On umieszcza w psie szczekanie. To, że byty podążają za Jego kierownictwem z łatwością, naturalnie, wskutek samych zasad natury, nie dowodzi, że nie ma rządów nad naturą. Istnieje raczej ciągła defilada natur w rytm rządów Boga.

Poddani

Jeśli chodzi o poddanych, cóż, nie jest konieczna żadna inwentaryzacja. Znalezienie stworzenia niepodlegającego tym rządom jest równie niemożliwe, jak znalezienie stworzenia całkowicie samowystarczalnego. Bóg jest jedynym bytem samowystarczalnym; od Niego wszystko zależy i do Niego wszystko dąży jako do swojego celu. On sam jest rządcą wszechświata. Wszystkie znajdujące się w nim rzeczy potrzebują, by On je ku sobie kierował, co oznacza, że wszystko od Niego zależy pod względem swojej natury i istnienia. Dostrzeżemy tę zależność ponownie i pełniej w kilku miejscach. Teraz wystarczy wskazać, że oznaką powszechności rządów Boga jest powszechne obowiązywanie praw natury. Są one właściwym aktem Jego rządów, kierującym wszystkie stworzenia do wspólnego celu społeczności, jaką jest wszechświat.

Ich bezpośredniość

Nie oznacza to oczywiście, że jeśli człowiek spojrzy szybko w górę, słysząc walący się na niego obryw skalny, może dostrzec Boga, jak powoli się prostuje po popchnięciu góry ręką. Bóg nie musi osobiście, bezpośrednim ruchem poruszać wszystkiego, co porusza się na świecie, tak samo jak prezydent Stanów Zjednoczonych nie musi osobiście egzekwować każdego prawa federalnego. W rzeczywistości najwyższa doskonałość rządów Boga jest wyraźniej widoczna w Jego podzieleniu się przyczynowością ze swoimi stworzeniami. Metody dyktatora, mimo wszystkich pozorów siły, są przyznaniem się do słabości. Taki władca musi zniszczyć wolność, wytracić konkurentów i skoncentrować całą władzę w swoich rękach, bo w przeciwnym razie nie jest dość silny, by istnieć.

Ich powszechność

Nie ma też niebezpieczeństwa przy tych Bożych rządach, że jakaś przyczyna podrzędna przekroczy rozkazy i bez wiedzy władzy centralnej zaprowadzi rządy tyranii. Widzieliśmy już, zajmując się poznaniem i opatrznością Boga, że nie umyka Mu nawet najdrobniejszy szczegół. Faktycznie istnienie każdego szczegółu jest możliwe dlatego, że istnieje on w umyśle Bożym, gdyż wszystko we wszechświecie jest tylko odtworzeniem modelu, którym są Boże idee. Boża gazeta jest czymś nie do pomyślenia. Nie żeby gazety musiały być czymś złym; po prostu w świecie nie dzieje się nic, co stanowiłoby dla Boga nową wiadomość. W takich okolicznościach nawet boska cierpliwość nie byłaby w stanie znieść gazety. We wszechświecie nie dzieje się też nic, co mogłoby zniweczyć starannie opracowane plany Boga. Nie ma groźby obalenia Jego rządów w zamachu stanu, gdyż wszystko we wszechświecie jest od Niego w pełni zależne. Nie ma przyczyny mogącej zakłócić Jego działanie, ponieważ żadna przyczyna nie jest od Niego niezależna.

Ich skuteczność

Nawet wypadek buntu człowieka nie wymyka się porządkowi boskich rządów. Kiedy bowiem grzesznik usuwa się poza Boży porządek prowadzący do celu wszechświata, rzuca się w Boży porządek sprawiedliwości, który również jest elementem planu wszechświata. Sam bunt związany z grzechem nie może być pełny, gdyż fizyczny akt grzechu, skoro istnieje rzeczywiście, musi się wywodzić od pierwszej przyczyny wszelkiej rzeczywistości. Jest jedynie niedostatkiem smaku, brakiem uporządkowania, dziurą w ludzkim czynie, za którą odpowiedzialna jest wyłącznie ludzka wola.

Konsekwencje rządów nad światem Podtrzymywanie

Zagłębiając się w szczegóły, musimy położyć nacisk na dwa skutki tych Bożych rządów: podtrzymywanie rzeczy w istnieniu i rola odgrywana przez Boga w ruchu stworzeń. To, że ręka Boża jest konieczna do utrzymywania rzeczy w istnieniu, jest prawdą wiary aż nazbyt jasno widoczną na podstawie Pisma Świętego i wielokrotnie sformułowaną przez Kościół. Jej prawdziwość może oczywiście stwierdzić sama władza rozumu. Musimy tylko uchwycić znaczenie pojęcia podtrzymywania, by dostrzec jego konieczność. Odnośnie do najbardziej oczywistego znaczenia tego słowa, mianowicie kontynuacji istnienia, można bez trudu spostrzec, że byt jest niezależny od podtrzymywania przez inny byt o tyle, o ile jest niezależny od niego pod względem istnienia. Oznacza to, że wszystkie rzeczy we wszechświecie kontynuują istnienie dzięki Bogu.

Zrozumiejmy to dobrze. Nie chodzi tu o odparcie uderzenia czy wyrwanie dziecka spod kół samochodu. Istnieją na tym świecie rzeczy, które nie wymagają takiego podtrzymywania. Nie jest na przykład konieczne umieszczanie duszy w namiocie tlenowym ani ochrona anioła przed bombami. Chodzi o dostarczanie istnienia z chwili na chwilę, trochę podobnie jak z chwili na chwilę dostarcza się człowiekowi powietrza, by podtrzymywać jego życie. Jak widzieliśmy w jednym z wcześniejszych rozdziałów, istnienie jest jedną z tych doskonałości, które nie są integralną częścią natury, same w sobie nie mają ograniczeń i w konsekwencji są udziałem, pożyczką ze źródła posiadającego je w nieskończonej pełni.

Być może można by to ująć prościej, mówiąc, że podtrzymywanie jest kontynuacją aktu stworzenia, który po raz pierwszy dostarczył istnienia. Tylko ten byt jest niezależny od wszelkiego podtrzymywania, który jest niezależny od stworzenia, który posiada pełnię istnienia z samej swej natury — nie istnienie zwierzęce, nie istnienie ludzkie, nie istnienie anielskie, ale istnienie bez określenia. Innymi słowy, niezależny od podtrzymywania przez innych jest tylko byt całkowicie samowystarczalny — czyli sam Bóg. Wszystko inne, co jest, kontynuuje istnienie tylko dlatego, że dostarcza go bezpośrednio Bóg.

Pytanie, czy Bóg mógłby unicestwić jakieś stworzenie, jest jedynie pytaniem, czy mógłby On jakiemukolwiek stworzeniu odciąć źródło istnienia. Odpowiedź jest oczywista. Stworzenie każdej rzeczy stworzonej było ze strony Boga aktem wolnym; oczywiście kontynuowanie tego aktu stworzenia również jest Jego wolnym aktem. Unicestwienie nie wymagałoby od Boga żadnych specjalnych działań, lecz byłoby jedynie zaprzestaniem Jego stwórczego działania. Innymi słowy, gdyby Bóg stał się nagle czymś statycznym, co współcześni filozofowie są skłonni tolerować jako boskość, wszechświat zapadłby się w nicość.

Całkiem inne od pytania, czy Bóg może unicestwić jakieś stworzenie, jest pytanie, czy może unicestwić cały wszechświat. Na podstawie naszej wiary uznajemy, że Bóg nie unicestwi ludzkich dusz ani aniołów. Jeśli jednak odłożymy na bok lornetkę wiary i spojrzymy na to pytanie gołym okiem rozumu, będziemy mogli uzyskać rozumową ocenę prawdopodobnej długości istnienia wszechświata materialnego. Bóg w swych kontaktach ze wszechświatem nie ma w końcu wielkiego wyboru. Musi działać albo w sposób naturalny, albo nadprzyrodzony, to znaczy albo w ramach określonych przez siebie praw tego wszechświata, albo wychodząc poza nie. W ramach praw, czyli w sposób naturalny, Bóg z pewnością nie unicestwi substancji duchowych, takich jak dusze i aniołowie, z tego bardzo ważnego powodu, że nie da się ich zniszczyć w absolutnie żaden naturalny sposób. Nie ma naturalnej siły zdolnej do ich zniszczenia. Jeśli chodzi o rzeczy materialne, cóż, z czysto naturalnych powodów wydaje się raczej, że sama materia jest ciągle podmiotem wszelkich zmian. Jest raczej podmiotem niż przedmiotem rozkładu. W takim razie oznacza to niewiele więcej niż twierdzenie, że z przyczyn naturalnych rzeczy materialne pozostawałyby zawsze co najmniej możnościami.

W wypadku działania nadprzyrodzonego, czyli poza prawami natury, odpowiedź jest całkiem prosta. Bóg czyni cuda, by objawić swoją łaskę, a unicestwienie nie objawia łaski; faktycznie nie objawia niczego, bo samo z siebie jest tak absolutną negacją, że nie pozostaje po nim nawet echo, po którym można by je zlokalizować. Do Bożej mocy i dobroci bardziej przynależy zachowywanie, czyli podtrzymywanie, rzeczy niż unicestwianie ich za pomocą całkowicie bezcelowych cudów.

Skutek podtrzymywania jest dość łatwym materiałem do badań, być może dlatego, że tak bardzo nas przewyższa. Przynajmniej nie komplikują go działania stworzeń, gdyż istnienie jest skutkiem właściwym Bogu. Skutek rządów Boga, jakim jest poruszanie przez Niego stworzeń, jest znowu czymś innym, gdyż tutaj stworzenie wkracza głęboko we wszystko poza cudami Boga.

Poruszanie stworzeńMoc Boża i konsekwencje przyczyn stworzonych

Bóg może oczywiście wywołać każdy skutek, który może wywołać przyczyna stworzona, tak jak biskup może wywołać wszystkie skutki, na które pozwala władza przekazana przez niego księdzu. Przyczynowość każdej przyczyny stworzonej jest bowiem głęboko zakorzeniona w Bogu. Jest przekazaniem, uczestniczeniem, udziałem w boskiej mocy. Mówiąc szczegółowo, Bóg może bez żadnej przyczyny wtórej nadać materii formę, może poruszać ciała, ludzki intelekt i ludzką wolę. Należy tutaj dobrze pamiętać to, co powiedzieliśmy wyżej o rządach Boga, mianowicie że poruszanie natury przez Boga nie czyni wobec niej żadnego gwałtu, jaki sprawia poruszanie jej przez człowieka. W rezultacie Bóg nie może zmusić ludzkiej woli, gdyż jest to używanie wobec niej siły. Bóg porusza ją w wolności, zgodnie z jej naturą. Ujrzymy to lepiej dosłownie za chwilę.

Najpierw musimy dotknąć kwestii sposobu poruszania przez Boga, która zostanie podjęta wprost w pierwszych rozdziałach drugiego tomu tej książki. Jest to poruszanie tylko w znaczeniu przyciągania; nie jest efektem pchnięcia czy rozkazu, ale wynikiem uroku, nęcenia, ochoczego pośpiechu, który wzbudza doskonałość dobra. Przyciąganie wszystkich upragnionych rzeczy na tym świecie jest tylko opowieścią podróżnika o cudach Najwyższego Dobra, pomijającą milczeniem niewysłowione radości, które jako jedyne mogą zaspokoić odczuwany przez ludzką wolę głód powszechnego dobra.

Tyle na temat możliwości działania Boga we wszechświecie. Rzeczywisty fakt poruszania stworzeń przez Boga jest podstawą podanych wcześniej pierwszych dwóch dowodów na istnienie Boga. W najkrótszej postaci przyczyna faktu poruszania przez Boga jest następująca: czynne zasady świata stworzonego — czyli formy rzeczy — są zależne od pierwszej przyczyny nie tylko pod względem swych wewnętrznych, naturalnych przymiotów, rzeczywistego istnienia i podtrzymywania w istnieniu, lecz od Boga zależy także podjęcie przez nie działania, czyli przejście od zwykłej możliwości ruchu do ruchu rzeczywistego. W końcu rzeczywiste są nie tylko natura, istnienie i podtrzymywanie. Także poruszenie do działania i samo działanie są rzeczywiste, a więc muszą się wywodzić ze źródła wszelkiej rzeczywistości.

Boże działanie w każdym stworzonym sprawcy

Nie chodzi tu o uczynienie z Boga jedynej przyczyny, a z wszystkich stworzonych przyczyn — tylko figurantów, narzędzi Bożej przyczynowości. Kiedy włamywacz uderza swoją ofiarę w głowę, zupełnie słusznie obwiniamy o to włamywacza. Nieporozumienie w tej kwestii wynika zazwyczaj z tego, że wyobrażamy sobie Boga i przyczynę stworzoną jako dwa konie wciągające ciężki ładunek na strome wzgórze działań. Bóg i przyczyna stworzona nie pracują tuż obok siebie w tym samym porządku. Ten pierwszy jest przyczyną pierwszą, a ta druga —wtórą, co oznacza, że pierwsza przyczyna działa przez drugą. Będzie to może łatwiejsze do zrozumienia, jeśli sobie przypomnimy, że działanie Boga przypada raczej na przyczynę stworzoną niż na jej skutek. Właściwym skutkiem Boga jest poruszenie przyczyny wtórej do stania się przyczyną rzeczywistą, jej przemiana z potencjalnej w aktualną, a następnie kontynuowanie podtrzymującego działania przyczynowego tej stworzonej przyczyny.

Jego konieczność w ujęciu ogólnym

To Boże poruszanie przyczyn wtórych jest absolutnie powszechne. Oznacza to tylko tyle, że żadna rzeczywistość nie unika zależności od pierwszej rzeczywistości. W rzeczach, które nie mogą być poruszane w sposób konieczny przez żadną przyczynę stworzoną, takich jak ludzka wola, to Boże poruszanie musi odbywać się bezpośrednio. Coś z tego było już widoczne wyżej, kiedy wskazywaliśmy, że poruszenie Boże nie tylko nie niszczy wolności, lecz jest jej jedynym możliwym źródłem. Jeśli wola ma kiedykolwiek dokonać wyboru, to z pewnością musi być poruszana od potencjalnego do rzeczywistego chcenia: jeśli jest poruszana przez jakikolwiek zbiór okoliczności, nie jest w ich obliczu wolna; jeśli porusza się sama, to jest już zdeterminowana, to znaczy nie posiada koniecznego do istnienia wolności braku determinacji. Wola ludzka musi być poruszana, ale na sposób zgodny z jej wolnością. Tylko Bóg może poruszać wolę w wolności.

Konieczność w ujęciu szczegółowym — w odniesieniu do ludzkiej woli

Brzmi to bardzo niejasno i powinno tak brzmieć, bo jest to tajemnica — wielka tajemnica. Związana z nią pozorna sprzeczność nie jest jednak trudna do usunięcia. Rozwiązanie wymaga jedynie przypomnienia sobie, że nic rzeczywistego nie istnieje bez podtrzymującej ręki Boga. Wola jest rzeczywistością, która musi mieć dostateczną rację w pierwszej przyczynie. Akt woli też jest rzeczywisty i też musi zostać sprowadzony do tego samego źródła rzeczywistości, ale sam sposób działania woli — jej wolność — również mieści się zdecydowanie w porządku rzeczywistości, a w konsekwencji nie jest zwolniony z zależności od Boga. Tę samą nutę może zaśpiewać i ptak, i śpiewak operowy, ale wolność drugiego wymaga wyjaśnienia w nie mniejszym stopniu niż konieczność działania pierwszego. Jedynym zadowalającym wyjaśnieniem jest Bóg. W jaki sposób Bóg może poruszać wolę, zachowując jej wolność? Aby to zrozumieć, konieczne jest pojęcie, czym jest poruszanie przez Boga. Jeśli pamiętamy, że Boże poruszenie jest tym samym co Jego istota, jasne jest, że zrozumienie nieskończoności wykracza poza siły skończonego umysłu. Dokładnie tutaj, w nieskończoności Bożego poruszania, leży tajemnica ludzkiej wolności. I jest to także bardzo dobre miejsce na nią.

Moc Boża i cuda

Poza działaniem Boga w materialnym wszechświecie, które polega na ustanawianiu jego praw, ich podtrzymywaniu i wypełnianiu, istnieje jeszcze inny rodzaj działania boskiego Rządcy, który nazwaliśmy działaniem cudownym. To, że takie działanie, przekraczające ustalony porządek natury, istnieje, można dostrzec na podstawie licznych opowieści o cudach w Piśmie Świętym. Prawda ta została również uroczyście sformułowana przez Kościół, na przykład przez Sobór Watykański13: „Jeśli ktoś twierdzi, że cuda są w ogóle niemożliwe i stąd wszystkie o nich opowiadania, nawet zawarte w Piśmie Świętym, trzeba uznać za baśnie i mity, albo że cudów nigdy nie można poznać w sposób pewny, ani że na ich podstawie nie da się należycie uzasadnić Bożego pochodzenia chrześcijańskiej religii — niech będzie wyklęty”.

W rzeczy samej możliwość czynienia cudów powinna być bezdyskusyjna ze względu na samą naturę rządów nad światem. Bóg nie związał sobie rąk, ustanawiając porządek naturalny, a cud nie jest niczym więcej niż działaniem Boga poza naturalnym porządkiem, który został przez Niego w wolny sposób ustanowiony i jest Mu całkowicie podległy. Nie żeby Bóg mógł zaskoczyć samego siebie cudownym działaniem przekraczającym cały porządek natury. Nie powinniśmy sobie wyobrażać, jak wycofuje się zdumiony i trochę rozgoryczony, że nie pomyślał o czymś takim wcześniej. Wieczna wiedza Boga obejmuje wszystko, co się kiedykolwiek wydarzy, czy to w sposób naturalny, czy to cudowny.

Z punktu widzenia przyczyn stworzonych cud jest dziełem nadzwyczajnym, ale postrzegany obiektywnie jest jedynie objawieniem oczywistej prawy, że ustanowienie naturalnego porządku nie wyczerpało ani nie ograniczyło mocy Boga i że porządek ten jest zależny od Boga, a nie Bóg od porządku. Porządek naturalny i cuda nie stoją naprzeciw siebie, piorunując się wzajemnie wzrokiem jak nieprzejednani wrogowie. Cud nie jest pogwałceniem natury ani zniszczeniem jej praw; coś takiego jest niemożliwe, gdyż pociąga za sobą sprzeczność: Bóg działałby przeciwko samemu sobie. Cud pozostawia nietkniętą naturę rzeczy, nie rani praw natury; natomiast przez cud daje się poznać moc przekraczająca wszelkie ograniczenia natury.

Rozróżnienie wiecznego prawa, opatrzności i Bożych rządów

Aby to wszystko dobrze zrozumieć, warto pod koniec tego rozdziału mimochodem wspomnieć o wzajemnych powiązaniach prawa wiecznego, opatrzności i rządów nad światem. Kwestią prawa wiecznego będziemy musieli zająć się starannie w drugim tomie tej książki. Tutaj wystarczy zauważyć, że jest ono pierwszą zasadą, z której wynika opatrzność i rządy nad światem. Opatrzność jest planem Boga, obejmującym każdy szczegół we wszechświecie, a rządy nad światem są po prostu wykonywaniem tego boskiego planu. Prawo wieczne i opatrzność istnieją oczywiście od całej wieczności w umyśle Boga, natomiast miejscem rządów nad światem jest sam wszechświat. Zaczęły się one wraz z nim, bo ich właściwym zadaniem jest kierowanie wszechświata do jego ostatecznego celu — Boga.

Podsumowanie: niemożność zanegowania Bożych rządów we wszechświecie Ze współczesnych powodów

Z tego wszystkiego wynika oczywiście, że współczesne zanegowanie rządów nad światem to ni mniej, ni więcej, tylko zanegowanie wszelkiego kresu, celu czy sensu wszechświata; wielu współczesnych filozofów będzie jawnie upierać się przy takiej negacji. Mimo to zdaje się, że filozofia współczesna rozpaczliwie skupia swoje wysiłki na podstawach jedności w świecie. Ich spektrum rozciąga się od panteizmu przez filozofie organizmiczne aż po kompletny materializm. Godzą się wprawdzie, że wszechświat jest jednością, że ma jakieś spoiwo, ale przeczą istnieniu spoiwa, które go wiąże i które łączy każdą społeczność — wspólnego celu. Sprowadzenie świata do materii nie daje nam jedności, lecz dysproporcję. Nie stanowi też wspólnego źródła, które mogłoby wyjaśnić harmonijne współdziałanie we wszechświecie.

Na pewno żadna ze współczesnych teorii nie wyjaśnia zdeterminowanego sposobu działania panującego we wszechświecie. Stanowi on prawo, a prawo jest aktem rządzenia. Głoszenie jedności świata, wychwalanie odkryć dotyczących jego praw, upieranie się przy prymacie nauki i jednocześnie negowanie rządów jest niedorzeczne. Rządy bez wspólnego celu są sprzecznością samą w sobie. Jeśli kosmos jest anarchią pozbawioną możliwych do wykrycia praw, to wówczas można zakwestionować istnienie rządów — ale nie w innym wypadku.

Na podstawie ich konsekwencji

Gdyby zanegować istnienie rządów wskutek zanegowania wspólnego celu wszechświata, wówczas nie ma uzasadnienia dla nauki i filozofii ani nie ma powodu, dla którego rzeczy się dzieją, gdyż powód, przyczyna rzeczy, sam jest stwierdzeniem celu, porządku, rządów. Dlaczego mielibyśmy poszukiwać praw, jeśli nie ma ich uzasadnienia ani źródła? Czemu szukać przyczyn ostatecznych, jeśli nie ma powodu dla żadnej przyczyny? Cała rozgrywka intelektualna, którą ludzie podejmowali od wieków, jest próżną rozrywką dziecka. Na tej zasadzie próby rozumnego ludzkiego życia i ludzkiego działania są niedorzecznością przybierającą rozmiary dowcipu na kosmiczną skalę. Czy może istnieć zdeterminowany, uporządkowany sposób życia i działania, który nazywamy ludzkim, gdy życie to i działanie nie ma celu, nie ma kresu? Czemu robić raczej to niż tamto, po co żyć zgodnie z tym czy tamtym standardem, dlaczego rozróżniać człowieka i grudę ziemi, jeśli nie ma powodu tej różnicy, jeśli nie ma determinacji, ukierunkowania, rządów?

Zanegowanie rządów i celowości świata brzmi śmiało w sali wykładowej czy książce, którą będzie czytało niewiele osób. Jednak na przeniesienie go z tej akademickiej atmosfery do praktycznych szczegółów codziennego życia, by rozpoczęło w pełni swe niszczące działanie, nie odważa się nikt poza ludźmi, którym równie daleko do świata akademickiego, jak gangsterom i dyktatorom wojskowym. Tu czy tam naiwnie myślący student daje publicznie wyraz temu, czego go tak poważnie nauczono, lub faktycznie wprowadza to w życie w konkretnym działaniu — i zostaje zmiażdżony falą przerażenia i potępienia, powstającą nawet w tej instytucji, w której go tego szaleństwa nauczono. Szaleństwo to po prostu nie będzie działać, nie może działać w codziennym życiu. W rzeczywistości stanowi ono unicestwienie podstaw wszelkiego działania. Sprowadza życie do szalonego kręcenia się w kółko, którego jedynym zakończeniem może być wyczerpanie.

Prawda o Bożych rządach

Prawda o boskich rządach nad wszechświatem stanowi odpowiedź na wszystkie tęsknoty, które od chwili zaistnienia czasu rodzą się w głębinach ludzkiego serca: tęsknoty za jednością, działaniem, postępem, spełnieniem, nadzieją, pokojem, doskonałością, Bogiem. Prawda ta daje jedyną trwałą podstawę nauki, którą dzisiaj tak wysoko cenimy, podstawę filozofii i zwykłego ludzkiego życia. Jej zaprzeczenie jest pogwałceniem rozumu i człowieczeństwa, obalającym wszystko, co ludzkość ceni. Prawdy tej nie można nawet na chwilę oddzielić od szczegółów codziennego życia, nie wprowadzając natychmiast zamętu, anarchii, stagnacji i ostatecznie rozpaczy. Mówiąc krótko, jest ona — jak każda prawda — zgodna z faktami: faktami dotyczącymi świata i życia w nim.

Dopełnienie obrazu Boga

Prawda o Bożych rządach dopełnia wizerunek, zarysowany z lekka przez boskiego Architekta w doskonałościach wszechświata. Te niewyraźne obrazy, te wątłe odbicia Bożej doskonałości, uzyskują przejrzystość pozwalającą je rozpoznać, gdy dostrzegamy ich związek z oryginałem: kiedy widzimy, ku czemu wskazują, w jakim kierunku dążą. Na podstawie tej boskiej harmonii w społeczności, którą jest wszechświat, i jej stałego dążenia do ostatecznego celu widzimy Boga nie jako nudną, statyczną istotę, za którą ozięble opowiadają się współcześni filozofowie, ale jako żyjącą inteligencję, której intensywne działanie sięga ostatniej chwili czasu i największych głębi natury. Nie jest On zimnym, obojętnym, tyrańskim władcą świata, o którym zapomniał, lecz osobiście kieruje nawet najdrobniejszymi działaniami świata i ludzi. Nie jest nieskończenie odległym i nic nie znaczącym dla człowieka bogiem, który sprawia, że współczesny człowiek kuli się w sobie jeszcze mocniej, lecz bezpośrednio obecną pierwszą przyczyną i pierwszym poruszycielem, z którym nasze przeznaczenie wiąże nas w osobistej jedności na całą wieczność. On jest rządcą świata.

ROZDZIAŁ XVIII RZĄDY NAD ŚWIATEM DUCHOWYM (Kw. 106–109)

Porozumiewanie się jako podstawa życia społecznegoNa podstawie natury rządów

Działanie polityczne polega na wspólnej pracy dla wspólnego celu i pod jednolitym kierownictwem. Zwróćmy uwagę na słowo „wspólny”, ponieważ za każdym razem, gdy w obszarze polityki wspomina się o wspólności, jest to uroczyste ogłoszenie faktu porozumiewania się. Ludzie nie osiągają wiele w związku politycznym, jeśli są tak zawziętymi wrogami, że budują między swymi umysłami nieprzenikalny mur złośliwości. Rządzenie zakłada bowiem istnienie wspólnego dla wielu ludzi celu, gdyż polega na kierowaniu wielu do tego jednego celu. To, że poza celem indywidualnym musi istnieć inny cel, jest widoczne dzięki kontrastowi między anarchią i rządem. Anarchia stanowi szczyt zupełnego interesowania się wyłącznie własną korzyścią, pogoń za indywidualnym celem z pominięciem całej reszty. Logicznie biorąc, anarchia osiąga więc pełny rozwój w wypadku samotnego mieszkańca wymarłej wyspy — a przynajmniej wyspy wymarłej duchowo. Wspólny cel ludzi, którzy nie potrafią się ze sobą porozumiewać, jest nie do pomyślenia.

Spróbujmy sobie wyobrazić, że ludzie istnieją, nie mając ze sobą absolutnie nic wspólnego — ani rasy, ani gatunku, ani ideałów, ani myśli — a uzyskamy obraz tak beznadziejnie smutnej samotności lub tak olbrzymiego okrucieństwa, że wszelkie znane nam niedole i wojny ludzi nabiorą przy nim radosnego wyglądu. Gdybyśmy przyjęli nieprawdopodobną hipotezę, że u takich ludzi istniałyby jakieś rządy, to byłyby one czymś jałowym, pogrążonym w zastoju i martwym. Właściwy akt rządzenia, czyli środek, za pomocą którego osiąga się ten wspólny cel , mianowicie prawo, jest bowiem porozumiewaniem się rządzącego z rządzonymi, przekazywanym z okrętu flagowego sygnałem dla floty. Takie rządy mogłyby ładnie wyglądać pod szkłem lub wstawione w sygnet, z pewnością jednak nie mogłyby służyć niczemu poza dekoracją.

Zbadanie kwestii porozumiewania się ma zatem zasadnicze znaczenie, gdyż pozostała część tej książki będzie dotyczyła zagadnienia rządów. W poprzednim rozdziale przyjrzeliśmy się ogólnie rządom nad światem materialnym, a także tym, jak Bóg może i musi wpływać na poruszanie się stworzeń do ich celu. W tym i kolejnych rozdziałach zbadamy Jego rolę w rządach nad światem stworzeń — aniołów, ludzi i stworzeń nierozumnych.

Na podstawie różnicy w rządach

Zanim zagłębimy się w zagadnienie porozumiewania się aniołów, dobrze byłoby uporać się z nieuniknionym zarzutem przeciwko koniecznej roli porozumiewania się w rządzeniu. Ktoś zwróci na pewno uwagę — zawsze się na to wskazuje — że związki chemiczne i drzewa nie porozumiewają się ze sobą ani z innymi członkami swojego gatunku, a mimo to działają zgodnie z niezmiennymi prawami, dając w ten sposób niepodważalny dowód istnienia rządów. Zarzut jest interesujący pod tym względem, że kładzie nacisk na dwie różne kategorie stworzeń podlegające kierowaniu przez Boże prawo rządzące wszechświatem.

Jedna kategoria — to znaczy świat nieożywiony, roślinny i zwierzęcy — podlega rządom i w żadnym znaczeniu nie rządzi się sama. Rośliny i stworzenia nieożywione są zupełnie pozbawione możliwości porozumiewania się, a mimo to występuje u nich doskonała jedność działania, celu i kierownictwa. Trzeba tu zauważyć, że kierownictwo to jest całkiem jednostronne. Świat roślinny i nieożywiony przypomina świat niewolników, których niewolnictwo jest tak skrajne, że ich cel, kierownictwo, a nawet ich odpowiedź na to ostatnie pochodzi od tego, kto nimi rządzi. Stworzenia te są biernymi uczestnikami Bożej opatrzności. W świecie zwierząt istnieje pewien rodzaj porozumiewania się; w każdym razie wydaje się, że kundel nie waha się, jak poprawnie odczytać pewne siebie, niskie warczenie buldoga, a kotka i jej kocięta skutecznie przekazują sobie wzajemnie potrzeby i pragnienia. Tutaj decydujące znaczenie ma fakt, że wśród zwierząt nie ma takiego sposobu porozumiewania się jak między poddanym i rządzącym; to znaczy nie rozpoznają poleceń natury jako poleceń, nie są świadome praw jako praw, lecz znają jedynie konieczną odpowiedź na zewnętrzną zasadę, która zawarła swoje instrukcje w podstawowych zasadach natury zwierzęcej. Jest to jedynie inna postać biernego uczestniczenia w opatrzności.

Druga kategoria stworzeń jest rządzona w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Nie tylko podlegają one rządzom, lecz biorą w nich także czynny udział i — w bardzo rzeczywistym znaczeniu — rządzą się same. Uczestniczą w Bożej opatrzności biernie, przez posłuszeństwo prawom fizycznym, oraz czynnie, działając jako zasada kierowania wobec siebie samych i innych. Są to stworzenia należące do świata rozumnego i intelektualnego: ludzie i aniołowie.

Stworzenia te mogą robić to, co im się mówi, ale wiedzą, że do nich się mówi oraz co zostało im powiedziane. Jeśli powód jakiegoś rozkazu będzie niejasny, może to z pewnością wywołać pewną dyskusję, ostrą krytykę czy nawet otwarty bunt. Te stworzenia porozumiewają się nie tylko między sobą, lecz także z rządcą i jego rządami: znają wspólny cel i różne środki, które do niego prowadzą, oraz świadomie zdają sobie sprawę z praw kierujących do tego celu. Wszystko to zostało wyraźnie wypowiedziane w czymś, co się stało symbolem Ameryki: zgromadzenie generalne, z jego domorosłymi i przaśnymi politykami, jasno ukazuje wyraźną różnicę między rolą ludzi i reszty świata materialnego w Bożych rządach. Kiedy takie zebrania staną się powszechne wśród pcheł czy ptaków, będziemy mogli zacząć się niepokoić o realność tego rozróżnienia. Do tego czasu ludzie będą świadczyć o tej prawdzie, choćby nawet gromadzili się, by ją negować.

Dzięki intelektualnej naturze aniołowie i ludzie są wolni. Możemy wybierać środki prowadzące do wspólnego celu. Wolność ta wprowadza niewątpliwie indywidualność myśli i działania; w ten sposób zapoczątkowuje nieskończoną różnorodność życia społecznego i jednocześnie powoduje, że droga porozumiewania się zwana mową staje się koniecznym warunkiem istnienia wszelkiego życia społecznego. Mowa jest bowiem środkiem, dzięki któremu uderzająco różne indywidualności łączą się w jedną społeczną całość, składnie działającą dzięki rządom dla swego wspólnego celu. Najwcześniejsze świadectwo grupowego działania pojawia się wraz z pierwszym świadectwem porozumiewania się zwierząt. Zwierzęta tworzą jednak raczej całość materialną niż moralną, popycha je cudza wola, a nie jednoczą się w celu samodzielnego kierowania się ku świadomie rozpoznanemu wspólnemu celowi. Jednak nawet takie grupowe działanie, jakim dysponują zwierzęta, nie mogłoby istnieć bez przynajmniej minimalnego poziomu porozumiewania się.

Porozumiewanie się aniołów

Musimy zatem dowieść, że aniołowie porozumiewają się ze sobą, zanim będzie w ogóle można mówić o istnieniu u nich rządów: a ponieważ należą oni do stworzeń intelektualnych i powinni brać czynny udział w rządzeniu sobą, ich porozumiewanie musi się odbywać nie tylko na poziomie kontaktów między podwładnymi, lecz także na poziomie relacji podwładnych z rządcą i rządem. Dowiedzenie, że u aniołów istnieje porozumiewanie się, jest niezmiernie proste. Natura anielska nie należy do typów, które siedzą ponuro w kącie, nie mając nic do powiedzenia i czując się całkiem samotnie w wielkim świecie. Aniołowie są o krok wyżej od ludzi pod względem odzwierciedlania doskonałości Bożych. W porównaniu do ich zdolności intelektualnych nasze umysły są kuśtykającymi o kulach kalekami. Są oni naturami intelektualnymi, a to oznacza, że muszą mieć znajomość celu, dla którego zostali stworzeni i dla którego działają, a także prowadzących do niego środków. Innymi słowy, ze względu na sam fakt posiadania intelektu muszą znać cel rządów i prawa, za pomocą których jest on osiągany: gdyby im tego odmówiono, zmieniłoby ich to z aniołów w istoty znacznie niższe od ludzi.

Jak widzieliśmy, na tej samej podstawie intelektualności aniołów należy uznać, że posiadają oni wolność — wybór środków prowadzących ich do celu, gdyż dążenie idzie w ślad za poznaniem, a dążenie intelektualne może zaspokoić tylko dobro powszechne, czyli najwyższe. Mimo że nie ma wśród nich nikczemnych temperamentów, są osobowościami niezwykle się od siebie różniącymi, które koniecznie potrzebują porozumiewania się jako środka jednoczenia wielu w społeczną i polityczną całość. Anarchia, pamiętajmy, nie może wystąpić u zwierząt, bo jej warunkiem jest posiadanie poznania i wolności. Cechy te są również źródłem czynnego udziału w rządach, ale tylko jako warunek porozumiewania się.

W tym, co dotyczy natury intelektualnej, pewną pociechą jest to, że każda jednostka ma przez cały czas coś do przekazania. Grobowe milczenie pacjentów w poczekalni u lekarza jest czymś upiornym, tymczasem swobodna paplanina kobiet w tramwaju wytwarza krzepiącą, ludzką atmosferę. Jest prawdą, że nie mamy nic do powiedzenia tylko wtedy, gdy nasze umysły, serca i wyobraźnia są całkowicie bezczynne; nigdy nie jest tak, byśmy musieli rozpaczliwie poszukiwać oryginalnej myśli, bo każda myśl, która pochodzi od nas, jest oryginalna. Osobisty czynnik zabarwiający każdą myśl i każde uczucie jest tak zdecydowanie oryginalny, że nikt nigdy wcześniej go nie widział ani nigdy go znowu nie ujrzy; nikt nie może do niego dotrzeć, dopóki nie wydobędziemy go na zewnątrz i nie podarujemy go światu. Wszystkie te rzeczy nie stanowią bowiem tylko odpowiedzi na bodźce zewnętrzne, lecz są całkowicie nieobliczalnym i w pełni ukrytym wynikiem ściśle osobistego działania.

W odróżnieniu od innych stworzeń członkowie świata rozumnego i intelektualnego mogą osiągnąć swoją pełną doskonałość wyłącznie za pośrednictwem innych, to znaczy dzięki życiu społecznemu. Społeczeństwo, czy to u ludzi, czy to u aniołów, nie jest luksusem cywilizacyjnym, lecz naturalną koniecznością. Reszta stworzeń ma rozbudowane wyposażenie do życia i potrzebuje go bardzo, bo życie to jest samotne i pionierskie. Człowiek ma tylko swój rozum, ręce i innych ludzi, a aniołowie — jedynie intelekt, wolę i innych aniołów. Pozbawienie tych istot możliwości porozumiewania się byłoby znacznie poważniejsze niż wyrwanie lwu zębów czy włożenie kotu skórzanych bucików.

Porozumiewania się aniołów potrzebuje nie tylko natura anielska, lecz także cały projekt wszechświata. W miarę jak zbliżamy się do doskonałości Boga, obraz Bożych doskonałości staje się doskonalszy. Wspinamy się po stopniach doskonałości od zwykłego istnienia przez życie, poznanie zmysłowe, poznanie rozumowe, czyli ludzkie, po wyżyny życia intelektualnego aniołów. Każdy z tych stopni doskonałości ma własne, wypływające z własnej natury działanie, w pełni z nią harmonijne. Tak więc najwyższe i konieczne Boże działanie stanowi substancjalne porozumiewanie się, którym jest Trójca Święta. Jego najwierniejszym obrazem jest przekazywanie myśli i będące jego konsekwencją pobudzanie do miłości; następnie, w miarę jak schodzimy w dół drabiny doskonałości, występuje przekazywanie życia za pomocą rozmnażania się u zwierząt i roślin, a na końcu można wykryć już tylko ledwie widoczny ślad Trójcy Świętej w istnieniu świata nieożywionego.

Jedynie człowiek świadomy swojej słabości ośmiela się nie dzielić swoją siłą; tylko chorowity musi oszczędzać zdrowie, a ignorant — skąpić swej wiedzy; jedynie głupiec nie może zaofiarować żadnej mądrości. Powszechne prawo dotyczące doskonałości nakazuje jej bowiem, by starała się rozpowszechnić, udzielać się innym. Skąpiec posiadający wielkie bogactwa jest godny pogardy nawet we własnych oczach, gdyż w pewnym znaczeniu jest tak tępy, że nie zauważył jeszcze swego bogactwa. Jego serce wciąż jest sercem dziecka ulicy, zmuszonego walczyć zębami i pazurami o każdy grosz. Porozumiewanie się aniołów jest oczywistą prawdą, do której wykazania niepotrzebny jest żaden inny argument poza naturą anielską. Taka doskonałość musi być rozpowszechniana, rozdzielana, i musi się to odbywać w jedyny sposób dostępny naturze intelektualnej, to znaczy intelektualnie — przez ukazywanie innemu umysłowi pojęcia prawdy.

Jego podwójna natura: oświecanie i mowa

Ogólnie rzecz biorąc, intelektualne porozumiewanie się aniołów odpowiada porozumiewaniu się ludzi. Można je opisać jako ujawnianie pojęć anielskich innemu aniołowi. Wśród nas porozumiewanie się przyjmuje podwójną postać nauczania i po prostu mówienia, ukazywania pojęcia jako zależnego od pierwszej i najwyższej prawdy lub od indywidualnej woli mówiącego. Możemy demonstrować wolność człowieka lub wspominać o naszym zamiłowaniu do opery, ulubionej restauracji i naszej skłonności do towarzystwa pewnych ludzi. U aniołów to rozróżnienie jest znacznie ostrzejsze niż u nas. Teologowie nadali tym sposobom porozumiewania się imponujące nazwy iluminacji (lub oświecania) i mowy.

Oświecanie jest po prostu czymś, co nazywamy nauczaniem, oczywiście jeśli przez nauczanie rozumiemy ukazywanie prawdy, a nie przedstawianie szalonych teorii człowieka, który uparcie usiłuje się wyróżnić, czy rozhisteryzowanego majaczenia nieprzygotowanego wykładowcy. Pojęcie ujawniane w oświeceniu czy iluminacji nie zależy od naszej woli, lecz od pierwszej prawdy, to znaczy odpowiada rzeczom takim, jakie są. Oczywiście nie uczymy ludzi wówczas, gdy zanudzamy ich swoimi marzeniami, robimy na nich wrażenie dobrymi intencjami czy pochlebiamy im swoimi życzeniami. U aniołów uczenie odbywa się zupełnie inną metodą niż u ludzi. Aniołowie nie uczą się nawzajem, rozwijając długi ciąg rozumowania, by zarzucić kotwicę prawdy w umyśle drugiego. Rozumowanie jest ludzką koniecznością w ludzkiej słabości, kulą, na której wspierają się nasze umysły, kuśtykając ku prawdzie. Uczenie anielskie nie jest przyprawione sporą szczyptą obrazów, przykładów czy przeciwieństw; są to wytwory wyobraźni, a aniołowie zupełnie jej nie mają. Dla nich zadanie nauczania jest całkowicie proste. Doprowadzają oni innego anioła do poznania prawdy, umacniając słabszy intelekt, a następnie ukazując pojęcie, które chcą przekazać — biorąc niższego anioła za rękę, a następnie zapalając światło.

To prawda, że umacnianie innego intelektu jest nieco tajemniczym działaniem. Nie może się ono odbywać przez żadne bezpośrednie działanie na intelekt anielskiego ucznia, dokręcenie mu śrub, dostawienie kilku podpórek czy wlanie przedestylowanej mocy. Tylko Bóg może działać bezpośrednio na intelekt i wolę. Jest to raczej pośrednie wydobywanie z ucznia czegoś lepszego niż to, co dotąd było w nim najlepsze; mobilizowanie go do działań, których nie mógłby dokonać sam. Święty Tomasz daje nieocenioną wskazówkę, gdy do opisania sposobu działania wyższego anioła na intelekt niższego używa słowa „umocnienie”. Dzięki temu umacnianiu niższy anioł rozumie znacznie lepiej, podobnie jak mały chłopiec śpi w burzową noc znacznie lepiej w łóżku mamy, chociaż samo spanie jest jego własnym zajęciem, a malutkie dziecko chodzi sprawnie, mając zapewnioną pomoc, ale natychmiast upada, gdy zostaje jej pozbawione. Tak samo młodzi mężczyźni są odważniejsi i bardziej szkodliwi w dodającej otuchy obecności gangu.

Prawdziwe znaczenie tego starannie dobranego przez Tomasza słowa jest nawet dobitniejsze. To, co niższe, zawsze działa lepiej w połączeniu z wyższym i dlatego życie wegetatywne u zwierząt ma wyższy poziom niż u roślin, a życie zmysłowe u człowieka — wyższy poziom niż u zwierząt. Mimo że porównanie nie jest dokładne, ponieważ rodzajowo jesteśmy równi, to samo można w niewielkim stopniu dostrzec w działaniach ludzi: człowiek lepiej gra w golfa, gdy jego przeciwnicy są od niego lepsi w tej grze, i lepiej myśli, gdy mocuje się z partnerem intelektualnym, który przewyższa go o klasę. Z drugiej strony kilka lat spędzonych w rynsztoku nie ułatwi edukacji kulturalnej kobiety. Obserwuje się też wyraźne obniżenie poziomu intelektualnego myślicieli Kościoła, gdy brakuje prawdziwego sprzeciwu. Nienaprężane mięśnie wiotczeją. Sam fakt współdziałania z wyższym intelektem wzmacnia i usprawnia umysł niższego anioła.

Drugi etap tego nauczania, czyli ukazywanie pojęcia, dokonuje się przez jego proste rozbieranie. Widzieliśmy, że wyższy anioł poznaje za pośrednictwem mniejszej liczby bardziej powszechnych pojęć; przekazanie ich bez żadnej zmiany niższemu aniołowi byłoby jak danie dziecku ubrań jego ojca. Mogą to być znacznie lepsze ubrania, ale są o wiele za duże dla dziecka. Tak samo wyższe pojęcia same w sobie są znacznie lepsze, ale przekraczają możliwości niższego intelektu i przynoszą jedynie mgliste i bezładne poznanie. Muszą zostać przycięte i ukształtowane, by pasowały do intelektu anielskiego ucznia. Potrzebują uszczegółowienia, okrojenia ich powszechności.

Żadnego z anielskich doktorów nie można naprawdę nazwać specjalistą. Tematyka ich nauczania obejmuje wszechświat rzeczy stworzonych. Nie dotyczy istoty Boga ani widzenia uszczęśliwiającego tej istoty. W końcu każdy anioł widzi boską istotę w całej jej pełni; poza tym nie można jej ukazać w nauczaniu, gdyż nie mogą jej objąć granice żadnego pojęcia bez względu na to, jak bardzo byłoby ono powszechne. To anielskie nauczanie koncentruje się na dziełach Bożych znajdujących się w Bogu jako swojej przyczynie, to znaczy w planach boskiego Architekta — Bożych ideach — i ich wykonywaniu. Oczywiście wyżsi aniołowie posiadają te plany w sposób najbardziej zbliżony do posiadania ich przez Boga, jako że są doskonalszymi obrazami Boga i znajdują się bliżej źródła tych idei.

Najlepszym bodaj przykładem tego ukazywania prawdy u aniołów może być promień światła, który mknie ze swego źródła, rozpada się tu i ówdzie na różne kolory, ale nigdy się nie zatrzymuje, dopóki nie osiągnie granic stworzenia. Tak samo objawienie wyższego anioła rozprzestrzenia się nie na jednego anioła, lecz na wszystkich niższych od niego, dostosowując się do umysłu każdego z nich, lecz nigdy się nie zatrzymując, dopóki nie oświeci najniższego anioła. Promień anielskiego światła nie może przeniknąć woli żadnego innego anioła — ta jest nienaruszalna. Nawet aniołowie mogą tylko nakłaniać wolę drugiego do działania. Mogą ją kusić czymś rozkosznym, lecz nigdy nie mogą wywierać tego niezawodnego czaru, który jest właściwy jedynie Najwyższemu Dobru.

Jednakże ten anielski promień światła rozpościera się na intelekty wszystkich niższych aniołów, oświecając je, oczyszczając z wszelkiej niewiedzy i doskonaląc, podobnie jak promienie słońca usuwają ciemność, dając światło i ukazując wzrokowi przedmiot widzenia. Oczywiście promień ten zawsze biegnie z góry na dół, od wyższego anioła do niższego, bo uczyć mogą tylko ci, którzy wiedzą — przynajmniej u aniołów. Nie ma tu mowy o tym, by ktoś był większym ekspertem w jednej kwestii i mniejszym w innej, by mógł być nauczycielem jednej, a musiał uczyć się drugiej. W świecie anielskim wyżsi aniołowie zawsze są bliżej Boga, przodują w poznaniu i świętości i dlatego wiedzą więcej o wszystkich rzeczach niż ci, którzy są od nich niżsi.

W pouczającej iluminacji aniołów nie ma nawet śladu skąpstwa. Wyższy mówi wszystko, co wie, dzieląc się w pełni swoją przewagą z wszystkimi innymi aniołami i odpowiadając w ten sposób na cechujące dobro pragnienie rozprzestrzeniania się. Jest to ciągłe duchowe rodzenie, intelektualne płodzenie, które jest absolutnie bezgraniczne. Wyższy anioł nie staje się z tego powodu ani odrobinę gorszy. Nadal jest wyższy, bo jego większe poznanie jest właśnie jemu właściwe, te intelektualne ubrania pasują tylko do niego. Wszyscy inni w nim uczestniczą, ale niedoskonale, każdy proporcjonalnie do swoich możliwości intelektualnych. Anielskie nauczanie ciągnie się eon za eonem; skoro nie ma nocy, która mogłaby je przerwać, anielskie słońca wysyłają swoje promienie w ciągu wiecznego dnia, bo zawsze będą nowe rzeczy do ukazania, dotyczące świata rzeczy stworzonych — objawienia, które najszybciej i najlepiej otrzymują wyżsi aniołowie. Nawet gdy świat przeminie i zostanie ogłoszony sąd, będzie istniała stała konieczność iluminacji; niższe umysły zawsze będą potrzebowały od wyższych aniołów umacniania i objawiania, gdyż anielskie nauczanie jest tylko czymś udzielanym, pożyczanym, tak jak powietrze pożycza dźwięk od gardła śpiewaka i nie może go zachować bez ciągłego wspierania przez śpiewające gardło.

Mowa aniołów

Nie wszystkie anielskie rozmowy są uroczystym pouczeniem. U aniołów istnieje również ta bardzo osobista mowa, która przewija się wesoło przez dni ludzkiego życia w barwnych strojach paplania, ploteczek, nadziei, marzeń, życzeń i przeżyć. Każdy bowiem anioł posiada ten bezcenny skarb w pełni oryginalnego i tajemniczo indywidualnego poznania, które jest niezbywalną własnością osobowości.

Jej natura

Święty Tomasz nazywa ten typ anielskich rozmów „mową”. Ani iluminacja, ani mowa nie pociąga za sobą żadnego ryzyka ani trudu związanego z wytwarzaniem dźwięku, wymową i artykulacją, nie mówiąc już o seplenieniu i jąkaniu się, które wywołują takie dziwaczne skutki w wypadku ludzkich rozmów. Oba typy anielskiego porozumiewania się dokonują się bez wysiłku i z najwyższą precyzją przez sam prosty akt mówienia. U aniołów samo skierowanie pojęcia do innego anioła zapewnia jego zrozumienie.

Uzyskujemy pojęcie trzema różnymi metodami: nawykowo, tak jak pamiętamy tabliczkę mnożenia, nie korzystając z niej częściej, niż to konieczne; rzeczywiście, gdy rozważamy je tu i teraz i w pewnym znaczeniu mówimy sami do siebie; celowo, jako skierowane do kogoś innego, tak jak wówczas, gdy wprowadzamy ideę w życie, budując dom, ukazując prawdę lub odsłaniając tajniki naszej osobowości. W żadnym razie nie wystarczy nakazać pojęciu, by zjawiło się w umyśle innej osoby. Knebel zatrzyma nasze myśli szczelnie zamknięte w nas samych, głuchota jest przeszkodą, która każe nam krążyć wokół cudzego umysłu, a nawet same słowa spiskują przeciwko nam, odmawiając dźwigania ciężkiego brzemienia głębokiej koncentracji lub niezgrabnie niszcząc delikatne odcienie myśli, zbyt kruchej i doskonałej, by mogła znieść przekazywanie. Nasze pojęcia mogą zostać ukryte przed innymi, bo odmówimy ich ukazania lub tylko dlatego, że ociężałość naszych ciał sprawia, iż nie da się opisać piękna, które tak urzeka nasze umysły. Jesteśmy zmuszeni do używania zewnętrznych słów i znaków i często sama ta zewnętrzność stanowi konkretną przeszkodę. Tego właśnie utrudnienia nie mają aniołowie.

Jej sposób

Skąd słuchający anioł wie, że się do niego mówi? Odpowiedź na to pytanie wydaje się nam zdecydowanie tajemnicza, chociaż od czasu do czasu otrzymujemy wskazówkę — gdy czujemy na sobie czyjś wzrok, chwytamy myśl przed jej ukończeniem czy słowo, zanim zostanie wypowiedziane. Święty Tomasz mówi całkiem prosto, że podobnie jak nasze zmysły są poruszane przez rzeczy zmysłowe, tak samo intelekt anioła jest poruszany przez rzeczy intelektualne; tak jak znaki zmysłowe pobudzają zmysły zewnętrzne, podobnie za pomocą pojęć można pobudzić do uważania umysł anioła.

Kiedy zastanawiamy się nad tym, że jeden anioł może mówić do drugiego z drugiego końca nieba, może się nam wydawać, że niebo jest prawdziwym rajem dla podsłuchiwacza. To prawda, że odległość nie odgrywa żadnej roli w anielskiej rozmowie, gdyż działania intelektualne aniołów są oderwane od czasu i przestrzeni, zamykających w sobie materię — utrudnień, które są ściśle połączone z naszą rozmową za pośrednictwem związanych z nią wyobrażeń i zewnętrznych słów. A jednak faktycznie niebo byłoby dla podsłuchiwacza piekłem, bo choćby aniołów dzieliło od siebie całe niebo, jeden może mówić do drugiego w pełnej dyskrecji, ponieważ jedynym środkiem pobudzającym uwagę jest wola mówiącego. Faktycznie nikt się nie musi dowiedzieć, że ci dwaj w ogóle ze sobą rozmawiali. Nie ma żadnego sposobu podłączenia się do rozmowy, gdyż nie przechodzi ona przez żadną centralę.

Zakres i temat

W przypadku iluminacji mówią tylko wyżsi aniołowie, ale w bardzo osobistej rozmowie aniołów w żadnym razie strona mówiąca nie jest tylko jedna. Niżsi aniołowie mogą mówić do wyższych, a nawet do samego Boga, i mają im coś do powiedzenia. Pamiętajmy, że mowa ta zależy od woli mówiącego oraz jego osobowości, która jest właściwa wyłącznie jemu. Co mówi Bogu któryś z niższych aniołów? No cóż, ta nieprzerwana konwersacja z Bogiem jest pogawędką zakochanych, ciągłym wyrażaniem podziwu, uwielbienia i bojaźni wobec Jego majestatu; a od czasu do czasu odbywa się okazjonalna narada na temat tego, co należy zrobić w zakresie porządkowania wszechświata.

Rządy anielskie w porządku powszechnymPojęcie hierarchii

Doskonałość anielskiego sposobu porozumiewania się, w tym konieczne pominięcie możliwości nieporozumień i uprzedzeń uczuciowych, które tak utrudniają życie społeczne ludzi, mówi coś o doskonałości chórów anielskich. Zostały one nazwane hierarchiami. Święty Tomasz zdefiniował to określenie jako „święte władztwo”, wyciągając z niego pełne konsekwencje w postaci władcy i jego poddanych — społeczności, czyli grupy kierowanej przez władcę do jej celu. Bóg, najwyższy władca, jako pierwsza przyczyna, pan i rządca, jest władcą wszystkich aniołów oraz wszystkich ludzi, a nawet wszystkich stworzeń. Wszechświat zaś jest władztwem, którego władcą jest Bóg, poddanymi — wszystkie stworzenia, a wspólnym celem — Bóg.

Hierarchia ludzka

Jednakże hierarchia jest świętym władztwem, co oznacza, że określenie to jest zastrzeżone dla społeczności zdolnej uczestniczyć w świętości Boga, zdolnej do cnoty i zwycięstwa lub grzechu i klęski, czyli społeczności cechującej się wolnością i moralnością. Nie wszystkie spośród tych wolnych i moralnych stworzeń, których wspólnym władcą jest Bóg, należą do tego samego stanu w obrębie wielkiego Bożego imperium. Sposób rządzenia każdą grupą idzie za naturą i działaniami rządzonych przez Niego poddanych, ponieważ Bóg jest bardzo mądrym władcą. Hierarchia ludzka otrzymuje rząd od Boga w postaci obrazów zmysłowych i jest oddzielną władzą; hierarchia anielska otrzymuje Boże kierownictwo w jego intelektualnej czystości, bez pośrednictwa rzeczy zmysłowych.

Hierarchia anielska

Skoro sprawowanie rządów oraz życie polityczne i społeczne są zgodne z naturami i działaniami poddanych, zwłaszcza gdy rządca jest mądry, wynika z tego natychmiast, że życie społeczne i polityczne aniołów jest całkowicie różne od naszego. Nie będzie pociągało za sobą istnienia bractw trzeźwości czy towarzystw krzewienia dobrych obyczajów, nie będzie w nim klubów sportowych ani kółek krawieckich, a mecze, rozgrywki i sporty będą całkiem wykluczone. Wszystkie te działania zakładają istnienie ciał, a aniołowie ich nie mają. Posiadają oni tylko dwa działania o czysto intelektualnej naturze, należące do typu działań przynależnych Bogu — działania intelektu i woli. Wszelkie różnice w obrębie stanu anielskiego muszą się na nich opierać.

Każdy anioł jest odrębnym rodzajem, ponieważ mnożenie jednostek w obrębie rodzaju, który nie obejmuje indywidualizującej zasady materii, jest niemożliwe. Mimo to w obrębie stanu anielskiego napotykamy trzy główne modele działalności intelektualnej, trzy stopnie powszechnego pojmowania, które tworzą trzy „miasta” anielskie, czyli trzy hierarchie aniołów. Pierwsi z nich znają takie pojęcia rzeczy, jakie istnieją w absolutnie powszechnej przyczynie: samym Bogu. Stoją oni w przedsionku Boga. Drudzy, o poznaniu mniej doskonałym, mniej powszechnym, znają takie pojęcia rzeczy stworzonych, jakie istnieją w najbardziej powszechnych przyczynach stworzonych. Trzeci znają pojęcia rzeczy jako zależne od ich własnych przyczyn stworzonych.

Podobnie jak w żadnym mieście wszyscy ludzie nie mogą być funkcjonariuszami policji drogowej czy stenografami, również wśród aniołów musi istnieć rozróżnienie urzędów i obowiązków, jeśli ma nie dojść do powszechnego zamętu. Tak więc w każdym z trzech anielskich miast wyróżnia się trzy różne porządki. Pierwsze anielskie miasto koncentruje działania na samym Bogu: kontempluje istoty rzeczy w Bogu. Mieszkają w nim Serafini — najwyżsi ze wszystkich aniołów, cechujący się najściślejszym zjednoczeniem z Bogiem i najgorętszą miłością do Niego. Od tej płomiennej miłości pochodzi ich nazwa. Kolejni są Cherubini, obdarzeni pełnią mądrości (co oznacza ich nazwa) i cieszący się najgłębszym poznaniem Bożych tajemnic — mądrości Bożej opatrzności. Widzą oni wyraźnie pierwszą sprawczą moc boskiego modelu. Ostatnie miejsce w tym porządku zajmują Trony, posiadające doskonałą znajomość kresu wszystkich rzeczy, a więc rozporządzenia Bożych wyroków. Trony mają pewną cechę wspólną dla całego tego porządku, Cherubini również ją mają, ale mają także swoją specjalną cechę, a Serafini mają cechy zarówno Tronów, jak i Cherubinów, a także własną cechę, jeszcze wyższą. W rzeczy samej wzajemne powiązania w obrębie każdej hierarchii obowiązują powszechnie: najniższy porządek ma wspólną cechę, którą posiada też i przewyższa porządek bezpośrednio wyższy. Porządki tej pierwszej hierarchii można porównać do ludzi, spośród których wszyscy są przyjaciółmi króla. Jednakże jeden ma prawo przebywać poufale w jego obecności, drugi zna jego tajemnice, a trzeci jest z nim złączony nieustannym towarzyszeniem.

Właściwym przedmiotem drugiego anielskiego miasta, zajmującego się powszechnymi przyczynami stworzonymi, jest ogólny porządek środków w kontekście ostatecznego celu. Dlatego również wymaga ono wyróżnienia trzech porządków anielskich. Pierwszy tworzą Panowania, do których należy rozróżnianie rzeczy podlegających rządom. Następne są Moce, posiadające władzę realizowania rzeczy, które mają być wykonane, przez nadawanie przyczynom powszechnym koniecznej energii. Ostatnie — Władze — zajmują się szczegółami dotyczącymi konkretnych sposobów, jak mają być przeprowadzone rzeczy, które mają być wykonane lub zlecone.

Praca trzeciego anielskiego miasta ma przede wszystkim charakter wykonawczy, ponieważ przedmiotem jego działania są przyczyny poszczególne rzeczy stworzonych. Przywódcy miasta, Zwierzchności, zajmujący się głównie początkami działań, przewodzą anielskiej pracy wykonawczej, polegającej na ogłaszaniu spraw Bożych. Kolejni są Archaniołowie, których zadaniem jest obwieszczanie wielkich rzeczy ludziom i troska o dobra, które mają charakter jednocześnie ogólny i szczegółowy, takie jak prawdy wiary i kult Boży. W końcu następują Aniołowie, którzy ogłaszają zwyczajne rzeczy i opiekują się dobrami poszczególnymi, indywidualnymi.

Każdy z tych porządków obejmuje wielu, bardzo wielu indywidualnych aniołów. Gdybyśmy znali ich doskonale, moglibyśmy rozpoznać wszystkie właściwe im działania aż do najdrobniejszych szczegółów. Ponieważ jednak znamy ich tylko niedoskonale i niewyraźnie, nie możemy poznać, że każdy z nich ma swoje szczególne zadanie i swoje szczególne miejsce w obrębie swego porządku — tak samo jak spotykając obcego robotnika w mieście, w którym istnieje wyłącznie przemysł włókienniczy, nie możemy wiedzieć nic ponadto, że pracuje w fabryce. Należy zauważyć, że podstawą tych porządków są różne doskonałości naturalne różnych aniołów, które jak widzieliśmy, rzutują na sferę łaski; wskutek tego będą trwały nawet wówczas, gdy świata nie trzeba już będzie kierować do jego właściwego celu.

Zasadne wydaje się tutaj postawienie pytania, jak duża część tej nauki o hierarchiach anielskich polega na wierze. Tak naprawdę znaczna jej część nie pozostawia wątpliwości. Wiara, że aniołowie mówią do siebie nawzajem i do Boga, wynika wyraźnie z różnorodnych i licznych świadectw takich rozmów w Piśmie Świętym. Sobór Laterański14 zdefiniował, że istnieją trzy hierarchie aniołów, a w każdej z nich są trzy chóry. Wszystkie zaś nazwy tych chórów są zawarte w Piśmie Świętym. Można do tego dodać świadectwa pochodzące z liturgii Kościoła: Te Deum, oficja ku czci Aniołów Stróżów, Michała, Rafała i tak dalej. Szczegółowe rozwinięcie i objaśnienie filozoficzne są dziełem świętego Tomasza, opracowanym na podstawie bogatej tradycji Ojców Kościoła, zwłaszcza świętego Grzegorza i Pseudo–Dionizego, biblijnych opisów zadań aniołów oraz tradycji filozoficznej dotyczącej istot poruszających sfery niebieskie. Światu oddzielonych inteligencji Tomasz nadaje nową, organiczną strukturę, opierając ich uporządkowanie na zasadzie coraz słabszej iluminacji intelektualnej, doskonale wyznacza im miejsce w porządku powszechnym i utrzymuje perfekcyjną harmonię stopni uczestnictwa w doskonałości Bożej.

Rządy i porządek w piekleKonieczność harmonii w piekle

Traktat dotyczący rządów nad światem duchowym byłby niepełny, gdyby nie poświęcono w nim ani słowa piekłu. Oczywiście w piekle również istnieją rządy i pewien rodzaj porządku, gdyż jako dzieło Boże nie może ono umknąć planom boskiego Architekta. W piekle występuje rodzaj przewrotnej harmonii, zgodność w niegodziwości, jaką moglibyśmy znaleźć wśród złodziei czy morderców. Jest to współdziałanie nie przyjaźni czy sympatii społecznych, lecz zjadliwości nakierowanej na wspólny cel — nie dokonań, lecz niweczenia. Podstawą tej zgody, tego porządku piekła, są dary naturalne upadłych aniołów, podobnie jak naturalne dary dobrych aniołów tworzą podstawę ich hierarchii. Dary naturalne nie podlegają utracie wskutek samego grzechu, więc Lucyfer i jego zwolennicy przenieśli swą naturalną wyższość i niższość do królestwa grzechu. Lucyfer jest tam najwyższy, ponieważ jest w naturalny sposób najdoskonalszym ze wszystkich diabłów i ponieważ jego grzech był największy.

Nie może to być dla niego wielką pociechą, gdyż nie istnieje potężniejsza przyczyna nieszczęścia niż uczynienie zła, szczególnie dla czystej inteligencji. Bycie przywódcą, bycie największym, w grzechu oznacza jednocześnie bycie najbardziej nieszczęśliwym. Niewielkie zadowolenie, jakie mogłoby płynąć z poczucia władzy, obraca się w popiół wskutek tego, że największy z diabłów jest podwładnym najmniejszego z dobrych aniołów, ponieważ wszelki porządek i władza znajdują się pierwotnie w Bogu, a stworzenia uczestniczą w nich proporcjonalnie do swej bliskości wobec Boga. W rzeczy samej do popiołu często dolewa się trochę octu, na przykład gdy zwykły człowiek, taki jak proboszcz z Ars, otrzymuje pełną władzę nad całą piekielną hordą.

Mowa diabłów

W piekle nie brakuje rozmów — choć niewątpliwie daleko im do budujących — gdyż diabły nadal posiadają swoją anielską wolę i pojęcia. Nie ma jednak iluminacji ani nauczania; nie tylko dlatego, że diabły są tak zupełnie złe, że nie pomagają innym w absolutnie żaden sposób, lecz także dlatego, że iluminacja odbywa się zawsze w kontekście porządku pierwszej przyczyny, a diabły znajdują się wobec niej w całkowitym nieporządku. Dobre anioły mówią jednak diabłom od czasu do czasu o niektórych rzeczach, które muszą wiedzieć, by plany Bożej opatrzności mogły się powieść.

Ludzie na ziemi nie mogą osiągnąć doskonałego życia społecznego aniołów, ale nie powstrzymuje ich to od marzeń. Być może to dlatego, że jesteśmy tak blisko spokrewnieni z aniołami, nawet wskutek chwilowego rozważania ich życia dopada nas nostalgia podróżnika. Aniołowie wydają się nam wielkimi braćmi, którzy wyprzedzili nas w drodze do domu o wiele nużących mil. Zazdrościmy im trochę, marzymy o powrocie do domu i próbujemy znaleźć chwilowe schronienie, wyglądając czegoś podobnego do domu u kresu drogi. Ta tęskniąca za doskonałością i bezustannie dopingująca ludzi rodzina daje się nam odczuć w życiu społecznym równie silnie jak w życiu indywidualnym. Ludzie marzą o doskonałym społeczeństwie, przenoszą te marzenia na papier w tonie skruszonym lub wojowniczym i z nieuniknioną daremnością usiłują je wcielić w życie w murach ziemskiego miasta.

Nie dziwi wcale, że nad tymi marzeniami i elegancko opracowanymi teoriami unosi się jakiś cień aniołów; tragiczne jest jednak to, że w plany te nie wpleciono nic więcej z anielskiego wzoru. Naga prawda jest taka, że ludzie nie są w stanie w pełni zrealizować anielskiego przepisu na utopię. Chwytają się z reguły jednego czy dwóch aspektów anielskiego społeczeństwa, ignorując zupełnie resztę. Na przykład wspólnota dóbr u aniołów wydała się ludziom wspaniałym ideałem: Mianowicie bogatsi powinni rozdawać wszystkie swoje dobra, niezmordowanie, nieprzerwanie, radośnie, w błysku wspaniałomyślności równie życiodajnym i niezawodnym jak ciepły uśmiech wiosennego słońca — gdyby tak było, stosunki międzyludzkie byłyby idealne. Ci, co są wyżej, zawsze powinni być wyżej, a ci, co mają najwięcej, zawsze powinni mieć najwięcej: inteligentniejsi powinni być zawsze władcami, a mniej inteligentni — poddanymi, niewydającymi z siebie nawet pomruku niezadowolenia. Jednakże każda z tych rzeczy u ludzi staje się utopią.

Podsumowanie: przepis na utopię

W rzeczywistości anielska utopia nie składa się z tego czy innego ze wspomnianych czynników. Jest prawdą, że istnieje pełna wspólnota dóbr i bezgraniczna hojność wyższych aniołów; ale ta wspólnota dóbr nie pociąga za sobą bezklasowości anielskiego społeczeństwa, a hojności wyższych aniołów w rozdawaniu doskonale odpowiada hojne podporządkowanie się niższych w przyjmowaniu. W tym społeczeństwie wyższość jest właściwie mierzona bliskością wobec Boga. Więksi aniołowie to ci, którzy najściślej odzwierciedlają boską doskonałość istnienia, poznania i miłości; hojni to ci, którzy mają najwięcej do dania, a dawcy nie tracą dóbr, które rozrzucają tak swobodnie, mimo że inni je otrzymują. Wyższość wiąże się tutaj z obowiązkiem ciągłego uczenia innych, że można im pomagać, a podporządkowanie pociąga za sobą stałą gotowość uczenia się, że pomoc można przyjmować. Porządek jest więc doskonały, a rządy są łagodną i niezastąpioną pomocą.

Miejsce człowieka w rządach nad światem duchowym

Takiej doskonałości nie widziano jeszcze na ziemi ani też nigdy się jej nie zobaczy, choćby z tego powodu, że ludzie nie są aniołami, lecz upadłymi ludźmi. Hierarchia anielska jest ze swej natury zdecydowanie różna i doskonalsza od hierarchii ludzkiej, jednakże nie różni się od niej tak bardzo, by nad dzielącą je przepaścią nie można było przerzucić mostu nadprzyrodzoności. W niebie ludzie będą bowiem jak aniołowie, a co więcej, zewrą szeregi przerwane przez grzech diabłów. Wzniosłe marzenia ludzi są głęboko zakorzenione w planach Bożych. Nie zostaną wyrwane z ludzkich umysłów wskutek ciągłej utraty złudzeń, wskutek stałych niczym nawyk rozczarowań i klęsk. Ludzie będą marzyć, a marzenie w końcu stanie się prawdą — i nią pozostanie.

Życie społeczne w niebie

Jednakże gdy ludzie wezmą należny im udział w życiu społecznym nieba, anielscy doktorzy będą mieli przed sobą pierwszorzędne zadanie dydaktyczne. Będziemy musieli nauczyć się wiele — tak wiele, że całą wieczność spędzimy na tej nauce. Nie będzie ona jednak polegała na tym, że będziemy siedzieć w zaabsorbowanej ciszy, spijając wiedzę i nie śmiejąc zdradzić naszej niewiedzy czymś takim jak nierozważne słowo. Będziemy mieli mnóstwo do powiedzenia, a aniołowie mnóstwo do nauczenia się, bo każdy z nas wnosi ze sobą tajemniczo bogatą osobowość — osobowość, która nie ustępuje przed żadnym badaczem prawdy poza nami. Innymi słowy, łącza służące do porozumiewania się między nami i aniołami będą miały pełną przepustowość. W przeciwnym razie nie byłoby ono bowiem ani ludzkie, ani anielskie: któż przepuściłby taką okazję, mogąc w każdej chwili wtrącić słówko to tu, to tam?

ROZDZIAŁ XIX ROLA ANIOŁÓW (Kw. 110–114)

Istoty niebieskie poruszające światem materialnym

Współczesne odrzucenie poglądu o działalności aniołów w świecie materialnym jest faktem niewymagającym dowodzenia, zwłaszcza dla współczesnych ludzi. Są oni raczej z niego dumni, widząc w nim dowód szczęśliwego przejścia świata z niemowlęctwa do dojrzałości: odłożenia poetycznych i mitycznych poglądów, by karmić się stałym pokarmem faktów. W rzeczywistości negacja działalności aniołów wynika nie tyle z tego, że świat tak bardzo urósł, ile raczej z tego, że staje się dziecinny.

Współczesna negacja

Ponieważ można się spodziewać, że dziecko weźmie baśń za rzeczywistość i nie zauważy wynikającego z niej morału, końcowy morał starannie się podkreśla. Podobnie dzisiaj bierze się na serio i wyśmiewa niektóre czarujące opowieści fantastyczne. Na widok bożonarodzeniowej pocztówki, przedstawiającej aniołki zapalające gwiazdy malutkimi świeczkami czy grające na skrzypcach, by wiatr zaczął śpiewać, uśmiechamy się z politowaniem wobec pozostałości starego przesądu, który wciąż nie może umrzeć. W istocie rzeczy nikt nie sądzi poważnie, że gwiazdy są jak uliczne latarnie i że zaspane i ziewające anioły muszą je zapalać wieczorem, a rano gasić, ani że muzykę wiatru emituje jakaś nadprzyrodzona rozgłośnia. A gdyby nawet niektórzy ludzie żywili takie fantastyczne poglądy, to i tak byliby mniej bliscy obłędu niż ci, którzy sądzą, że światło powstało z ciemności, a wiatr z próżni. Fantastyczne opowieści nie są jednakże wyjaśnieniami filozoficznymi ani teologicznymi traktatami. Są fantastycznymi, pięknymi opowieściami, które zwykłe dziecko od razu doceni.

Znacznie częściej odrzucanie działania aniołów jest kwestią raczej niechęci niż przekonania — podobnie jak dziecko broni się przed popołudniową drzemką, która przerywa mu zabawę. Współczesna negacja nie jest skutkiem przekonania, że nadprzyrodzoność nie może istnieć (jakkolwiek niedorzeczne mogłoby być takie przekonanie), lecz efektem niechęci do działania ponadzmysłowego, które przerywa zabawę polegającą na koncentrowaniu się wyłącznie na blasku świata zmysłowego. Gdy mówi się o samych aniołach i działaniach anielskich, problem nadprzyrodzoności nigdy się nie pojawia, gdyż aniołowie, jako substancje stworzone, są częścią i elementem porządku naturalnego. Natomiast zawsze istnieje kwestia nadzmysłowości, ponieważ są oni czystymi inteligencjami, pozbawionymi wszelkich przymiotów i cech cielesnych. I właśnie z powodu swojego ponadzmysłowego charakteru aniołowie wypadli z łask współczesnego świata. Stworzenie ponadzmysłowe automatycznie ogranicza całkowite zaabsorbowanie człowieka światem zmysłowym, kładzie kres dziecinnym pretensjom do trzymania wszystkiego w garści, by przybierać postawę naukowca lub z niej rezygnować. Kiedy wkracza anioł, człowiek musi przestać grać Boga. A człowiek lubi grać Boga.

Właśnie to absolutne oddanie się zabawie w materializm zdecydowanie odwróciło współczesną filozofię od intelektu i rzuciło ją na mieliznę; teraz nie jest już ani filozofią, ani nauką, lecz jest jedynie antyintelektualna.

Potwierdzenia historyczne

Z punktu widzenia historii to współczesne stanowisko jest niemowlęciem na ręku. Aniołowie poruszający wszechświat natychmiast znaleźli miejsce w filozofii Wschodu. Usytuowanie przez Platona substancji duchowej ponad każdą rzeczą cielesną stanowiło integralny element jego doktryny samoistnych idei. Arystoteles, chociaż nie zgadzał się z platońską nauką o oddzielonych formach, przyjął istnienie władzy aniołów nad światem materialnym, aczkolwiek ograniczył ją do bardziej powszechnych czynników działających w świecie cielesnym — ciał niebieskich. Filozofowie arabscy, w tym Awicenna, uznawali nauczanie Platona, ale stworzyli z tych substancji duchowych ściśle spojoną całość, zwaną intelektem czynnym. Ojcowie Kościoła i scholastycy poddali różne substancje cielesne zwierzchnictwu różnych aniołów — nie z powodu jakiejś szczególnej sympatii do aniołów, lecz ze względu na określone, uporządkowane ułożenie rzeczy przez Bożą opatrzność. Wszyscy oni jednak zachowali zasadniczy pogląd o działaniu duchowym we wszechświecie materialnym. Dopiero kiedy świat współczesny cofnął się do okresu dzieciństwa filozofii greckiej wraz z odrodzeniem materializmu w piętnastym i szesnastym wieku, wszelka aktywność skupiła się wyłącznie w obrębie świata materialnego. Kiedy zaś ta filozofia doszła do pełnego rozkwitu, jakim cieszy się obecnie, w granicach świata materialnego skupiono wszelkie istnienie, wszelkie życie i wszelki byt.

Istnienie działań anielskich w świecie: dowód

Istnienie działań anielskich w świecie materialnym stwierdza jasno Pismo Święte. By przytoczyć tylko jeden przykład: kiedy podróżujący eunuch został ochrzczony, Filip został przeniesiony w inne miejsce z łatwością i szybkością, z jaką umysł człowieka przechodzi od jednej myśli do innej. Faktycznie taka sytuacja jest w najwyższym stopniu uzasadniona, a nawet wymaga jej cały otaczający nas porządek rzeczy. W świecie politycznym domagamy się, by władzą poszczególną rządziła i kierowała władza powszechna; dlatego skrupulatnie rozróżniamy coraz wyższe władze miast, hrabstw, stanów i rządu federalnego. Myśl ta nie była olśniewającym natchnieniem, nigdy nie słyszanym we wszechświecie. Stanowiła jedynie kolejny przypadek ludzkiego geniuszu naśladującego mistrzostwo natury. W świecie materialnym poszczególność formy oznacza stwierdzenie jej podporządkowania: minerały są podporządkowane roślinom ze względu na zdolność rośliny do przyswajania sobie innych form przy ich jednoczesnym niszczeniu, rośliny ustępują zwierzętom, które mogą przyswajać sobie formy dzięki poznaniu poszczególnemu, a wszelka natura fizyczna podlega władzy intelektu i jego zdolności do przyswajania sobie wszystkich form.

Ograniczenia

Każda forma materialna jest z racji swojej materialności poszczególna i ograniczona do tu i teraz, natomiast formy anielskie są powszechne właśnie dlatego, że są wolne od materii. Podobnie jak we wszechświecie materialnym istota mniej poszczególna kieruje i zarządza istotą bardziej poszczególną, tak powszechne formy duchowe powinny kierować określonymi i poszczególnymi formami stworzeń materialnych. W rzeczywistości zdaje się, że istnienia rządów sprawowanych przez aniołów wymagają skutki, które w jednym z wcześniejszych rozdziałów nazwaliśmy przypadkami, to znaczy takie, które nie są bezpośrednim rezultatem żadnej przyczyny materialnej, lecz pojawiają się niespodziewanie w wyniku zderzenia przyczyn materialnych. Innymi słowy, w świecie materialnym zdarzają się rzeczy, których nie wyjaśniają w pełni same przyczyny materialne. Staje się to oczywiste zwłaszcza wtedy, gdy pamiętamy o powszechności obowiązującego w nim porządku.

Poszanowanie godności przyczyn materialnych

Nie oznacza to, że do anielskiego wyposażenia służącego do sprawowania rządów należy lampa Aladyna. Anioł nie może zmienić konia w krowę skinieniem czarodziejskiej różdżki ani innego magicznego przedmiotu. Faktycznie nie może on sam z siebie wytworzyć żadnego konkretnego złożenia materialnego — ani drzewa, ani skały, ani zwierzęcia. Nadawanie kształtu materii za pomocą jej formy nie jest zadaniem anioła, lecz należy do przyczyn materialnych lub samego Boga. Możemy wpędzić się w chorobę samym myśleniem lub dopingować się do wysiłku władzą woli, choć od dawna jesteśmy wyczerpani, natomiast anioł nie może niczego takiego zdziałać w świecie materialnym. Różnica polega na tym, że nasza dusza jest bezpośrednio złączona z materią jako jej forma, podczas gdy aniołowie takiego związku z materią nie mają i dlatego nie mogą wywołać formalnej, wewnętrznej zmiany. Wszelkie zmiany, jakie mogą wytworzyć w materii, muszą być dokonane z zewnątrz, za pomocą przyczynowości zewnętrznej.

Oczywiście mogą oni wywołać w materii pewne zmiany. W końcu istota wyższa ma wszelką władzę nad niższą, więc skoro ptak może oczarować człowieka, a rekin — odgryźć mu nogę, to nie można odmówić możliwości dokonywania zmian aniołowi. Istotnie anioł, będąc istotą wyższą, sprawuje władzę nad wszystkim, co jest od niego niższe, w doskonalszy sposób. Poruszy on cielesnych sprawców działań łagodniej, skuteczniej i silniej niż jakakolwiek przyczyna materialna. Nie ma prawdziwego powodu do zaskoczenia, kiedy za pomocą przyczyny materialnej anioł wywołuje takie skutki, jakich sprawcy materialni nigdy nie byliby w stanie sami wywołać. Nie dziwimy się specjalnie, że kucharze pracujący przy użyciu tak topornych surowców jak ogień, drób i trochę czerstwego chleba potrafią wytworzyć przepięknie zrumienionego pieczonego kurczaka nadziewanego farszem, chociaż dobrze wiemy, że gdyby ogień, kurczaka i chleb pozostawić samym sobie, to nigdy nie byłyby w stanie osiągnąć takiej doskonałości.

Aniołowie mogą poruszać ciała za pomocą ruchu cielesnego; i nie trzeba tego bardzo poważnie uzasadniać. Uznajemy moc byka, zwłaszcza jeśli matador jest nieco powolny czy niezdarny, a anioł z pewnością jest kimś wyższym od byka. Jest nie do pomyślenia, że byk miałby rzucić aniołem, natomiast leży całkowicie w zasięgu możliwości, by anioł rzucił bykiem. Poruszanie ciał przez aniołów jest jedynie kolejnym przypadkiem doskonale zazębiającej się hierarchii bytów, w której ten niższy, wykonując swoje najwyższe działanie, dotyka wyższego porządku. Poruszanie się przestrzenne stanowi bowiem, jak dostrzegliśmy podczas rozważań nad stopniami życia, najwyższe działanie złożenia czysto materialnego i oczywiście powinno bezpośrednio podlegać naturze wyższej, duchowej.

Trudność związana z tą prawdą dotyczy raczej wyobraźni niż pojmowania. Z łatwością rozumiemy, że ludzie rzucają piłkę rękami czy uderzają w drzwi nosem, ale działanie aniołów w odniesieniu do takich rzeczy nie wydaje się równie łatwe do pojęcia. Sądzimy, że brak ciała jest wyraźnym upośledzeniem, szczególnie w grze takiej jak baseball czy futbol amerykański. Problem wynika z naszego uporu, by wyobrażenia dotyczące ludzkich działań przenosić na świat aniołów. Utrzymujemy, że ponieważ człowiek nie może rzucić piłki, nie używając rąk, anioł jest oczywiście równie bezradny. Tak naprawdę ciało raczej ogranicza i zmniejsza działania substancji duchowej, niż w nich pomaga; nasza ludzka dusza nie może poruszać innych ciał poza naszym własnym dlatego, że jest złączona z naszym ciałem jako jego forma. Anioł nie jest ograniczony konkretnym ciałem i może swobodnie poruszać innymi ciałami bez korzystania z cielesnego pośrednika. I ten brak cielesnego pośrednika uniemożliwia nam nakreślenie obrazów wyobrażeniowych tego procesu, takich jak anioł przygotowujący się do uderzenia czy wyginający się we wdzięczny łuk przed rzuceniem piłki.

Trzeba stale podkreślać, że to działanie anielskie mieści się w porządku naturalnym. Pod żadnym względem nie jest ono sprzeczne z naturą ani przyczynowością materialnych przyczyn wtórych; samo jest częścią natury i przyczyną wtórą. Jedyne, co czyni wobec przyczyn materialnych, to udoskonalenie ich działania dzięki złączeniu z przyczyną wyższą.

Jest zupełnie pewne, że aniołowie sami z siebie nie działają cudów. Jest to obszar właściwy Bogu, ponieważ cud musi przekraczać cały porządek natury. Czynią oni rzeczy, które rzeczywiście mogą się wydawać cudowne poszczególnej przyczynie materialnej, jednak z drugiej strony kamieniowi wydawałoby się cudowne — gdyby kamień mógł się zdumiewać — że malutki chłopiec może mu przekazywać pozanaturalny dar latania w powietrzu.

Działania aniołów w świecie ludzi

Działanie pośrednie: na intelekt i wolę

Gdy przechodzimy do świata ludzi, powinno natychmiast stać się oczywiste, że anioł tak samo nie może wlać wiedzy do ludzkiego rozumu, jak nie może tego zrobić człowiek będący wykładowcą. Intelekt jest bowiem jedną z tych wewnętrznych przypadłości, tkwiących bezpośrednio w substancji duszy, których nie może bezpośrednio dosięgnąć swoim działaniem żadne stworzenie — ani czytać w ukrytych w nim myślach, ani umieszczać obok nich nowych myśli. Jeśli człowiek chce, aby jego anioł stróż wiedział, o czym myśli, musi to otwarcie powiedzieć. Nawet anioł nie może czytać w cudzych myślach.

Działanie bezpośrednie: na władze zmysłowe

Aniołowie mogą oczywiście uczyć ludzi w nieco podobny sposób, w jaki oświecają niższych aniołów. Jednakże metoda nie jest dokładnie taka sama. Musi istnieć to samo wzmacnianie, czyli usprawnianie, intelektu oraz przykrawanie anielskiego pojęcia, by mieściło się w niższym umyśle, ale to nie wystarczy. Ludzki intelekt nie może pojąć nieprzetworzonej intelektualności. Jego naturalny sposób pojmowania to abstrahowanie idei z obrazu zmysłowego, czyli wyobrażenia. Dlatego anielska idea musi otrzymać powłokę zmysłową, by ludzki umysł mógł ją wchłonąć. Do tego, aby anioł mógł nas oświecić, nie jest konieczna nasza wiedza o tym, chociaż musimy oczywiście zdawać sobie sprawę, że posiedliśmy nową ideę. Prawie to samo dzieje się w sprawach ludzkich i w ogóle o tym nie myślimy. Jak wielu pracowników rzucało jakąś myśl w obecności szefa, a następnie siadało wygodnie i cierpliwie czekało, pozwalając jej wniknąć tak głęboko w umysł szefa, aż uznawał ją za własną i przeprowadzał do końca! Wiele naszych dobrych myśli, natchnień, postanowień, nadziei i dobrych uczynków jest wynikiem nie naszej wrodzonej dobroci, lecz cierpliwej pracy uczącego nas anioła, raz za razem powtarzającego niedocenianą lekcję.

Związek z ludzką godnością, samowystarczalnością i wolnością

Nasza wola jest równie nienaruszalna jak intelekt. Żaden naturalny czynnik, z aniołami włącznie, nie może jej zmusić do działania ani bezpośrednio poruszyć. Wpływ na wolę odbywa się pośrednio: przez nakłanianie, przedstawianie godnych miłości przedmiotów i pożądanych działań oraz grożenie jej, podobnie jak nakłaniamy dziecko do czegoś, obiecując mu kawałek ciasta, albo straszymy przestępcę groźbą krzesła elektrycznego.

Sny ostrzegające Józefa przed Herodem były całkiem zwyczajnymi działaniami anioła. Nie żeby wszystkie sny miały anielskie pochodzenie lub materię; jednak nie jest trudno dostrzec, że aniołowie mają zdolność wzbudzania obrazów w naszej wyobraźni i dostarczania naszym zmysłom zewnętrznych bodźców. Możemy popędzić do teatru w środku zimy, trzęsąc się z zimna, a ukazany jedynie na scenie upalny letni dzień tak poruszy naszą wyobraźnię, że powietrze wyda się nam parne i zaczniemy oblewać się potem. Niewielki w sumie ból żołądka może uruchomić w naszej wyobraźni szereg niezwykle przygnębiających obrazów, a bzyczenie pojedynczego komara wystarcza nam do wyobrażenia sobie, jak nogi pokrywają się śladami ugryzień. Jeśli niezdarna siłą rzeczy iluzja sceny, niedyspozycja cielesna czy lekkie poruszenie jednego z naszych zmysłów może tak żywo wpłynąć na wyobraźnię, możemy być zupełnie pewni, że aniołowie mogą to zrobić znacznie lepiej.

Zarówno zmysły, jak i wyobraźnia są władzami cielesnymi, organicznymi — zdolnościami występującymi i u ludzi, i u zwierząt; pod zwierzchnictwem świata duchowego otwierają się one oczywiście na działania duchowe. Podejmowanie przez aniołów działań w tych obszarach nie wymaga od nich niczego nadzwyczajnego. Jeśli mogą oni poruszać w przestrzeni rzeczy materialne, mogą też stymulować nasze zmysły i wyobraźnię. W odróżnieniu od intelektu i woli nasze zmysły i wyobraźnia są dostępne z zewnątrz.

Aniołowie–posłańcy do świata materialnego

Działania aniołów w świecie ludzi nie są afrontem dla naszej samowystarczalności, godności czy wolności, podobnie jak działania profesora nie naruszają godności ani wolności jego studentów. Otwierają raczej przed ludzkimi umysłami większe przestrzenie, wzmacniają je i dodają sił. Działania te są doskonaleniem ludzkiej natury pod względem czysto naturalnym, którego jednak ludzka natura sama z siebie nie jest zdolna osiągnąć.

Aniołowie towarzyszący i spełniający posługiMiejsce wyższych aniołów

W świecie materialnym nie ma tak wielkiego zadania do wykonania, by nie mógł się nim zająć najmniejszy z aniołów. Istnieje jednak uporządkowany podział działań anielskich, zgodny z Bożą opatrznością, który pierwszej hierarchii aniołów pozostawia wyłącznie obowiązki związane z dworem niebieskim. Święty Tomasz przyrównuje go do sposobu sprawowania władzy w królestwie świeckim, gdzie nie wszyscy doradcy króla są ambasadorami. Niektórzy pozostają stale na dworze, są dopuszczani do tajnych spraw i doradzają królowi, inni zaś otrzymują polecenia i zamysły króla oraz przekazują je faktycznym posłańcom.

Ograniczona liczba aniołów spełniających posługi

Na dworze niebieskim najwyższa hierarchia (Serafini, Cherubini i Trony) należy do Bożych domowników, których wszystkie działania są skoncentrowane na samym Bogu. Pierwszy chór drugiej hierarchii (Panowania) pośredniczy między dworem niebieskim i jego posłańcami, natomiast dwa pozostałe chóry drugiej hierarchii (Moce i Władze) oraz trzecia hierarchia (Zwierzchności, Archaniołowie i Aniołowie) faktycznie rządzą światem materialnym. Z nadprzyrodzonego punktu widzenia, jako że wszyscy aniołowie cieszą się widzeniem uszczęśliwiającym, wszystkich też nazywa się aniołami towarzyszącymi, stojącymi przy tronie Bożym. Jednak z naturalnego punktu widzenia aniołami towarzyszącymi są pierwsze cztery chóry (Serafini, Cherubini, Trony i Panowania), a pozostałe pięć (Moce, Władze, Zwierzchności, Archaniołowie i Aniołowie) obejmuje aniołów zarządzających. Grupą o wiele liczniejszą są aniołowie towarzyszący. Wniosek ten opiera się na tej podstawie, że to, co doskonalsze w świecie, co stanowi wyraźniejszy i pełniejszy obraz Bożej doskonałości, jest też bliższe zamiarom natury i jej Twórcy. Podobnie jak liczba aniołów jest znacznie większa od liczby rodzajów posiadających ciała, tak i aniołów wyższych jest o wiele więcej od niższych.

Rola aniołów w świecie ludzi Rola dobrych aniołów — opieka

Szczególną funkcją dobrych aniołów w odniesieniu do świata ludzi jest opieka. Dla dorosłych ludzi może to brzmieć z lekka obraźliwie, gdyż oznacza ochronę, kierowanie, inspirowanie, pocieszanie i dodawanie otuchy. Czemu to wszystko miałoby być niezbędne? Czyż człowiek nie jest w stanie zadbać o siebie? Po co traktować go jak dziecko?

Obiekt opieki

Wyznaczanie ludziom aniołów stróżów, fakt zupełnie pewny dzięki licznym stwierdzeniom w Piśmie Świętym, nie jest indywidualnym wyjątkiem dotyczącym ludzi, stanowiącym zabezpieczenie przed ich dziecinną słabością, lecz potwierdza jedynie integralne miejsce w doskonale uporządkowanym wszechświecie. Tym, co niższe, rządzi w nim to, co wyższe; ruchomym i zmiennym — nieruchome i niezmienne; niższymi rzeczami materialnymi — wyższe rzeczy materialne; tym, co cielesne — to, co duchowe. Z pewnością człowiek dzięki wolnej woli może uniknąć zła, ale nie w pełni, o czym wymownie zaświadcza ciągłe zwycięstwo namiętności. Podobnie też powszechne poznanie prawa naturalnego może prowadzić człowieka do dobra, lecz stosowanie tego prawa do poszczególnych przypadków zbyt często stanowi dla człowieka okazję do poważnego błędu. Pomimo pomocy pochodzącej bezpośrednio od Boga, pomocy łaski i cnót, pozostaje mnóstwo miejsca na pracę aniołów nad praktycznym doskonaleniem i stosowaniem tych cnót. Nie trzeba nadymać się pychą na wzmiankę o tej opiece; spójrzmy na ludzkie dokonania.

Godność i podział stróżów

Opieka anielska nie ogranicza się do grupy, klasy czy rasy, lecz obejmuje każdą indywidualną istotę ludzką. Jeśli trudno nam uwierzyć w ekstrawagancję, z jaką Boża hojność wyznacza oddzielnego księcia niebios dla każdej ludzkiej istoty, to jest tak głównie dlatego, że konsekwentnie lekceważymy godność jednostki ludzkiej w projekcie wszechświata i planach boskiego Architekta. Z tych samych powodów ukrzyżowany Syn Boży był zgorszeniem dla pogan.

W świecie materialnym Boża opatrzność, chociaż obejmuje najdrobniejsze szczegóły, widocznie zamierza otaczać i otacza szczególną opieką to, co trwałe. Dlatego na przykład widzimy, jak natura podejmuje wyjątkowe środki ostrożności, by zapewnić zachowanie gatunku, i zachowuje pozorną nonszalancję wobec jednostki, gdy podczas tarła ryba składa miliony jaj, z których tylko nieliczne mogą osiągnąć dojrzałość. Jednostkę ludzką z punktu widzenia jej wieczności czy trwałości ceni się wyżej od wszelkich gatunków materialnych, ponieważ jej rozumna dusza z samej swej natury jest przeznaczona do wiecznego istnienia. Indywidualne trwanie gatunku ludzkiego jest przedmiotem szczególnej opieki Bożej opatrzności. Troska ta przejawia się co najmniej tak samo wyraźnie jak w odniesieniu do gatunków materialnych. Każda ludzka istota ma specjalnego anioła stróża, bo jest ogromnie ważna dla planów boskiego Architekta.

Faktycznie nie ma prawdopodobnie człowieka, który by otrzymywał pomoc zaledwie jednego anioła stróża, gdyż nie ma człowieka, który nie należy do jakiegoś większego ciała — jakiegoś organizmu społecznego. Skoro zaś te organizmy, podobnie jak prawa nimi rządzące, ze swej natury są wieczne, mają swoich własnych stróżów. Istnieje anioł stróż królestwa, kraju, miasta, a być może nawet diecezji, parafii, zakonu czy klasztoru.

Anielscy stróżowie poszczególnych ludzi pochodzą z najniższego chóru trzeciej hierarchii — chóru aniołów. Oczywiście każdy anioł różni się od wszystkich pozostałych tak bardzo jak kamień od drzewa, bo dzieli je przepaść gatunku. W chórze, który dostarcza ludziom aniołów stróżów, panuje ten sam porządek stopniowo rosnących doskonałości, który można odnaleźć w całym wszechświecie, i jest on wykorzystywany przy przydzielaniu aniołom zadań opiekuńczych. Doskonalszy anioł otrzymuje większe zadanie, dzięki czemu zachowuje się proporcje między doskonałością natury i doskonałością funkcji. Doskonalsi aniołowie są na przykład wyznaczani na stróżów ludzi, od których wymaga się więcej pod względem doskonałości duchowej, takich jak święci, pod względem wysiłków intelektualnych, takich jak geniusze, czy pracy dla wspólnego dobra, takich jak politycy — i tak dalej. Kiedy obiekt opieki ma charakter bardziej powszechny, wybrany anioł stróż pochodzi z wyższego chóru. Dlatego na coraz wyższych miejscach listy miast, krajów, królestw i tak dalej napotykamy coraz wyższe chóry anielskie przeznaczone do strzeżenia świata ludzi.

Przechodząc do konkretnych przypadków, święty Tomasz neguje, jakoby Jezus Chrystus miał anioła stróża, ponieważ od samego początku życia posiadał On widzenie uszczęśliwiające, a zadaniem anioła stróża jest prowadzenie ludzi do tego widzenia, stanowiącego ich wieczne szczęście. Dlatego indywidualny człowiek nie ma anioła stróża w niebie czy w piekle, lecz raczej towarzysza królującego wraz z nim w niebie lub prześladowcę wymierzającego mu karę w piekle. Chrystus miał raczej anioła usługującego Mu niż chroniącego Go stróża. Natomiast człowiek w ogrodzie Eden rzeczywiście potrzebował anioła stróża, chociaż nie mógł mu zagrozić bunt jego natury zmysłowej ani świat materialny, w którym żył. Jak dowiodły wydarzenia, istniało zawsze najwyższe zagrożenie w postaci ataku diabła. Niewierzący, ludzie na wskroś źli, a nawet sam Antychryst, będą mieli aniołów stróżów, gdyż wynika to z powszechnego sposobu uporządkowania wszechświata i ludzi. Ta opieka nie jest też daremna; bez niej ludzie ci byliby jeszcze o wiele gorsi. Faktycznie winą za utratę strzeżonej duszy należy obarczać nie zaniedbanie anioła stróża, lecz niegodziwość indywidualnej duszy, która zawsze może się sama pogrążyć w piekle.

Opieka nad konkretną duszą zaczyna się, zdaniem świętego Tomasza, w momencie narodzin, a nie w chwili poczęcia. Chociaż jest prawdą, że dziecko w łonie matki jest z pewnością obdarzone ludzką naturą, jednak jest ono tak silnie związane z matką, że jest niemal jej częścią, tak jak owoc jest częścią drzewa. W tym czasie dziecko chroni anioł stróż matki, a nie jego własny anioł stróż. Opieka ta rozpoczyna się w chwili narodzin i trwa do momentu śmierci, kiedy ludzka natura rozpada się wskutek rozdzielenia ciała i duszy. Przez cały okres życia człowieka anioł stróż nie opuszcza go nawet na chwilę — nawet przez chwilę nie jest on pozbawiony opieki tego niebieskiego księcia. Bez względu na to, co robi ze swoim życiem, żaden człowiek nie doznaje utraty napiętej czujności i niestrudzonej cierpliwości swojego anioła.

Wpływ na stróża

Jak anioł się czuje z tym wszystkim? Czyż nie byłoby zupełnie uzasadnione, gdyby anioł grzesznika pierwszej klasy rzucił ze wstrętem całą tę robotę? Wydaje się przynajmniej, że miałby prawo do pewnego rozczarowania czy nawet rozgoryczenia, widząc takie kompletne marnowanie jego wspaniałych wysiłków. Jednak w istocie rzeczy spokój i szczęście anioła w żaden sposób nie zależą od działań człowieka. Nie ukrywa uczuć — jego serce zostało oddane Bogu. Anioł stróż posiada wieczne szczęście i dzięki temu ma niewzruszoną ochronę przed wszelkim smutkiem. Jego wola jest doskonale zgodna z wolą Bożą, więc niezależnie od tego, czy człowiek zmierza w porządku zasługi ku wiecznej nagrodzie, czy w porządku sprawiedliwości ku wiecznej karze, nie może wywołać smutku anioła ani wzniecić konfliktu między Bogiem i Jego posłańcem. Istnieje jednak realna możliwość konfliktu między aniołami stróżami dwóch różnych osób czy państw, na przykład w razie wojny, gdy cele lub potrzeby obiektów opieki różnią się diametralnie. Tutaj znowu konflikt jest bardziej pozorny niż rzeczywisty; z pewnością nie może on spowodować pojawienia się goryczy między tymi aniołami. Obaj bowiem są doskonale zjednoczeni z Bogiem, w pełnej harmonii z Jego boską wolą, a boska wola jest oczywiście zgodna z sobą samą. Konflikt wynika z niepełnej znajomości Bożych planów i ustaje zaraz po ich ujawnieniu. Aniołowie wiedzą o tym; w okresie poprzedzającym to objawienie nie zrywają stosunków dyplomatycznych, nie odmawiają rozmawiania ze sobą ani nie zatruwają atmosfery ohydnymi wycieczkami osobistymi. Każdy stara się najlepiej wykonać własną misję, zadowolony, że wypełnia zadanie zlecone mu przez jego boskiego Pana.

Ta nauka o aniołach stróżach w żadnym razie nie jest tylko ludowym sentymentem w Kościele, jak myślał Kalwin. Istnienie ich opieki jest absolutnie pewne i jest przedmiotem wiary opartej na samym Piśmie Świętym. To, że każdy wierzący ma osobistego anioła stróża, wynika jasno z Pisma Świętego i jest powszechną nauką Ojców Kościoła. Zwyczajne nauczanie Doktorów Kościoła mówi, że nie tylko każdy wierny, lecz także każdy człowiek ma swojego anioła stróża, natomiast z Pisma Świętego wynika całkiem jasno, że własnego anioła ma każde królestwo, prowincja i miasto.Święty Tomasz sądzi, że osoby publiczne, przeznaczone do pracy dla dobra wspólnego, mają dodatkowego anioła, który jest mianowany stróżem tych konkretnie publicznych zadań. To, że każda parafia, zakon, klasztor i tak dalej ma własnego anioła, jest opinią prawdopodobną, która wynika bezpośrednio z zasad kierujących ogólną opieką sprawowaną przez aniołów.

Rola diabłów — atak

Oprócz dobrych aniołów są także aniołowie upadli. Fakt ten każe natychmiast podejrzewać, że działania aniołów w świecie materialnym nie mają wyłącznie życzliwego charakteru. Diabły nie żywią miłości ani do Boga, ani do człowieka. Sama ich natura daje im zdolność działania na zmysły i wyobraźnię ludzi, nakłaniania ludzkiej woli i karmienia intelektu człowieka materiałem poznawczym. Mają one motyw do działania i zdolność do działania; i faktycznie działają we wszechświecie materialnym od czasów pierwszego człowieka.

Istnienie wrogości i jej przyczyny

Naturalnie takie działania są zdecydowanymi atakami na ludzi — atakami, których historia sięga korzeniami początków wszechświata. Diabły trawi teraz przede wszystkim przerażająca nienawiść i zawiść wobec Boga. Pycha doprowadziła je do małpowania samowystarczalności Boga i ona także nie pozwala im teraz zapomnieć zawstydzającego zdemaskowania ich niewystarczalności. Tak jak popchnęła je do małpowania samego Boga, teraz popycha je do małpowania boskich rządów nad światem. Królestwo szatana wysyła ambasadorów do świata materialnego, by czyniąc najgorsze zło, starali się udaremnić Bożą wspaniałomyślność. Niezależnie od tej pychy i zawiści wobec rzeczy Bożych istnieje też wyraźna nienawiść i zawiść dotycząca ludzi jako uczestników Bożego życia i szczęścia — zawiść popychająca diabły do każdego wysiłku mogącego przeszkodzić w tym zjednoczeniu Boga i ludzi.

Ograniczenia

Diabły nie są maruderami dumnej niegdyś armii, rabującymi wszędzie i zawsze, ilekroć mają ochotę; nie są bandami partyzanckimi, które umknęły ścigającej je armii, ani armią zła, która rozbiła doszczętnie legiony Boga. W żadnym wypadku nie wymknęły się spod kontroli, lecz są raczej definitywnie i całkowicie poddane Bogu. Rozmiary i siła diabelskich ataków na ludzi podlegają Bożym wyrokom, a rządy Boże są wystarczająco mądre, by nawet takie rzeczy włączyć w projekt udoskonalania wszechświata — Bóg wie, jak wykorzystać zło, kierując je do większego od niego dobra.

Fizyczne ataki diabłów: nękanie, obsesja, opętanie

Od czasu do czasu, ale rzadko, diabeł robi spektakularny popis, atakując ludzi fizycznie. Mogłoby to mieć wielkie znaczenie dla celów reklamowych, gdyby diabeł potrzebował reklamy; jest natomiast mało istotne z każdego innego punktu widzenia. Teologowie wyróżnili trzy kategorie ataków fizycznych, o coraz większym stopniu bezsilnej furii. Pierwszy, zwany nękaniem, polega na ataku skoncentrowanym raczej na otoczeniu człowieka niż na nim samym: jest to hałasowanie, rozrzucanie rzeczy, łamanie mebli, tajemnicze stukanie w drzwi i ściany i tak dalej. Właśnie tym rodzajem dręczony był co noc przez wiele lat proboszcz z Ars w ciągu żałośnie krótkich chwil, które mógł przeznaczyć na sen. Obsesja, przeciwnie, jest atakiem osobistym, lecz zasadniczo zewnętrznym, skierowanym na obrażenia fizyczne i wywołanie przerażenia. Jego skutki nie sięgają dalej niż konsekwencje ataku, który mógłby podjąć każdy człowiek względem innego, uderzając go czy kopiąc.

Prawdziwą kulminację osiągają te ataki w tym, co nazywamy opętaniem. Tutaj diabeł zwraca się ku wewnętrznemu panowaniu nad zaatakowaną osobą, gdyż przejmuje niemal całkowitą kontrolę nad niższymi władzami opętanego: wyobraźnią, zmysłami, a nawet czynnościami czysto wegetatywnymi i zwierzęcymi. Jest to tak rzeczywiste, że opętany nie panuje podczas opętania nad tymi władzami. Trzeba pamiętać, że ten atak również jest jedynie fizyczny; nie ma znaczenia moralnego i nie jest zdolny wpływać na wolę ani działać bezpośrednio na intelekt. Oznacza to, że nie może on zmusić człowieka do popełnienia grzechu. Czasami na opętanie zezwala Bóg bez żadnej winy opętanego; w innych wypadkach istnieją przyczyny, które można stanowczo przypisać ofierze: na przykład jawne sprzedanie duszy diabłu, osłabienie woli przez regularne stosowanie hipnozy, flirtowanie z diabłem albo otwarte zaproszenie go przez seanse spirytystyczne, częste korzystanie z usług astrologów, wróżek i tak dalej.

Ataki moralne

W rzeczywistości znacznie poważniejsze są moralne ataki diabłów. Jednak ponieważ są o wiele powszechniejsze i nie są wcale spektakularne, ludzie boją się ich znacznie mniej. Nazywamy je kuszeniem. Błędem jest oczywiście pocieszanie się myślą, że wszystkie pokusy pochodzą od diabła. Pokusy mają w rzeczywistości w pełni skuteczne przyczyny, umiejscowione w pragnieniach, nawykach i towarzystwie człowieka; co więcej, niektóre z nich mogą pochodzić od samego Boga. Ściśle rzecz biorąc, kuszenie nie jest bowiem w końcu niczym więcej niż eksperymentem, sprawdzianem, mającym określić siły kuszonej osoby. I właśnie ta natura kuszenia pokazuje bardzo czytelnie różnice między pokusami pochodzącymi od Boga, człowieka i diabła.

Pokusy pochodzące od Boga mają raczej pokazać samemu człowiekowi i innym ludziom, co się kryje w danym człowieku i do czego jest zdolny. Dlatego okropne pokusy i próby, którym poddawani byli święci, były dla nich samych i dla innych świadectwem, jak wiele muszą oni cierpieć dla Boga i jak całkowicie są od Niego zależni. Pokusy pochodzące od ludzi służą zazwyczaj celom osoby kuszącej — chcącej coś odkryć i być może uzyskać dla siebie. Tak więc kuszenie Boga jest dla człowieka grzechem, ponieważ wynika ze zwątpienia czy też niepewności co do Bożej mocy. Innych ludzi człowiek może kusić albo po to, by im pomóc, albo by im zaszkodzić. Kiedy celem jest szkodzenie ludziom, ich duchowe uwiedzenie, kusiciel wykonuje pracę diabła — celem ataków moralnych diabła jest bowiem właśnie zwiedzenie człowieka, doprowadzenie go do grzechu. Mówi się, że namiętności człowieka i otaczający go świat kuszą człowieka, jednak jest tak tylko pod względem materialnym — przez dawanie mu materiału do grzechu. Oczywiście nie kryje się za nimi świadomy zamiar kuszenia, o ile nie są wykorzystywane przez świadomego sprawcę, takiego jak diabeł czy inny człowiek; faktycznie jednak często się tak dzieje. Pośrednio możemy obarczać winą za wszystkie grzechy i pokusy diabła, gdyż wzorcem wszelkiego grzechu i niszczenia ludzkiej integralności było kuszenie Ewy przez diabła. W przeważającej jednak części bardzo łatwo poddajemy się grzechowi sami, bez udziału diabła, a nawet bez jakiekolwiek pomocy innych ludzi. Nie możemy wykonać nadprzyrodzonej pracy koniecznej do osiągnięcia nieba bez nadprzyrodzonej pomocy, natomiast nie cierpimy na taką niewydolność w porządku zła — jesteśmy całkiem zdolni do popełniania grzechów skazujących nas na piekło bez żadnej ponadludzkiej pomocy. Nie wszystkie grzechy można przypisać diabłom, ale nie ma takiej kategorii grzechów, do których popełnienia diabeł ludzi nie kusił.

Podczas kuszenia diabeł może robić różne cudowne i nadzwyczajne rzeczy, podobnie jak dobrzy aniołowie. Nie może jednak czynić prawdziwych cudów. Diabły nie utraciły wskutek swych grzechów żadnych swoich naturalnych możliwości, ale nie uzyskały też w wyniku upadku żadnych sił nadprzyrodzonych. Dzieła diabłów są cudami tylko z punktu widzenia przyczyn materialnych, za pomocą których zostały dokonane; węże wytworzone przez egipskich czarowników, ogień z nieba, który pochłonął stada i rodzinę Hioba, a także zawalenie się domu, wskutek którego zginęli jego synowie, nie były sztuczkami, lecz surowymi faktami, których twórcą był diabeł. Na pewno nie były cudami.

Wydaje się, przyjmując naturalny spryt diabła i łaskawość Boga, że skoro tylko człowiek raz gruntownie pokona diabła, ten powinien zupełnie zaniechać użytego sposobu atakowania danej osoby. Zazwyczaj się tak dzieje. W końcu nie ma sensu rzucania armii w bój przeciwko fortecy, która udowodniła, że jest niezwyciężona. Z drugiej strony, jeśli diabeł wykryje już słabe miejsce, jest niemal pewne, że nastąpią w nim przyszłe ataki, podejmowane w ten sam sposób.

Podsumowanie: rola aniołów a refleksja naukowa

Mało prawdopodobne, by w najbliższych kilku latach roli aniołów w rządach nad światem materialnym został poświęcony artykuł naukowy. Należy gorąco sobie życzyć, by żaden amerykański milioner gnębiony wyrzutami sumienia nie zostawił zapisu na stworzenie laboratorium zajmującego się takimi badaniami. Wyniki byłyby z góry skazane na kompletnie nienaukowy charakter. Nauka nie może zaproponować żadnego dowodu dotyczącego aniołów sprawujących rządy, bo kwestia ta po prostu nie poddaje się naukowym metodom badawczym. Z tego samego powodu nie ma podstaw, by atakować naukowo rolę aniołów w naszym świecie. Nauka i rzeczywistość ponadzmysłowa nie mogą się nawzajem ze sobą uporać. Jeśli nauka kiedykolwiek myśli, że atakuje czy unicestwia pojęcia aniołów i działań anielskich, to jest we władzy nocnego koszmaru. Znacznie zdrowszy psychicznie od naukowca atakującego skalpelem czy mikroskopem niewidzialne, nieuchwytne, niematerialne substancje anielskiego świata był Don Kichot, atakujący kopią wiatraki.

Rola aniołów a refleksja filozoficzna

Roli aniołów nie może również obalić refleksja filozoficzna. Niektórzy filozofowie sądzili, że znaleźli sposób jej obejścia przez zdławienie zewnętrznej straży świata anielskiego — ludzkiego intelektu. Niestety wraz ze śmiercią intelektu filozofia przestała oddychać i byli filozofowie zostali pozbawieni wszystkiego poza wyposażeniem naukowym. W świetle takich faktów, jak intelekt człowieka, porządek wszechświata i hierarchia bytów, istnienie aniołów i ich działania w świecie materialnym jest wymagane. Autentyczność tej potrzeby dostrzegły całe pokolenia filozofów.

Jest prawdą, że działalności dobrych aniołów nie można dowieść tylko siłami ludzkiego umysłu — każdy z jej skutków mógłby wytworzyć bezpośrednio sam Bóg. Wydaje się jednak, że jednoznaczny dowód obecności i działania substancji duchowych przedstawia nam działalność diabłów. Należy pamiętać, że filozofia i nauka nie wyczerpują możliwości zdobywania przez człowieka wiedzy pewnej. Człowiekowi może jeszcze przekazać prawdę Ten, kto zna całą prawdę; może on otrzymać wiedzę w nieskażonej formie bezpośrednio od Pierwszej Prawdy. I drogą objawienia, na podstawie autorytetu Pierwszej Prawdy, która ani się nie myli, ani mylić nie może, może się dowiedzieć, że rola aniołów we wszechświecie materialnym jest niepodważalna.

Rola aniołów a refleksja moralnaŚwiadomość ponadludzkiej pomocy

Refleksja moralna stanowi dodatkowe źródło przekonania o działalności aniołów, ponieważ uświadamia lepiej niż cokolwiek innego, że człowiek potrzebuje pomocy ponadludzkiej. Nasza ludzka słabość jest doskonałym powodem dla siły i pomocy aniołów. Dostrzeżenie wielkich mas znacznie wyższych bytów, zwracających pilną uwagę na możliwość upadku człowieka, sprawia, że doktryna o aniołach stróżach jest konieczna, jeśli ludzkiego serca ma nie ogarnąć przerażenie. Jeśli mamy oczy szeroko otwarte na słabość człowieka i moc sił zła, to otwiera się przestrzeń dla pełnego rozkwitu cnót zasadniczych dla przeżywania życia na sposób ludzki. Bardzo chętnie zachowamy wtedy rozsądną ostrożność, nie żywiąc wcale urazy do prawdy o zdrowej pokorze. A mówiąc konkretnie, jest znacznie mniej prawdopodobne, że będziemy flirtować z grzechem, pokusą czy okazją do grzechu na podstawie fałszywego założenia, że tacy porządni ludzie jak my nie ulegną rzeczom; niewielkie jest niebezpieczeństwo, że rozwiniemy — w porządku moralnym — tę nieostrożną pewność siebie, wskutek której giną hutnicy o wieloletnim doświadczeniu. Powinniśmy rozwijać zdrową, racjonalną bojaźń.

Wartość tej świadomości

Pociecha i odwaga płynące z obecności aniołów stróżów nie są zachętą do niemrawej mierności, lecz inspiracją do przekraczania samych siebie. Znaczenie człowieka we wszechświecie, które podkreśla fakt anielskiej opieki, jest czymś, czego należy się mocno trzymać jako trwałej podstawy szacunku dla samego siebie oraz jawnego obalenia oślizgłych teorii, które topią człowieka w masie. Czystość wcale nie jest tak trudna w obecności aniołów, którzy stoją bezustannie w obecności Boga. Wszystkie cnoty są oczywistymi konsekwencjami przyjęcia przez człowieka prawdy o anielskich rządach nad światem fizycznym. Być może najbardziej oczywista ze wszystkich jest ta, która będzie wzrastać najwolniej — miłosierna, ludzka cnota wdzięczności. Gdyby tylko aniołowie patrzyli na nas groźnie, upominając nas, lub stali nad nami ostentacyjnie, aż poczujemy się zobowiązani pomyśleć o napiwku, kiedy znacząco zakaszlą — lecz nie, oni są doskonale dyskretni. Tylko od nas zależy, czy wymamroczemy słowo podziękowania, czy też nadal będziemy wyniośle uważać, że ich niezmordowana służba nam się należy.

ROZDZIAŁ XX ROLA LUDZI I PRZEZNACZENIA (Kw. 115–119)

Stare rzeczy mogą być najlepsze, ale jeśli tak jest, to są one bardzo źle traktowane, bo nie poświęcamy im wcale właściwej uwagi, na jaką zasługuje doskonałość. Stare rzeczy stają się tak znane, tak wygodne, że wydaje się, iż dostosowują się do naszego kształtu, zrzekając się własnego, jak gdyby jednocześnie obejmowały nas i ogłaszały rezygnację z siebie samych, aby się z nami połączyć. Stają się faktycznie częścią nas tak bardzo, że dostrzegamy je tak słabo jak siebie samych. Gdy zwrócimy nagle uwagę na starą rzecz, niemal nas to szokuje i jest równie żenująco kłopotliwe, jak niespodziewane uświadomienie sobie przesadnej introspekcji. Stare rzeczy powinno się uważać za oczywiste, podobnie jak uważamy za oczywiste nasze ręce, oczy czy umysł. Oznacza to, że powinno się w ogóle nie zwracać na nie uwagi.

Podstawowa prawda — integralność

W całej tej książce bezustannie pojawiała się pewna fundamentalna prawda, więc spotkanie tego starego przyjaciela w ostatnim rozdziale nie jest niczym zaskakującym. Jesteśmy już tak przyzwyczajeni do tej znajomej prawdy, że odbieramy ją jak starego przyjaciela; i jak starego przyjaciela możemy łatwo uznać ją za oczywistą, minąć ją, przeoczyć, mając pewność, że nasze zaślepienie nie wywoła żadnych wzajemnych oskarżeń ani trwałej wrogości. Być może najlepiej wyrazimy tę znajomą prawdę, zwracając uwagę, że tchórz powiększa wielokrotnie niebezpieczeństwa, z którymi musi się zmierzyć, i umiera tysiąc razy; a jedno kłamstwo musi zawsze być zakryte kilkoma innymi. Przyczyną obu tych zjawisk jest to, że nie można pominąć jednego faktu bez zasypania nas setkami innych; nie można rozkruszyć jednego kamienia prawdy, tak by nie pojawiła się natychmiast konieczność rozległej naprawy mającej zapobiec zawaleniu się budynku. Innymi słowy, człowiek nie może igrać z żadną częścią Bożych planów bez zniszczenia całego gmachu.

Jeśli przez tchórzostwo, niechęć do przykrych prawd, niewiedzę lub pychę czy z jakiegokolwiek innego powodu odejmiemy najmniejszą rzecz Bogu, wszechświatowi czy jakiejkolwiek jego części, zredukujemy wszystko do chaosu. Stanie się tak niewątpliwie dlatego, że całość jest tak doskonale uporządkowana na wzór prawdy Bożej, iż nie toleruje najmniejszego błędu. Pozostaje faktem, że jeśli próbujemy uciec od wszechmocy Boga, rzucamy się w pozbawioną skrupułów paszczę bezdusznej maszyny; jeśli wynosimy człowieka ponad wszystko inne, niszczymy go; jeśli próbujemy uniknąć goryczy i walk świata materialnego, uciekając od niego, gubimy się w mrocznym świecie fantazji; jeśli wysławiamy świat materialny, stajemy bezradni w obliczu potwornego bóstwa sfabrykowanego przez fałsz.

Jednym słowem, nie ma substytutu dla prawdy, całej prawdy. Nie ma we wszechświecie zakątka, który byłby tak odległy, byśmy mogli w nim pogrzebać przykry fakt, że nie da się odkryć całego wszechświata. Faktom trzeba stawić czoła — wszystkim faktom. Trzeba przyjąć prawdę — całą prawdę. Działając wbrew sobie, człowiek nie może odwrócić się plecami od faktu, od prawdy, od szczegółu w planach wszechświata. Może jedynie udawać, że to robi, wykrzykując swe pretensje głośniej, gdy złowieszczy odgłos kroków prawdy rozlega się w korytarzach jego umysłu.

Pogląd niewolnika

Nie trzeba zatem się dziwić, że pogląd ludzi na temat działań stworzeń materialnych w sprawach wszechświata ma poważny wpływ na ich poglądy dotyczące Boga i człowieka, zwłaszcza gdy ten pierwszy pogląd cechuje unikanie faktów. Mówiąc konkretnie, wzajemny związek poglądów na temat świata materialnego, człowieka i Boga jest zdumiewający. Weźmy na przykład niemal powszechny wśród dzisiejszych filozofów pogląd, który najwyższe działania przypisuje materii, a faktycznie twierdzi, że nie ma poza nią niczego innego — żadnego innego źródła doskonałości. Jest to pogląd na świat, człowieka i Boga typowy dla niewolnika. W takim świecie człowiek jest tylko elementem bezmyślnej masy czy procesu, którego początek jest pozbawiony znaczenia, życie — nadziei, a śmierć nie jest uwieńczona celem. Bóg w takim świecie nie istnieje.

Pogląd tchórza

Obraz ten jest tak straszny, że nic dziwnego, iż ludzie stchórzyli na jego widok. Nie zostawia on miejsca dla Boga ani odpowiedzialności moralnej, pozornie uwalniając w ten sposób człowieka od jego ciężarów. Jednak nie pozostawia też miejsca dla porządku, inteligencji, celu, wartości czy sensu. To o wiele za dużo dla rasy, której pierwszym pytaniem jest „dlaczego” i która stale poszukuje szczęścia. Niektórzy współcześni próbowali uciec od tego horroru, negując jego istnienie. Przypominają oni idącego samotnie drogą przerażonego chłopca, który próbuje opanować szczękanie zębów, zapewniając samego siebie, że duchów nie ma. Nie ma świata materialnego, a jeżeli istnienie, jego działania nie należą w żadnym znaczeniu do niego, lecz raczej do ducha, najlepiej naszego ludzkiego. Inni ludzie nie mieli energii nawet na ten wielki gest protestu przeciwko horrorowi. Tchórzostwo osiągnęło w nich najwyższy cel — nędzną kapitulację polegającą na samobójstwie człowieczeństwa, kiedy ludzie powiedzieli, że chociaż działanie pochodzi nie tylko od stworzeń materialnych, to jednak ich szczególne działanie jest całkowicie przemożne. Mówią oni, że stworzenia materialne działają z koniecznością i nieuchronnością, która nie dopuszcza kontroli, przerwy ani ucieczki. W obliczu tego nieubłaganego ruchu świata materialnego ludzie są bezradnymi pionkami.

Pogląd człowieka

W przeciwieństwie do tego zniekształconego widzenia planów boskiego Architekta istnieje pogląd ludzki, który — ponieważ człowiek jest cieniem Boga — jest także poglądem Bożym. Widzi on w świecie materialnym prawdziwe działanie, realizujące nakazy fizycznie koniecznych praw; jest ono jednak tylko częścią działania w świecie, przyczynowością podrzędną, zajmującą zdecydowanie podporządkowane miejsce w funkcjonowaniu uporządkowanego wszechświata. Stworzenia materialne są w końcu poddane najwyższemu poruszycielowi; podlegają kierowaniu przez tych, którzy są wyciosani przez Bożą opatrzność — przez stworzenia intelektualne, zwane ludźmi i aniołami. Prawda, że jest to trudny pogląd: żąda odwagi, domaga się odpowiedzialności, działania, wytrwałego wysiłku, ale zostawia także miejsce na sens, na nadzieję, sukces, na ludzkie życie. Jest to pogląd mający wszelki blask, nieugiętość, łagodność i pokój całej prawdy.

Działanie stworzeń cielesnych

Jeśli się pamięta, że aktywność, o której tu mowa, nie dotyczy istot żywych, lecz stworzeń nieożywionych, faktu działania materialnego nie można poważnie kwestionować. Działanie istot żywych było już dość obszernie omawiane w tej książce. Tutaj interesuje nas nie immanentne działanie, odbywające się wewnątrz i na rzecz sprawcy, lecz działanie zewnętrzne, wychodzące z podmiotu na zewnątrz — ten rodzaj działania, które dostrzegamy na przykład w reakcji chemicznej, substancjach radioaktywnych, w długim i pełnym wdzięku powiewie wiatru, strumieniu deszczu czy przyciszonym padaniu śniegu.

Część ludzi neguje istnienie takiego działania, ale niewielu, być może (i bardzo słusznie) z tego powodu, że odmowa ta to coś znacznie większego niż jawny gwałt zadany zdrowemu rozsądkowi. Odmowa ta sama w sobie świadczy o władzy Boga, jak gdyby był On tyranem–słabeuszem, który nie śmiał podzielić się z nikim swoją władzą, strzegąc swej przyczynowości w pazerny sposób, tak aby ktoś inny, mając w niej udział, nie mógł odkryć Jego zasadniczej słabości. Żeby chronić siebie, uczynił On ze wszystkich stworzeń zwykłe marionetki swojej wszechmocy. Negacja ta, gdyby została podtrzymana, oznaczałaby, że cały porządek przyczyny i skutku absolutnie nie istnieje w świecie materialnym. W jej efekcie badania naukowe byłyby jałowymi, pustymi gestami pozbawionymi wyniku, a cały obszar działalności ludzkiej, odpowiedzialności moralnej i celowego działania byłby jedynie mglistymi iluzjami umysłu zbyt długo uwięzionego w samotnym odosobnieniu.

Miałaby ona nawet dalsze skutki. Znaczyłaby bowiem, że istnienie świata materialnego nie ma absolutnie żadnego powodu. Doskonałość substancji mieści się w jej funkcji, to znaczy powodem działania stworzeń jest zdobywanie brakującej im doskonałości. Innymi słowy, istnieją one dla osiągania swego celu. Jeśli zanegujemy to działanie, to wysadzimy w powietrze rozumowe podstawy istnienia świata materialnego. Ujmując to współczesnymi słowami, zniszczymy dynamiczny charakter świata, zredukujemy go do stagnacji, rozkładu, ostatecznej nicości.

Sposób tego działania: wyjaśnienia filozoficzne

Zdecydowanie większa liczba ludzi chętnie przyjmuje istnienie działań świata materialnego. Próbując wyjaśnić ten oczywisty fakt, filozofowie zaproponowali różne opinie, które całkiem nieźle wyczerpują możliwości i niemożliwości. Faktycznie jednak właściwie każde dziwactwo współczesnych filozofów można sprowadzić do jednego z trzech wyjaśnień filozofów dawniejszych. Zdaniem żydowskiego filozofa Awicebrona działanie materialne ma jedynie charakter pozorny, naprawdę zaś jest ono skutkiem siły duchowej, przenikającej wszystkie ciała. Platon i arabski filozof Awicenna (chociaż ze znacznymi różnicami dotyczącymi szczegółów) wyjaśniali działanie materialne, mówiąc, że materia odgrywa jedynie rolę przygotowania, ustawienia sceny, rozmieszczenia, prawdziwe zaś działanie jest spowodowane zasadą niematerialną, duchową. Grecki materialista Demokryt sądził, że działanie stworzeń cielesnych było tylko przypadkiem przepływu atomów z jednego ciała do drugiego.

Arystoteles i święty Tomasz wniknęli głębiej w ten problem i rozwiązali go, odpowiadając na pytanie, dlaczego ciała w ogóle działają, a nie na pytanie, jak to robią. Rozstrzygnęli, że zasadą działania jest indywidualna doskonałość działającego ciała — i jest to właśnie bardzo rozsądne, bo niewielu ludzi ulega poważnym zranieniom wskutek uderzenia przez urojony samochód; tylko rzeczywiste ciało może działać i tylko w takim stopniu, w jakim jest rzeczywiste. Innymi słowy, działanie ciała jest proporcjonalne do posiadanej przez nie doskonałości, do urzeczywistnienia jego możliwości. Może ono działać na inne ciała tylko w takim stopniu, w jakim tym innym ciałom brakuje doskonałości, to znaczy w jakim mają niespełnione możliwości. Aby wyrazić to za pomocą bezwzględnie zwięzłej terminologii scholastycznej, musielibyśmy powiedzieć, że ciało może działać w takim stopniu, w jakim jest w akcie, i zgodnie z możnościami przedmiotu, na który działa.

Dla Arystotelesa i Tomasza natychmiast wysunęła się tutaj na pierwszy plan kwestia kontynuacji hierarchii bytów, o której tak często była mowa; ponieważ skala działania w ciałach odpowiada skali ich doskonałości. Jeśli będą istniały ciała, które całkowicie urzeczywistniły swoje możliwości, ciała, których forma w pełni wyczerpała możliwości ich materii, to będą one ciałami w najwyższym stopniu czynnymi, pierwszymi poruszycielami cielesnymi. Nauka czasów Arystotelesa i Tomasza uważała, że takimi doskonałymi ciałami są ciała niebieskie. Dlatego zostały one umieszczone na szczycie drabiny działania materialnego i miały mieć wpływ na wszelkie inne działanie cielesne.

Zasada tego działania

Podstawa naukowa tego wniosku została już dawno temu zaniechana, stwierdzono bowiem naukowo, że gwiazdy i planety nie są ciałami innego rodzaju niż te, które istnieją tutaj, na ziemi. Jednak zasada metafizyczna wyjaśniająca działanie świata materialnego — zasada indywidualnej doskonałości — nie straciła nic na ważności. Zalążkami działania materialnego są możliwości, urzeczywistnione lub nie, których wzajemna zależność działa bez przerwy zgodnie z uporządkowaną doskonałością wszechświata materialnego.

Wpływ na ludzkie działania

Chociaż Tomasz sądził, że ciała niebieskie są pierwszymi poruszycielami cielesnymi i odgrywają bezpośrednią rolę w działaniu każdej niższej rzeczy materialnej, dał jasno do zrozumienia, że ich wpływ nie rozstraja ani nie unicestwia obszaru działania ludzkiego. W końcu ciała niebieskie są tylko kolejnym elementem dobrze uporządkowanego wszechświata, tak samo jak człowiek. Tak jak on, mają swoją określoną naturę. Jedne nie niszczą drugiego, lecz raczej wspólnie z nim zajmują przeznaczone im, uporządkowane miejsce w Bożych planach.

Rozróżnienie działań ludzkich i działań człowieka

Aby dostrzec dokładny wpływ sprawców materialnych na ludzki porządek, trzeba koniecznie zrozumieć, że człowieka dotyczy wiele rzeczy znajdujących się poza jego kontrolą. Na przykład wzrost jego brody, jej rozmiar, słowa, które mówi we śnie, czy ruchy, które wykonuje w roztargnieniu. Wszystkie te rzeczy, odrębne od czynów specyficznie ludzkich, nazywamy „czynami człowieka”. Właściwe czyny ludzkie pochodzą z intelektu i woli człowieka i jest on ich panem. Różnicę można prosto wyrazić, mówiąc, że czyny, nad którymi rodzaj ludzki włada duchowo, należy odróżniać od tych, które znajdują się poza kontrolą duchową i których pochodzenie oraz spełnienie mają charakter materialny.

Bezpośredni wpływ na ludzkie działanie

Jeśli wyrazimy to w ten sposób, to nie jest trudno dostrzec, że czyny ludzkie nie mają bezpośredniego związku z działaniem ciał materialnych, a tym bardziej nie istnieje żadne bezpośrednie podporządkowanie. Oznacza to tyle samo, co powiedzenie, że rzecz materialna nie może działać na duchową, że burza piaskowa nie może brudzić anioła, gwiazda — wpływać na wolną wolę człowieka, a planeta — wlewać idei do ludzkiego umysłu. Gdyby było inaczej, nie mogłyby to być działania ludzkie. Gdyby człowiek działał tak jak reszta natury materialnej, zgodnie z koniecznymi prawami fizycznymi, znaczyłoby to, że nie ma wolnej woli, nie ma wyboru działania, odpowiedzialności, panowania nad sobą ani niczego innego. Jednym słowem, ludzki świat już by nie istniał.

Bezpośrednie działanie gwiazd na ludzki intelekt czy wolę jest metafizycznie niemożliwe i jest także w ostrym konflikcie z niezaprzeczalnymi faktami dotyczącymi człowieczeństwa i ludzkiego działania. Niemniej jednak wiara w podporządkowanie życia człowieka gwiazdom jest od wieków ucieczką tchórzy przed walką o bycie człowiekiem — a obecnie w większym stopniu niż kiedykolwiek. Stąd pewien sławny amerykański felietonista, niedawno zmarły, mógł napisać, że obecnie astrologia nie jest już podejrzanym zawodem wykonywanym przez nędznych mieszkańców obrzeży krainy cieni i dla nich. Dzisiaj szczególnie jest ona brzytwą, której chwyta się tonący świat, i ma zwolenników w najwyższych warstwach. Pewna kobieta wróżąca z gwiazd pozostawiła w chwili śmierci majątek liczący ćwierć miliona dolarów, inna zaś, robiąca szczególne wrażenie swoim rodowodem i pozycją społeczną, w lutym umawia spotkania w Palm Beach, w marcu, kwietniu i maju w Nowym Jorku, a w czerwcu — w Londynie.

Wpływ pośredni

To, że gwiazdy czy jakiekolwiek inne ciała mogą mieć pośredni wpływ na czyny człowieka, wynika w oczywisty sposób z samej jego natury. Jest on zarówno materialny, jak i duchowy i jego materialna strona może oczywiście podlegać działaniu każdej innej siły cielesnej. A jego strona materialna ma bez wątpienia wpływ na działania duchowe. Nie jest to żadna nowina dla nikogo. Nie jest tajemnicą, że pełnia księżyca i spokojne morze odegrały szlachetną rolę w aranżowaniu ludzkiego romansu.

Przechodząc do szczegółów dotyczących wpływu tych rzeczy na intelekt człowieka, jest oczywiste, że agonia fizyczna nie jest stanem, w którym człowiek dokonuje największych osiągnięć myślicielskich; że zakłócanie jego władz zmysłowych przez nieznośny hałas fabryczny, burzliwe pobudzanie jego namiętności czy kłębienie się wyobrażeń rozstrajają pracę intelektu. Te same rzeczy mają niewątpliwy udział we wpływaniu na wolny wybór człowieka czy też w jego upośledzaniu. Jednak niezależnie od skali zaburzeń organicznej strony natury człowieka jest faktem, że dotyczą one jego strony organicznej, a nie duchowej. Nie ma mowy o bezpośrednim wpływie na intelekt i wolę. Nic nie jest w stanie zmusić woli do działania: zakłócanie czy brak zakłóceń — właśnie dlatego, że jest ona wolną wolą. Jej działanie wymusza tylko powszechne, najwyższe dobro. Wszystko, co jest od niego mniejsze, może prezentować się kusząco, ale nigdy nie jest całkowicie przekonujące.

Wpływ na świat duchowy

Oczywiście aniołowie czy diabły nie muszą zmykać pod daszek podczas kwietniowych ulew ani smutno wzdychać w blasku wiosennego księżyca. Powodzie czy śnieżyce, gwiazdy czy słońca nie mogą mieć wpływu — ani bezpośredniego, ani pośredniego — na działania substancji duchowych, gdyż nie ma między nimi punktu kontaktu materialnego. W istocie działanie materialne doznaje ograniczeń nawet w świecie materialnym. Nawet gdyby istnieli naprawdę najwyżsi, doskonali poruszyciele cieleśni, których wyobrażali sobie starożytni, ich działanie na stworzenia czysto materialne nie odbywałoby się w odniesieniu do spraw ludzkich z taką nieuchronnością i koniecznością, jaką chcieliby nam wmówić astrologowie, gdyż z punktu widzenia porządku wciąż niewytłumaczalne byłyby te przypadki czy zderzenia przyczyn materialnych, których nie można sprowadzić do żadnej naturalnej przyczyny fizycznej.

Przeznaczenie

Miłośników astrologii należy zaliczyć do racjonalistów i współczesnych fatalistów, którzy raczej z oburzeniem negują ideę Bożej opatrzności jako niegodną czy to Boga, czy to człowieka i w ten sposób, paradoksalnie, szukając trwałej podstawy świata i życia, lgną do niszczycielskiej siły zwanej przeznaczeniem. Nawet gdyby jedynym powodem miało być to, że pojęcie przeznaczenia odgrywa ogromną rolę w życiu bardzo wielu ludzi, warto je przeanalizować.

Ogólna definicja

Mówiąc ogólnie, przeznaczenie można zdefiniować jako ukrytą przyczynę, której działania nic nie może uniknąć. Faktycznie definicja ta może być interpretowana na bardzo wiele sposobów. W jednym znaczeniu za tę ukrytą przyczynę można uważać rozporządzenie gwiazd, w wyniku którego dokonuje się w sposób konieczny absolutnie wszystko, nawet tak niezwykle intymne rzeczy, jak poznawanie i miłość. To jest właśnie znaczenie, w jakim pojmuje to słowo fatalista; zostało ono stanowczo potępione jako heretyckie przez sobory Kościoła.

Zgodność przeznaczenia z opatrznością i różnica między nimi

Inne, całkowicie zdrowe znaczenie, utożsamia przeznaczenie z Bożą opatrznością — czy to bezpośrednio z Bożą opatrznością, czy to z jej skutkami, to znaczy uporządkowanymi skłonnościami wszystkich stworzeń i ich działaniami w kontekście celu wszechświata. W tym znaczeniu przeznaczenie jest po prostu ponownym przedstawieniem nauki Kościoła, z którą się już zapoznaliśmy podczas omawiania opatrzności Bożej, i problem nieuniknionej konieczności niszczącej ludzką wolność tutaj nie występuje — niezależnie od tego, jak wielka byłaby nieomylna skuteczność Bożych wyroków.

Starania, by odczytać nasze przeznaczenie, stanowią gigantyczne zadanie, polegające na próbie odczytania umysłu Boga, ponieważ jeśli dociekamy, dlaczego rzeczy na tym świecie są ułożone w uporządkowany sposób, to powodu tego — ostatecznej odpowiedzi — nie da się znaleźć w gwiazdach, wnętrznościach kurczaków, układach kart, fusach herbaty ani żadnych innych atrybutach odczytywaczy przyszłości. Odnajdziemy go w planach boskiego Architekta wszechświata. Faktyczne wykonanie tych planów można oczywiście znaleźć w samym wszechświecie; oznacza to, że formalna realizacja Bożych planów, formalne rozporządzenie stworzeniami, która jest skutkiem Bożej opatrzności i można ją nazywać przeznaczeniem w znaczeniu katolickim, jest wszędzie wokół nas. Zatem przewidując pogodę, nie próbujemy się wspiąć do wnętrza Boga, jednak w bardzo rzeczywistym znaczeniu odczytujemy Boże plany w formie, w której wykonują je przyczyny wtóre.

Nieuchronność i powszechność

Jeśli pamiętamy o rozróżnieniu przeznaczenia przyczynowego, którym jest opatrzność Boża, i formalnego, które jest skutkiem opatrzności, to stopień nieuchronności w przeznaczeniu (ujmowanym tylko w znaczeniu katolickim) rozumiemy z łatwością i prawidłowo. Przeznaczenie przyczynowe, którym jest Boża opatrzność, jest oczywiście całkowicie nieomylne i pewne. Bóg nie popełnią błędów i nie otrzymuje wiadomości ze świata. Przecież jest to tajemniczo wszechmocna nieomylność nieskończenie dobrego Boga, którego każde działanie jest gwarancją integralności każdej stworzonej natury. Przeznaczenie formalne, które jest skutkami Bożej opatrzności czy też rozporządzeniem przyczynami wtórymi i ich działaniem, nie nosi w sobie metafizycznej nieuchronności. Przyczynom wtórym stawiamy czoła codziennie; w rzeczy samej właśnie w celu udaremnienia przyczyny wtórej nosimy parasole w deszczowe dni, dzięki czemu śmiejemy się z deszczu. Świat czysto materialny wytwarza swoje skutki z fizyczną koniecznością, podczas gdy świat ludzki doznaje tylko moralnych rządów prawa Bożego.

Na podstawie tego rozróżnienia łatwo także określić poddanych przeznaczenia i rozmiary jego królestwa. Absolutnie wszystko bowiem podlega przeznaczeniu przyczynowemu — planom boskiego Architekta, czyli opatrzności Bożej. Przeznaczeniu formalnemu, czyli działaniu przyczyn wtórych, wykonujących Bożą opatrzność, podlegają tylko te rzeczy, które są w naturalny sposób podporządkowane przyczynom wtórym; a to oznacza, że samego Boga, aniołów i władze duchowe człowieka należy z niego wykluczyć.

Rola człowieka: działania fizyczne w świecie materialnym

Przechodząc do ostatniego etapu rządów nad światem, roli odgrywanej przez człowieka w działaniach kosmicznych, jest oczywiste, że materialna strona człowieka nie wymaga szczególnego omawiania. Nie może podnieść góry, chociaż może wziąć na ręce niemowlę; można go utopić, zastrzelić, przejechać, udusić lub zlikwidować przy użyciu tysięcy innych mniej lub bardziej artystycznych sposobów. Jego materialny byt i działanie podlegają tym samym prawom i ograniczeniom oraz cieszą się tymi samymi możliwościami co reszta stworzeń materialnych. Tym, co go wyróżnia, jest działanie intelektualne. Kwestia wyróżniających człowieka działań ludzkich w funkcjonowaniu wszechświata dotyczy tego, co może on z nim zrobić za pomocą swojego umysłu.

Działanie ściśle ludzkie Działanie władz intelektualnych człowieka: na umysły innych ludzi

Ograniczmy ten problem jeszcze bardziej i zapytajmy, co człowiek może uczynić z umysłami innych ludzi za pomocą swojego własnego. A prościej, czy jeden człowiek może uczyć innego? Faktu, że człowiek potrafi uczyć innego człowieka, dzieląc się z nim własnymi ideami, twardo dowodzą systematyczne doświadczenia ludzkiego życia. Jeśli zdolność ta nie jest faktem, lecz iluzją, to jest to ogromne złudzenie dzisiejszego życia, na które marnuje się niezliczone godziny i niewiarygodne pieniądze. Niejasność przy tym zagadnieniu dotyczy natomiast sposobu, w jaki to przekazywanie, czyli komunikowanie, idei się odbywa.

Pewne wyjaśnienie podał Awerroes, który twierdził, że jeden człowiek uczy innego, dając uczniowi idee należące do nauczyciela. Podobnie można zatankować jeden samolot z drugiego samolotu, który oddaje mu własne paliwo. Wyjaśnienie to oznaczało, że nie tylko rzecz poznawana jest ta sama, temat jest identyczny, lecz także nawet forma poznawcza obu intelektów jest jedna i ta sama. Platon uczynił z nauczania coś w rodzaju budzika — jego celem jest jedynie odświeżenie pamięci ucznia, bo zdaniem tego filozofa wszystkie idee znajdują się od samego początku w każdym umyśle i wystarczy je tylko rozbudzić, by przekształciły się w rzeczywistą wiedzę. Arystoteles, a za nim Tomasz, twierdzili, że każdy człowiek zaczyna życie z pustym umysłem; że każdy umysł jest odrębną, osobistą władzą, która musi się doskonalić przez odrębne, osobiste idee. Ten pusty umysł ma możliwości, a nauczanie jest jedynie ich urzeczywistnianiem, sprowadzaniem zdolności poznawania do rzeczywistego poznania. Nauczyciel nie jest wówczas samolotem–cysterną ani budzikiem, lecz pomocnikiem murarza przynoszącym materiały murującym uczniom.

Co więcej, jak już dość obszernie mówiliśmy, kanałem, którym wiedza wchodzi do umysłu, są zmysły. Ludzki umysł, nie licząc bezpośredniego działania Boga, może gromadzić idee tylko z wyobrażeń powstających w wyobraźni, które z kolei są wytworem działania zmysłów. Zadaniem nauczyciela jest zatem nie bezpośrednie umieszczenie idei w umyśle ucznia — żądanie tego byłoby wygórowane nawet w odniesieniu do anioła — lecz raczej dostarczanie materiału do tworzenia idei, zapewnianie podejścia zmysłowego i wyobrażeniowego czy też jak to ujmuje święty Tomasz, wzięcie ucznia za rękę i poprowadzenie go powoli i ostrożnie od tego, co znane, do tego, co jeszcze nie znane.

W konsekwencji pierwszym i podstawowym warunkiem jest, że nauczyciel musi znać to, czego próbuje nauczyć: musi wiedzieć, dokąd idzie, jeśli ma prowadzić innych do celu określonej wiedzy. Jego rzeczywista metoda, podobnie jak metoda wszelkich sztuk, musi być wzorowana na metodzie stosowanej przez naturę, gdyż jak podkreśla święty Tomasz, człowiek pozostawiony sobie samemu przemieszcza się krok po kroku od rzeczy, które wie, do tych, których musi się jeszcze nauczyć. Przechodzi on od naturalnie znanych zasad do wniosków, które z nich wynikają. Natura jest zawsze główną przyczyną, a także wzorem; sztuka podejmuje sztuczki natury, a potem z kolei jej pomaga.

Mówiąc jeszcze konkretniej, nauczyciel bierze ucznia w karby i prowadzi go do rzeczy, które ma poznać, wychodząc od skromnych zapasów jego wiedzy, przedstawiając mu czytelne przykłady, podobieństwa i kontrasty, wznosząc się stopniowo od prawd mniej do bardziej powszechnych lub schodząc tą samą drogą od pierwszych zasad do mniej powszechnych wniosków. Jednak jego szczególnym zadaniem jako nauczyciela jest pokazanie związku między zasadami i wnioskami. Według ostrego wyrażenia Arystotelesa dowód (wykazywanie, nauczanie) jest sylogizmem powodującym wiedzę.

Ta metoda nauczania wyraźnie ukazuje ograniczenia i rozmiary tej zdolności człowieka do nauczania innych. Mechanik samochodowy, jako mechanik, nie może nauczyć statystyka bawienia się liczbami, a statystyk, jako statystyk, nie może oświecić mechanika w zakresie życia wewnętrznego samochodu. Nie ma jednak człowieka, choćby był niezwykle mądry, który nie mógłby się czegoś nauczyć; i nie ma też człowieka, choćby był kompletnie niedouczony, który by nie zgromadził jakiejś wiedzy, brakującej komuś innemu. Można faktycznie posunąć się trochę dalej i powiedzieć, że najprostsze dziecko może, używając swego rozumu, powiedzieć największemu z aniołów rzeczy, których sam z siebie nie mógłby poznać, ponieważ umysł człowieka jest wewnętrznym sanktuarium, gdzie swobodnie może wchodzić tylko Bóg, i dlatego ktoś inny może poznać myśli naszego umysłu tylko wtedy, gdy mu je wyjawimy, dostosowując się do jego poziomu. Gdyby najbardziej uczony ze wszystkich ludzi próbował uczyć anioła prawd naturalnych, to bez wątpienia byłoby to z jego strony aroganckie, gdyż jednym z przejawów wyższości aniołów nad ludzką naturą jest właśnie ich absolutnie doskonałe poznanie od samej chwili ich stworzenia.

Na świat materialny

Władza naszego umysłu nad materią niezwiązaną formalnie z ludzką duszą jest zupełnie zerowa. Możemy zgasić świecę lekkim dmuchnięciem, ale żadna koncentracja umysłowa, choćby największa, nie zdmuchnie płomienia. Nawet w odniesieniu do naszego własnego ciała skutki, które możemy spowodować za pomocą umysłu, musimy wywoływać przy użyciu narzędzia w postaci materialnej władzy, jaką jest wyobraźnia — przeprawianie się przez wyimaginowany ocean może w nas wywołać chorobę morską, a zepsuty termometr spowodować, że zaczniemy drżeć z zimna w przegrzanym pokoju. Jednak wyobraźnia nie złamie nam nogi, a żaden umysłowy wysiłek w połączeniu z wyobraźnią nie wywoła jej zrośnięcia się z powrotem. Innymi słowy, narzędzie, którym jest wyobraźnia, ma bardzo wyraźne ograniczenia. Intensywna koncentracja umysłowa może spowodować, że staniemy się obojętni na bodźce zmysłowe. Dlatego święty Tomasz mógł zostać poddany przypalaniu owrzodzonej nogi i być całkiem nieświadomym bólu i przypalania. Należy jednak zauważyć, że koncentracja nie unicestwia zewnętrznych bodźców, które lekceważy; Tomasz mógłby niewątpliwie poprawić humor kucharzowi–partaczowi, ale popsute jedzenie nadal byłoby popsutym jedzeniem.

Oddzielenie duszy od ciała wskutek śmierci nie zwiększa władzy umysłu i woli człowieka nad stworzeniami materialnymi, lecz oczywiście ją zmniejsza. W wyniku śmierci człowiek traci środek porozumiewania się ze światem materialnym. Od tej chwili nawet tak względnie proste działanie, jak poruszanie się w przestrzeni czy zepchnięcie wroga ze schodów, leży poza zasięgiem człowieka.

Działanie władz rozrodczych

Cóż, tak jak inne władze człowieka, władze rozrodcze mają naturalnie te same ograniczenia, co świat fizyczny, którego są integralną częścią. Dlatego mogą one przynosić jedynie skutki fizyczne. U zwierząt niższych dusze zmysłowe, czyli zwierzęce, powstają bezpośrednio w wyniku rozmnażania; w końcu są jedynie formami materialnymi i tak jak inne formy materialne wytwarzane są wskutek działania przyczyn materialnych. Jednakże dusza człowieka jest duchowa, a substancję duchową może wytworzyć tylko bezpośrednie, stwórcze działanie Boga. Z pewnością nie może ona pochodzić od przyczyn materialnych, gdyż daleko je przewyższa; nie może też pochodzić od przyczyn duchowych, gdyż z samej swej natury są one zupełnie proste, niezdolne do podziału, wzrostu czy zmniejszania się. Twierdzenie, że rodzice wytwarzają duszę swego potomstwa, jest tak naprawdę równoznaczne z zanegowaniem jej duchowego i nieśmiertelnego charakteru. A to oznacza naprawdę zanegowanie człowieczeństwa duszy, zaliczenie jej do tej samej kategorii co dusze roślin i zwierząt, pochodzące od materii, zależne od niej i rozkładające się wraz z rozkładem materii.

Ludzka dusza pochodzi zatem bezpośrednio z ręki Boga. Niezależnie od tego, jak bardzo dumny ze swego dziecka może być młody ojciec, musi on przypisać Bogu większe dzieło. Dziecko bardziej należy do Boga niż do rodziców. Dziełem rodziców jest zapewnienie materiału, z którego zbudowane jest ciało, przygotowanie domu na przyjęcie nieśmiertelnego gościa — ludzkiej duszy.

Działanie władz odżywiających

Jeśli chodzi o odżywianie, to człowiek, tak jak wszystkie inne istoty żywe, posiada to niezwykłe i tajemnicze działanie, za pomocą którego żywność i napoje zamieniają się w integralne części jego natury. Pierwotny depozyt człowieczeństwa nie podlega podziałowi ani nie rozciąga się coraz cieniej, by przedostać się dalej, w miarę jak jednostki należące do ludzkiej rasy rosną. Następuje jednoznaczne i substancjalne przekształcenie się pokarmu w materiał ludzki, z którego składają się ludzkie ciała.

Miejsce człowieka w rządach nad światem W odniesieniu do działań Bożych i anielskich

Zanim zakończymy ten ostatni rozdział, dobrze byłoby podsumować władze rządzące światem, gdyż mają one wpływ na ludzi. Widzieliśmy, że człowiek jest zupełnie poddany rządom Bożym, to jest poruszaniu przez Boga. Nie jest ono wcale zniewagą dla natury człowieka, lecz jej gwarancją, a nawet jedyną przyczyną istnienia człowieka, jego życia, duszy, wolności i spełnienia. Aniołowie nie mogą działać bezpośrednio na nasz intelekt ani wolę. Niezależnie od swej władzy są oni bezradni w obliczu indywidualności wolnej woli człowieka. Dobrzy aniołowie wykonują swą władzę, strzegąc człowieka, ochraniając go od zewnętrznego zła, ucząc go subtelnie, anonimowo, działając skutecznie na jego zmysły i wyobraźnię, zachęcając go i dodając mu otuchy. Diabły używają tej samej anielskiej władzy do kuszenia człowieka, a czasami atakowania go fizycznie, ale zawsze w granicach zakreślonych przez Boże miłosierdzie.

W odniesieniu do działań materialnych stworzeń cielesnych i innych ludzi Władza nad sobą i miejsce człowieka

Stworzenia materialne nie mogą przekroczyć barier duchowej natury człowieka, podobnie jak aniołowie. Prywatność jego intelektu i woli jest od niech silniejsza. Jednakże zwierzęca natura człowieka jest oczywiście otwarta na wpływ działania materialnego, więc jego intelekt i wola mogą pośrednio ulegać do pewnego stopnia poruszaniu przez zewnętrzne działanie fizyczne. Człowiek korzysta pogodnie ze swojej niezależności również pomimo wysiłków innego człowieka; jego intelekt i wola znowu nie uznają żadnego pana poza Bogiem. Ludzie mogą uczyć człowieka, troszcząc się o materiały konieczne do poznawania: mogą działać na jego naturę fizyczną. Jednak nikt ani nic nie może mu odebrać panowania nad własnym życiem i wynikającej z niego odpowiedzialności, którą ponosi za jego klęskę lub sukces.

Podsumowanie: streszczenie tego tomu

Zadanie tego tomu można wyrazić z największą prostotą, mówiąc, że był on poświęcony studiom nad Bogiem i światem. Pełne znaczenie tego stwierdzenia oznacza z pewnością, że przestudiowaliśmy w nim niemal wszystko. Oczywiście taki materiał przekraczałby o wiele możliwości każdego tomu, a w książce tej nie próbowaliśmy przestudiować wszystkiego w każdym szczególe. Wpatrywaliśmy się raczej stale w powszechną harmonię świata i jej Stwórcę, skupiając się na ogólnych zarysach planów boskiego Architekta, tak aby piękna tych planów nie zakryła masa szczegółów. Nawet te ogólne zarysy, w których przedstawialiśmy Architekta i Jego plany, robią potężne wrażenie. Poruszyliśmy na przykład problem istnienia Boga, następnie przestudiowaliśmy Jego naturę i przymioty, zajrzeliśmy w wewnętrzne życie Boga, które stanowi Trójca Święta — odrębność trzech Osób Bożych w jednej boskiej naturze.

Następnie przeszliśmy do pochodzenia stworzeń od Boga, które obejmuje ich wytworzenie, czyli stworzenie, oraz wyróżnienie wśród nich stworzeń anielskich, cielesnych i ludzkich. Rozważanie każdej z tych natur wieńczyło pytanie o podtrzymywanie ich życia i harmonijne współdziałanie, które zapewniają powszechne rządy nad wszechświatem.

Studia te ujawniły dwa fakty, odcinające się wyraźnie jako wyzwanie dla współczesnej myśli: ważne znaczenie jednostki ludzkiej i uporządkowane plany boskiego Architekta.

Pan świata

Oba są wyzwaniem dla współczesnej myśli. Pierwszy ostro neguje fakt, że człowiek musi przekonać samego siebie do istnienia na płaszczyźnie czysto materialnej, gdzie jest osobiście, całkowicie nieistotny; że jest częścią procesu, chwilą w kosmicznym rozwoju, jednostką w masie rasy, klasy, partii czy po prostu Ziemi. Jest kategorycznym odrzuceniem tchórzostwa, które zrezygnowałoby z praw, nadziei, ideałów, sukcesu, niezależności i kontroli, by uniknąć obowiązków, rozczarowań, klęski, pracy i samokontroli. Jest oburzonym atakiem na teorie nakłaniające człowieka do rezygnacji i cynizmu we wszystkich obszarach wyróżniających człowieka poczynań: wiedzy, miłości, kontrolowanego działania, osiągania celu godnego człowieczeństwa. Z naszego studium wynika bowiem jasno, że człowiek jest naprawdę panem świata i samego siebie, żywicielem siebie i innych, rządcą nad sobą i innymi, gigantem na ziemi, który mając do dyspozycji tylko swój rozum i ręce, wykorzystuje stworzenia materialne i nie może być wykorzystywany przez nic na świecie. Jest inteligentny, wolny, odpowiedzialny. Jego życie ma sens, zmierza do określonego celu, który jest intymnie osobisty. I tylko on spośród wszystkich stworzeń w świecie materialnym może powiedzieć, że będzie lub nie będzie szedł drogą, która jako jedyna zaprowadzi go do domu. On jest panem, reszta zaś — jego sługami. On jest panem świata.

Boski Architekt

Drugi fakt jest jeszcze bardziej fundamentalnym wyzwaniem dla naszych czasów. Jest on jawnym buntem przeciw obłędowi utrzymującemu, że świat nie ma sensu, bóg — inteligencji, a człowiek — celu. Odmawia utrzymywania potulnego milczenia w obliczu niedorzeczności, takich jak założenie, że porządek powstał z nieporządku, coś z niczego, postęp — przez przypadek lub bez wyjaśnienia, a rządy — z anarchii. Rzuca wyzwanie współczesnemu światu, by spróbował włączyć te niedorzeczności w konkretne ludzkie życie, i gardzi intelektualną nieuczciwością, która głosi jedną doktrynę, a żyje inną. Nasze studium wykazało w oczywisty sposób, że Bóg istnieje — najbardziej inteligentny, w pełni wszechmocny, nieskończenie mądry, całkowicie doskonały Bóg. Odbicie Bożych doskonałości w świecie stworzeń nie było nigdzie lepiej widoczne niż w uporządkowanej hierarchii doskonałości i ograniczeń. W świetle tego faktu, a także istnienia władzy i rozumu, uwidocznił się porządek i mądrość Bożych planów i rządów. Na tej samej podstawie ukazano też, że próba negowania Boga — próba wyjaśnienia świata bez Boga, nauki bez Bożych rządów, a filozofii bez pierwszej prawdy — jest niemożliwa. Innymi słowy, na podstawie niezbitego świadectwa zbudowanego przez Niego gmachu wszechświata ukazaliśmy istnienie i naturę boskiego Architekta, tak aby były widoczne dla obrazów Jego boskości, którym powierzył On panowanie nad ziemią.

PRZYPISY

6 Niemożliwa do oddania w języku polskim gra słów: angielskie słowo conversion oznacza zarówno nawrócenie, jak i psychologiczne zjawisko konwersji, a salvation — zbawienie i wyleczenie (przyp. tłum.).

7 Cytat z Joyce’a Kilmera (przyp. red.).

8 2 P 2,19 (przyp. red.).

9 Autor nie dyskutuje tutaj ze starą żydowską i chrześcijańską tradycją o napisaniu całej Tory przez Mojżesza, uznawaną przez świętego Tomasza. Kwestia faktycznego — długiego i skomplikowanego — procesu powstawania Pięcioksięgu nie ma znaczenia dla jego wywodów (przyp. tłum.).

10 Łac. niech się stanie (przyp. tłum.).

11 Owidiusz, Przemiany, przekład B. Kicińskiego w wyborze J. Krókowskiego, Wrocław 1953 (przyp. red.).

12 Według określenia Rudyarda Kiplinga (przyp. red.).

13 Mowa o Soborze Watykańskim I, który obradował w latach 1869–1870 (przyp. tłum.).

14 Mowa o Soborze Laterańskim IV, który obradował w roku 1215 (przyp. red.).